wroclaw.pl strona główna Najświeższe wiadomości dla mieszkańców Wrocławia Dla mieszkańca - strona główna

Infolinia 71 777 7777

4°C Pogoda we Wrocławiu
Ikona powietrza

Jakość powietrza: umiarkowana

Dane z godz. 20:45

wroclaw.pl strona główna
Reklama
  1. wroclaw.pl
  2. Dla mieszkańca
  3. Wiadomości z regionu
  4. Mija 80 lat od wielkiej ucieczki jeńców alianckich z obozu w Żaganiu
Kliknij, aby powiększyć
Niemcy odkrywają wyjście z tunelu "Harry" Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu
Niemcy odkrywają wyjście z tunelu "Harry"

Ucieczka ze Stalagu Luft 3 w Żaganiu była jednym z najbardziej spektakularnych i dramatycznych wydarzeń II wojny światowej. 76 wojskowych służących w RAF-e i lotnictwie USA tunelem wydostało się na wolność z pilnie strzeżonego obozu. Tylko 3 z nich dotarło do wolnego świata, a 50 innych Hitler kazał rozstrzelać. Wiele ważnych decyzji w tej sprawie zapadało w niemieckim Breslau. W najbliższy weekend obchody rocznicy Wielkiej Ucieczki.

Reklama

Po co uciekać z obozu jenieckiego? Bo to święty obowiązek żołnierza – Brytyjczycy doskonale znali tę zasadę. Dlatego niemal każdy, kto znalazł się w obozie jenieckim, szybko zaczynał działać. Wyjaśnijmy, że prawo do ucieczki gwarantowała III Konwencja Genewska. Nikogo nie dziwiło więc, że stało się to nie tylko punktem honoru, ale właściwie dyscypliną sportową. Najsłynniejsza ucieczka, która zaczęła się 80 lat temu stała się inspiracją jednego z najbardziej znanych filmów wojennych – wyreżyserowanej w 1963 roku przez Johna Sturgesa „Wielkiej ucieczki” (w filmie grali m.in. Steve McQuenn, Charles Bronson i Richard Attenborough).

Wyjątkowy obóz Hermanna Göringa

Niemcy stworzyli na terenie III Rzeszy sieć obozów jenieckich już w czasie przygotowań do wojny. Większością z nich administrował Wehrmacht, jednak powstało również kilka obozów przeznaczonych dla lotników, które nadzorowała Luftwaffe. Tam miały trafiać załogi samolotów alianckich zestrzelonych w czasie bombardowania III Rzeszy albo takich, których samolot musiał lądować wskutek awarii. Po pobycie w tzw. dulagu, czyli obozie przejściowym, gdzie byli rejestrowali, lotnicy trafiali do obozu docelowego.

Jednym z największych takich obozów w hitlerowskich Niemczech był Stalag Luft 3 zbudowany na południe od Żagania (podlegał dowództwu wojskowemu we Wrocławiu). Rychło zyskał miano „luksusowego obozu Goeringa”. Stało się tak, bo naczelny dowódca Luftwaffe Hermann Göring postanowił stworzyć takie miejsce, w którym jeńcom będzie na tyle wygodnie, by nie chcieli z niego uciekać.

Ale nawet gdyby przyszło im to do głowy, będą wiedzieli, że sprawa jest bardzo trudna – Stalag Luft 3 był oddalony o ponad 600 km od granic neutralnej Szwajcarii i o prawie 300 km od Bałtyku. A właśnie tam kierowali się zwykle uciekinierzy.

– Poza tym zastosowano szereg zabezpieczeń, które zniechęcały do takich pomysłów: podwójne ogrodzenie z drutu kolczastego miało prawie trzy metry wysokości; w odległości około 10 m od ogrodzenia i na wysokości 45 cm rozciągnięty był drut, którego jeńcom nie wolno było przekraczać. Wzdłuż ogrodzenia co 100 metrów stały wieże strażnicze z reflektorami i karabinami maszynowymi, a wokół wycięto pas lasu tak, by strażnicy mogli dostrzec każdego, kto próbowałby uciec – tłumaczy Marek Łazarz, dyrektor Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu.

Kopanie tuneli w żagańskim żółtym piasku było wyjątkowo trudne. Zwłaszcza że również tu Niemcy nie zostawili niczego przypadkowi – wzdłuż ogrodzenia umieścili czułe mikrofony, które miały wyłapywać najmniejszy nawet szmer dochodzący spod ziemi, a baraki zostały zbudowane tak, by ich podłoga znajdowała się 60 cm nad ziemią. Teoretycznie nie można było kopać z baraku tak, by strażnicy tego nie zauważyli. I właśnie tam trafiali wszyscy ci, którzy zostali złapani w czasie próby ucieczki z innych obozów.

Drewniany koń

Żadne z tych zabezpieczeń nie było jednak w stanie zniechęcić do działania alianckich lotników wszystkich nacji, którzy trafili do Stalagu Luft 3. Jeszcze zanim doszło do Wielkiej Ucieczki, konspirowali i kopali nieustannie. Prób ucieczki było mnóstwo, przy czym nie były to samowolki.

– W każdym obozie i w każdym jego sektorze istniał tzw. komitet ucieczkowy, na czele którego zwykle stał najwyższy stopniem oficer. Komitet nadzorował wszystkie ucieczki – trzeba było przedstawić plan, uzyskać aprobatę. Poza tym komitet był w stanie zaopatrzyć w pieniądze, w sfałszowane dokumenty, ubrania cywilne, odpowiednio przygotowane racje żywnościowe – wyjaśnia dyrektor Łazarz.

Najpopularniejszym  sposobem ucieczki było kopanie tuneli. W Stalagu Luft 3 Niemcy odkryli około 100 takich. Niestety, uciekinierzy zazwyczaj wpadali w ręce Niemców – nie znali języka, realiów, nie mieli odpowiednich dokumentów. Złapani byli odstawiani do obozu macierzystego. Jednak w 1943 roku trójce Anglików to się udało się – Eric Williams, Richard Codner i Olivier Philpot, udając francuskich robotników, dotarli Szwecji. Dwójka płynęła ze Szczecina, a jeden z nich – z Gdańska.

Jeńcy wpadli na niezwykły pomysł – pod nosem strażników wykopali tunel, do którego wejście znajdowało się kilkadziesiąt metrów od ogrodzenia. Zbudowali skrzynię gimnastyczną. W niej był schowany człowiek. Ustawiali ją na środku boiska i systematycznie trenowali skoki przez nią. W tym czasie człowiek schowany w środku drążył tunel. W ten sposób wykopali prawie 40 metrów. W październiku 1943 roku przedostali się poza ogrodzenie. Ich wyczyn stał się kanwą innego, wcześniejszego brytyjskiego filmu – „The Wooden Horse” („Drewniny koń”) z 1950 roku.

Do Żagania przyjeżdża „Big X”

Prace przyspieszyły, kiedy do Stalagu Luft 3 przeniesiono majora Rogera Bushella, który miał na koncie już dwie spektakularne ucieczki z innych obozów. Jeńcy z Żagania uwierzyli, że pod jego kierownictwem wreszcie wyrwą się zza drutów. Bushell był z zawodu adwokatem (znakomitym), z zamiłowania narciarzem i pilotem, a z usposobienia – niespokojnym duchem. W maju 1940 roku jego Hawker Hurricane został zestrzelony pod Boulogne we Francji.

Natychmiast rozpoczął przygotowania do wielkiej ucieczki. Stanął na czele Komitetu X (jemu samemu nadano przydomek „Big X”), którego zadaniem było przygotowanie i zrealizowanie takiej operacji. W przedsięwzięciu wzięło udział około 600 jeńców (w chwili zakończenia wojny było ich w Stalagu Luft 3 ponad 10 tysięcy). Ale uciekać miało 220.

Kliknij, aby powiększyć
Powiększ obraz: <p>Lotnicy przetrzymywani w obozie Luft 3. Strzałką zaznaczony Bushell</p> Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu
Lotnicy przetrzymywani w obozie Luft 3. Strzałką zaznaczony Bushell

– Była grupa osób zainteresowanych, ale też i tacy, którzy nie mieli na to chęci – wyjaśnia dyrektor żagańskiego muzeum. – W pierwszej kolejności byli kwalifikowani ci, którzy brali bezpośredni udział w przedsięwzięciu. Pozostałych wyłoniło losowanie, coś w rodzaju loterii – losowano „szczęśliwe numery”. Później natomiast ustalano kolejność, w jakiej poszczególne osoby mają uciekać – dodaje.

Zanim tak się jednak stało, Komitet X wstrzymał prace – jeńcy dowiedzieli się, że Niemcy chcą rozbudować obóz o nowy sektor – północny. Przywódcy ucieczki wpadli na pomysł, by zgłosić się do prac przy jego budowie. Dzięki temu mogliby dobrze poznać teren. Komendant Stalagu Luft 3 Friedrich von Lindeiner zgodził się na to. W kwietniu 1943 roku, kiedy 15 nowych baraków sektora północnego było już gotowych, prace nad przygotowaniem do ucieczki ruszyły z kopyta.

Budowa aż trzech tuneli

Starannie opracowany pslan zakładał budowę aż trzech tuneli, którym nadano kryptonimy „Tom”, „Dick” i „Harry”. Dwa pierwsze miały być drążone w kierunku zachodnim, a ostatni – na północ. Miały biec aż 9 metrów pod ziemią – tak, by czułe geofony nie wyłapały odgłosów kopania. Pozostawał jeden problem – jak zamaskować wejścia do nich, skoro podłoga baraków wisiała 60 cm nad ziemią? To zadanie powierzono Polakowi, kapitanowi Bronisławowi Mickiewiczowi.

Wejścia do dwóch tuneli umieszczono w betonowych filarach, na których opierały się baraki. Na tych samych filarach stały kominy odprowadzające dym z piecyków w salach jeńców. Wejście do tunelu „Tom” znajdowało się w barakowym aneksie kuchennym,  przy jednym z kominów. Zostało zamaskowane betonowa klapą. Do „Harry'ego” można się było dostać przez specjalny właz pod żelaznym piecykiem. Wreszcie droga do „Dicka” wiodła przez kratkę zabezpieczającą odpływ z łaźni. Kapitan Mickiewicz zadbał o to, żeby wszystkie włazy były starannie zamaskowane.

Po wydrążeniu 9-metrowego szybu, jeńcy wykopali trzy komory – w jednej mieścił się warsztat, w którym przechowywali narzędzia. Tam też przygotowywano deski na szalunki, które miały podtrzymywać sufit wykopu. Deski wyciągano z pryczy, na których spali jeńcy i ze ścianek działowych w barakach. W drugim z pomieszczeń działała pompa powietrza. Przewód dostarczający świeże powietrze zrobiono z puszek po mleku skondensowanym, które lotnicy dostawali w paczkach dostarczanych przez Czerwony Krzyż. Ułożono go w dnie tunelu. Wreszcie trzecia komora służyła do przeładunku wydobywanego piasku.

– Każdy z uczestników przedsięwzięcia miał przydzielone zadanie: najsilniejsi, którzy nie cierpieli na klaustrofobię (tunel miał przekrój 52x54 cm), dostali przydział do brygady kopaczy – mówi Marek Łazarz. W tej grupie znalazł się Stanisław Król – przedwojenny polski mistrz szermierki. Inni fałszowali dokumenty niezbędne do przedarcia się przez Niemcy, następni przerabiali mundury na cywilne ubrania, farbując je np. sokiem z jagód czy pastą do butów. Byli też strażnicy, którzy ostrzegali, gdy do baraków zbliżali się Niemcy i ludzie odpowiedzialni za wynoszenia piasku wydobytego z tunelu.

– Z nogawek od kalesonów robiono długie worki. Napychano je piaskiem i chowano w nogawkach lub pod płaszczem. Podczas spacerów „pingwiny” (tak ich nazywano z powodu specyficznego sposobu chodzenia) wypuszczali ten piasek na zewnątrz i starannie udeptywali – opowiada dyrektor Muzeum. – Piach miał jaskrawożółty kolor, trzeba więc było robić to ostrożnie, żeby się Niemcy nie połapali. Rozsypywano go na boisku w czasie rozgrywek sportowych, czy na specjalnych grządkach, które w tym celu jeńcy zrobili wokół baraków.

To wielkie przedsięwzięcie nie miałoby szansy powodzenia bez pomocy Niemców. Alianccy lotnicy celowo nawiązywali kontakty z niemieckimi strażnikami, którzy często byli weteranami z I wojny światowej. Pomagały w tym towary z paczek, jakie dostawali jeńcy – za czekoladę, kawę, czy papierosy Niemcy dostarczali wzory dokumentów, czy aparat fotograficzny potrzebny do zdjęć. Informowali też o planowanych przeszukaniach baraków.

Wszystkie tunele oświetlano początkowo prymitywnymi lampkami z puszek i margaryny. Później udało się doprowadzić prąd. Niestety, w ciągu dnia Niemcy wyłączali napięcie – żarówki działały więc tylko w nocy. Natomiast urobek i ludzi transportowano na przodek po drewnianych torach specjalnymi wagonikami.

Początkowo w kopaniu brali udział zarówno lotnicy RAF-u, jak i Amerykanie. Niestety, na początku września 1943 roku  Niemcy odkryli mający już 70 metrów tunel „Tom” i go natychmiast go wysadzili. Tydzień po tym wydarzeniu Amerykanie zostali przeniesieni do nowego sektora obozu. Kopania zaprzestano na kilka miesięcy, ale przygotowania logistyczne trwały cały czas.

Z budowy „Dicka” zrezygnowano, ponieważ w miejscu, do którego miał prowadzić, Niemcy postanowili zbudować nowy sektor. Od tej pory wszyscy mieli budować tylko „Harry'ego”. Ten, jak obliczono, miał mieć 111 metrów i wychodzić w lesie za obozem – tak, by strażnicy nie zauważyli wychodzących spod ziemi ludzi.

Zbieg fatalnych okoliczności

Tunel był gotowy w styczniu 1944 roku. Wykopanie kilkudziesięciu ostatnich centymetrów piachu zostawiono na dzień ucieczki. Wyjście budowniczowie zabezpieczyli deskami. Czekali na dogodną chwilę. Ich decyzję przyspieszyły działania Niemców, którzy po wykryciu „Toma” stali się jeszcze bardziej podejrzliwi. Wreszcie ustalono termin ucieczki – 24 marca. Komitet X postanowił, że akcja rozpocznie się o 21.30 w piątek. Noc miała być bezksiężycowa. O tej porze z Żagania odjeżdżały jeszcze pociągi, którymi część z jeńców miała uciekać. – W ten sposób mieli podróżować ci, którzy mieli najlepsze dokumenty i znali język niemiecki. Było to około 30 osób – tłumaczy Marek Łazarz. – Inni, nazywani przez kolegów „twardzielami”, byli gorzej przygotowani. Oni mieli uciekać piechotą – nocami iść, a w dzień się chować.

Niestety, nastąpiła kumulacja nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Zaczął intensywnie padać śnieg, uciekinierzy wiedzieli więc, że trudno będzie maszerować przez las. Później nie mogli się przebić przez ostatnich kilkadziesiąt centymetrów tunelu. Kiedy wreszcie po dwóch godzinach udało się pokonać napęczniałe deski, okazało się, że tunel jest... za krótki – zamiast w lesie, wyjście z niego znajdowało się na pasie wykarczowanym, który było widać z wieżyczek strażniczych, a na dodatek regularnie patrolowali go strażnicy z psami. Zarządzono więc naradę.

Kliknij, aby powiększyć
Powiększ obraz: <p>Niemcy odkrywają wyjście z tunelu "Harry"</p> Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu
Niemcy odkrywają wyjście z tunelu "Harry"

– Padła propozycja, żeby dwóch wyszło, zamaskowało wyjście i żeby kopać dalej. Kłopot w tym, że mieli wystawione dokumenty dokładnie na ten dzień! Musieliby więc zrobić nowe. Zadecydowano, że dwaj wyjdą, schowają się w lesie i będą sznurkiem sygnalizowali, by kolejni mogli bezpiecznie uciekać – mówi dyrektor Łazarz.

220 ludzi czekało w baraku na swoją kolej. Nad operacją czuwali kontrolerzy. Niestety, cała akcja przebiegała z kłopotami – ludzie pozabierali mnóstwo kłopotliwych rzeczy. W efekcie klinowali się w tunelu. Co więcej, ten kilkakrotnie się zawalił, bo ktoś zaczepił walizką o szalunek. Udrożnienie zajmowało mnóstwo czasu. Na dodatek tej właśnie nocy miał miejsce aliancki nalot. Wprawdzie Żagania nie bombardowano, ale Niemcy wstrzymali ruch pociągów (którymi miała uciekać część osób) i wyłączyli prąd. W tunelu zapanowały ciemności.

Około 5. rano uznano, że pora kończyć akcję, choć na zewnątrz udało się wydostać ledwie 76 osobom (byli wśród nich: Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy, 6 Polaków, Czesi, Norwegowie, Belg, Francuz, Grek i Holender).

Na domiar złego doszło do fatalnej pomyłki tych, którzy czuwali w lesie. – Wzdłuż ogrodzenia chodził patrol. Pech chciał, że wartownik nie poszedł wzdłuż, ale przy ścianie lasu. Prawdopodobnie udał się tam za potrzebą. Ci, którzy siedzieli w lesie, nie widzieli go – myśleli, że jest bezpiecznie, więc dali znać, że można wychodzić. Wyszedł kolejny i zauważył wartownika. Padł na ziemię przy wyjściu i leżał – wyjaśnia dyrektor Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu. Wartownik doszedł w jego pobliże – nie zauważył wyjścia z tunelu, ale zobaczył wydeptaną w śniegu ścieżkę do lasu. Zaczął się rozglądać i zauważył leżącego w śniegu uciekiniera. Sięgnął po karabin. Padł strzał. Wszyscy w obozie wiedzieli już, że coś się stało...

Na miejsce przybiegli inni wartownicy. Jeniec, który dotąd leżał, rzucił się do ucieczki. W tym czasie w szybie wyjściowym było czterech uciekinierów. Strażnicy natychmiast ich wyciągnęli. Cała reszta z tunelu uciekła do baraku. Zapanowała panika. Niemcy zarządzili apel i poinformowali swoje władze we Wrocławiu.  Zarządzono wielką obławę.

– W jej efekcie niemal wszystkich wyłapali w ciągu tygodnia – mówi dyrektor Łazarz. Większość uciekinierów wpadła zaledwie kilka kilometrów od obozu. Części udało się dotrzeć pociągami w okolice Jeleniej Góry – zamierzali przez Karkonosze i Czechosłowację uciekać do neutralnej Szwajcarii. Najdalej, bo do Saarbrücken na granicy niemiecko-francuskiej, dotarł główny organizator ucieczki, major Roger Buschell. Towarzyszył mu francuski lotnik.

Zaledwie trójce udało się uciec. Norwegowie: ppor. Jens Müller i sierż. Per Bergsland dotarli do Szczecina, skąd marynarze przewieźli ich do Szwecji. Natomiast Holender Bram van der Stok dotarł do Utrechtu, a stamtąd przedarł się do Madrytu, gdzie schronił się w brytyjskiej ambasadzie. Potem przerzucono go do Londynu.

Haniebny „Rozkaz żagański”

Na wieść o ucieczce 76 jeńców ze Stalagu Luft 3 w Żaganiu Adolf Hitler wpadł w szał. Zwołał naradę z udziałem Hermana Göringa, Heinricha Himmlera, Wilhelma Keitla i Ernsta Kaltenbrunnera, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA). Zakazał protokołowania czegokolwiek, po czym wydał rozkaz rozstrzelania wszystkich złapanych zbiegów. Przeciw temu zaprotestował Hermann Göring.

– Nie postąpił tak bynajmniej ze względów humanitarnych. Po prostu obawiał się, że takiej akcji nie da się zachować w tajemnicy, a alianci mogą wziąć odwet na przebywających w niewoli lotnikach Luftwaffe i innych niemieckich jeńcach wojennych – wyjaśnia Marek Łazarz. Himmler zaproponował rozstrzelanie 50 uciekinierów. Pozostali uczestnicy narady się na to zgodzili.

27 marca 1944 roku w poniedziałek Kaltenbrunner wydał tzw. Sagan–Befehl („Rozkaz Żagański”), w którym szczegółowo instruował o tym, kogo i w jaki sposób należy rozstrzelać.

– Na bazie tego Artur Nebe, urzędnik Gestapo we Wrocławiu stworzył grupę egzekucyjną, która jeździła do więzienia w Zgorzelcu (gdzie przebywali złapani uciekinierzy), wybierała jeńców i po kilku zabierała ich pod pozorem transportu do Żagania – opowiada Marek Łazarz. – Po drodze robili „przystanek na toaletę” i rozstrzeliwali ich. Później raportowali, że „jeńcy chcieli uciekać”. Zwykle egzekucje wykonywali w pobliżu krematorium. Np. tak się odbyło to w przypadku Zgorzelca, Legnicy i Wrocławia. Zwłoki palono na miejscu, a do Żagania trafiały już tylko urny z prochami. W ciągu miesiąca trafiło do obozu 50 urn. Z 23 pozostałych przy życiu część Niemcy wywieźli do Sachsenhausen do sektora dla jeńców wojennych, a pozostałych odwieziono do Żagania. Wszyscy oni przeżyli wojnę – dodaje.

Alianccy jeńcy zorganizowali pogrzeb swoim kolegom. Urny pochowali w mauzoleum, które sami wybudowali. W 1948 roku brytyjska Komisja Mogił Wojennych wywiozła prochy 48 pilotów na cmentarz wojenny w Poznaniu. Szczątki dwóch innych zabrały ich rodziny.

Była zbrodnia, musi być kara

Wojna jeszcze się nie zakończyła, gdy Brytyjczycy postanowili ukarać wszystkich odpowiedzialnych za rozstrzelanie uciekinierów ze Stalagu Luft 3. Po zakończeniu działań wojennych, w sierpniu 1945 r. utworzono w ramach RAF-u tzw. Specjalny Wydział Śledczy, który miał się zająć m.in. sprawą żagańską. Dochodzeniem kierował ppłk. Wilfred Bows (był zawodowym oficerem policji RAF). Współpracowali z nim: major F. P. McKenna (były detektyw policji z Blackpool), kapitan Arthur Lyon (były inspektor policji w Londynie; biegle mówił po niemiecku), sierżanci Stuart Greet i J. W. Venselaar oraz kilku innych.

Część wrocławskich urzędników Gestapo odpowiedzialnych za tę zbrodnię zginęła w czasie oblężenia Festung Breslau, część dostała się w ręce Rosjan, ale większość złapano i osądzono. Ostatecznie spośród odpowiedzialnych za wydanie i realizację „Sagan Befehl” stracono 21 osób, 15 skazano na kary więzienia, 11 popełniło samobójstwa, czterech uniewinniono, a 9 osób w ogóle nie stanęło przed wymiarem sprawiedliwości.

Obchody 80. rocznicy Wielkiej Ucieczki

Dla uczczenia bohaterów wielkiej Ucieczki zorganizowano dwudniowe obchody tego wydarzenia. W najbliższą sobotę i niedzielę przy Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu stanie wojskowe miasteczko. Zaplanowano w nim m.in. pokaz sprzętu wojskowego (polskiego i amerykańskiego), scenę, na której mają się odbywać koncerty oraz szereg stoisk, na których będzie się można posilić.

Punktem kulminacyjnym będzie apel pamięci, który odbędzie się w niedzielę o godz. 12.00 przy wyjściu z tunelu „Harry”. Uroczystość rozpocznie przelot samolotów 4 F-16 i C-130 Hercules Polskich Sił Powietrznych (to jednak jest uzależnione od pogody). W wydarzeniu wezmą udział m.in. przedstawiciele ambasad i konsulatów państw, których lotnicy wzięli udział w Wielkiej Ucieczce, Wojska Polskiego, Ministerstwa Obrony Narodowej oraz rodziny alianckich lotników, którzy byli bohaterami niezwykłych wydarzeń sprzed 80 lat. Wstęp jest bezpłatny.

Cały program dostępny jest na stronie muzeum w Żaganiu.

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama
Powrót na portal wroclaw.pl