www.wroclaw.pl w Zakazanym Mieście

Czyli jak „nasi” podróżnicy dojechali koleją do Pekinu

  • Zakazane Miasto

    Olo w pekińskim Zakazanym Mieście z... nami

  • Kijów

    W Kijowie przed soborem Sofijskim

  • Moskwa

    Pchła pozdrawia sprzed moskiewskiego Dworca Jarosławskiego, z którego odjeżdżają pociągi kolei transsyberyjskiej

  • Wielki Mur Chiński

    Badaling - Wielki Mur Chiński i autorka relacji z podróży pociągiem do Chin

  • Plac Tiananmen

    Olo i "my" w Pekinie - brama miejska Qianmen przy placu Tiananmen


Gdy pierwszy raz głośno napomknęli, że rozważają podróż koleją do Chin, ich przyjaciele i rodzina pukali się w czoło, zastanawiając się, co im strzeliło do głowy. No bo przecież to drugi koniec świata, a podróż koleją musi trwać ze trzy tygodnie! I jak oni wytrzymają w pociągu tyle dni – bez prysznica, śpiąc z otwartym okiem, by nikt ich nie okradł. Tym większe zapanowało zdziwienie, gdy Pchła i Olo, czyli Joanna i Aleksander Gąsieniec, zapowiedzieli, że mają już bilety kolei transsyberyjskiej i opracowany wstępny plan dojazdu do granicy rosyjsko-chińskiej. www.wroclaw.pl objął patronatem tę niezwykłą wyprawę, dostając w zamian obietnicę, że młodzi podróżnicy będą dostarczali nam wieści o swoich dokonaniach. Oto ich pierwsza, syberyjska opowieść. Okazuje się, że wcale nie taka straszna…

 

Zaczyna się niewinnie „mieliśmy marzenie i pewnego dnia postanowiliśmy je spełnić…”. Tak powoli zaczął kiełkować nasz pomysł, przechodząc z fazy „pewnego dnia” na „za kilka tygodni”. Bilety bez problemu zarezerwowaliśmy na stronie rosyjskich kolei RZD i wokół tego zaczęliśmy budować dalszy plan.

Podróż przez Rosję miała trwać sześć dni, a nie trzy tygodnie, i zakładała, że w międzyczasie przesiądziemy się raz, w Czicie, żeby złapać pociąg do Zabajkalska, czyli pod samą chińską granicę. Na tę przesiadkę mieliśmy, zgodnie z rozkładem jazdy, równe 47 minut. Po pięciu dniach w pierwszym pociągu. Niewiele, ale postanowiliśmy podjąć ryzyko, mimo złych doświadczeń z polską koleją, opóźnieniami, zmianami rozkładu i milionem nieprzewidzianych sytuacji. 1 października 2013 r. wyszliśmy z domu z biletami w ręce, spakowanymi plecakami i ekscytacją w sercach.

 

Do Kijowa

Pierwszy etap był dla nas najważniejszy. Po pierwsze dlatego, że otwierał całość wyprawy, urzeczywistniając to, na co długo czekaliśmy, po drugie, że opóźnienie już na tym etapie mogłoby spowodować trudności w realizacji dalszych etapów. Do granicy polsko-ukraińskiej dojechaliśmy autobusem, wyłamując się trochę z konwencji dojazdu koleją. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że wizja jazdy nocnym pociągiem do Przemyśla, którym mieliśmy już okazję jechać kilkakrotnie, obserwując w międzyczasie cały wachlarz folkloru panującego w PKP i siłując się z miłymi, łysymi panami, którzy bardzo usilnie chcieli wejść do naszego przedziału, spowodował, że zdecydowaliśmy się na opcję naszym zdaniem bezpieczniejszą, czyli autobus. Trochę dla własnej wygody, ale przede wszystkim dla psychicznego komfortu. Pierwszy pociąg złapaliśmy we Lwowie. Miejsca również wcześniej zarezerwowaliśmy przez internet. W ramach posiadanego przez nas biletu przysługiwało nam miejsce leżące z rozwijanym materacem, poduszka, dwa prześcieradła (jedno do przykrycia się), koc i szklanka ciepłej herbaty. Podróż była bardzo komfortowa i minęła zadziwiająco szybko. Ledwo przyłożyliśmy głowy do poduszek, a tu już trzeba było wstawać. To dobrze wróżyło, bo w transsibie czekało nas pięć bitych dni jazdy.

 

Opera Lwowska

 

 

 Kijów - Ławra Peczerska

Do Moskwy

W chwili, w której odebraliśmy od kuriera paszporty z rosyjskimi wizami, zdaliśmy sobie sprawę, że nie uwzględniliśmy, o której godzinie wjedziemy na teren Federacji Rosyjskiej. Pociąg, zgodnie z rozkładem, miał odjeżdżać z ostatniej ukraińskiej miejscowości przed granicą chwilę przed północą, czyli za wcześnie. Wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie to, że nasza wiza obowiązywała od „po północy”. Pojawiła się zatem kolejna wątpliwość. Zatrzymają nas na granicy, czy przymkną oko i pozwolą wjechać? Rosyjscy urzędnicy nie kojarzą mi się z tymi, którzy na coś przymykają oko, więc do ostatniej chwili towarzyszyła nam wizja koczowania na zapadłej, przygranicznej stacji w środku nocy, z nadzieją, że złapiemy kolejny pociąg i nie zamarzniemy w międzyczasie. Trochę przesadzam, ale im bliżej byliśmy granicy, tym ta wizja wydawała mi się bardziej realna.

Pociąg, którym Pchła i Olo zmierzali do Moskwy

Sporo informacji dotyczących samego przejazdu przez granicę koleją można znaleźć w internecie, a najaktualniejsze na blogach podróżniczych. Również dla nas była to kopalnia wiedzy. Niestety, albo w wyniku niewłaściwych poszukiwań, albo braku takich wiadomości, nie trafiliśmy nigdzie na wzmiankę dotyczącą czasu przekraczania granicy ukraińsko-rosyjskiej pociągiem na przejściu granicznym w Briańsku. Teraz już wiemy, że między ostatnią ukraińska stacją, na której odbywa się ukraińska kontrola paszportowa, a pierwszą stacją w Rosji i kontrolą paszportów i wiz mijają blisko dwie godziny. Zdecydowanie nie jest to turystyczny kierunek, bo mój paszport stał się obiektem zainteresowania i ukraińskich, i rosyjskich celników, którzy przez nadgryzioną zębem czasu lupę dokładnie zlustrowali każdą jego stronę.

 

Moskwa - cerkiew Wasyla Błogosławionego

 

Do granicy z Chinami

Nie zależało nam na zwiedzaniu Rosji, bardziej na samej przez nią podróży. Oboje wychodzimy z założenia, że to podróż sama w sobie jest celem, a nie destynacja, do której się zmierza. Zgodnie z tą myślą, kolej transsyberyjska to chyba najciekawsza część całej opowieści. Zahartowani już w wielogodzinnych przejazdach pociągiem, w wagonie RZD czuliśmy się prawie jak ryby w wodzie. Nie przeszkadzał nam brak prysznica, brak zasłonki przy łóżku, a tym samym praktycznie zero prywatności. Zaczęły się wielogodzinne obserwacje „pociągowych” zwyczajów i obalanie kolejnych mitów o podróży koleją transsyberyjską.

Po pierwsze, nie było morza lejącej się litrami wódki, wielkiej imprezy i bratania się ze wschodnim sąsiadem. Po drugie, wcale nie jechaliśmy dwa tygodnie. Po trzecie, w pociągu nie było ciasno i brudno. Prowadnik naszego wagonu sprzątał toaletę i mył podłogę w wagonie dwa razy dziennie. Nie powiedziałabym, że był to wysoki standard czystości, ale jak na te warunki było przyzwoicie. Owszem, w toalecie szybko po sprzątaniu zaczynało śmierdzieć, a w całym wagonie, z racji pozamykanych okien, błyskawicznie osiadały tony kurzu, ale porównując to z rodzimymi pociągami, było super.

Czy w transsibie było niebezpiecznie? Kolejny mit. Nie spaliśmy z jednym okiem otwartym, na zmianę, ani z dokumentami i pieniędzmi włożonymi w majtki. Z sąsiadką z łóżka obok dość szybko złapaliśmy wspólny język i takież poczucie odpowiedzialności za nasze rzeczy i za siebie nawzajem. Prawdę mówiąc, po drugim dniu znaliśmy się, chociaż z widzenia, ze wszystkimi pasażerami naszego wagonu i mieliśmy takie silne poczucie przynależności do tej samej wagonowej wspólnoty.

Nieprawdą jest też, że trzeba zabrać ze sobą spory zapas jedzenia. Owszem, wygodniej korzystać z własnych zapasów, pozostawiając sobie pewną niezależność w wyborze dziennego menu. Jednak nie jest to konieczne. Praktycznie na każdej stacji, na której pociąg zatrzymuje się na dłużej, jest restauracja albo chociaż dobrze zaopatrzony sklep. Na niektórych do pociągu wsiadają handlarze z koszami pełnymi pieczonych kurczaków, ziemniaków czy suszonych ryb. Poza tym zostaje nam wagon restauracyjny, serwujący ciepłe posiłki i gotowe dania instant. Ceny są nieco wyższe, ale to koszt, jaki należy ponieść za wygodę nierobienia spożywczych zapasów.

 

Olo w wagonie kolei transsyberyjskiej

Czas mijał nam szybko. Dużo rozmawialiśmy z naszymi towarzyszami podróży. O Wrocławiu niestety mało kto słyszał. Warszawa, Kraków, Tarnów to i owszem. Większość osób miejsca te wiąże z historią własnej rodziny: matek, babek czy prababek, które na Syberię trafiły w wyniku wojennych zawirowań. Tymi historiami chętnie się z nami dzielili, my w zamian opowiadaliśmy o Polsce, o Wrocławiu. Jeśli ktokolwiek pomyśli teraz o pokręconych stosunkach polsko-rosyjskich, rozczaruję. W pociągu nie było polityki. Byli ludzie. Zwykli. Wolni od uprzedzeń. Życzliwi i serdeczni.

Nasz najciekawsze przeżycie? Zdecydowanie wieczór z muzyką rosyjską przy akompaniamencie akordeonu i śpiewie zespołu seniorów pieśni i tańca z Jakucka, tuż za Irkuckiem. Przez tą krótką chwilę nieważne było kto, gdzie i po co jedzie, ani skąd jest. Ważna była muzyka i wspólne biesiadowanie, bo tuż po pierwszych dźwiękach wygranych na akordeonie pojawiła się skromna butelczyna wódki, kawałek suszonej ryby i kiełbasa. I chyba nie było w wagonie nikogo kto, jeśli nie śpiewał, nie miał chociaż uśmiechu na twarzy. Wliczając w to nas.

 

Kolej transsyberyjska - stacja po drodze

Dojazd do Pekinu

Tego, że udało nam się dojechać do Pekinu, czytelnik domyśla się po pierwszych akapitach tego tekstu. Nasza ryzykowna przesiadka w Czicie okazała się bezproblemowa. Pociąg z Moskwy po pięciu dniach jazdy na stację wjechał punktualnie, co do minuty. Imponujące, prawda?

Niestety, jak to bywa w podróży, plany lubią szybko się zmieniać, zgodnie z zasadą, jeśli coś ma pójść gładko, to na pewno nie pójdzie. Tak stało się z narodzonym naprędce w Mandżurii planem rozbicia dojazdu do Pekinu na dwa etapy: Mandżuria-Harbin i Harbin-Pekin. Dzięki temu mieliśmy zaoszczędzić sobie 36-godzinnej przejażdżki w wagonie najniższej klasy tzw. hard seat, skracając ją do kilkunastu godzin, by następnie skorzystać z bogatej oferty szybkich pociągów kursujących między Harbinem a Pekinem. Niestety, po 16 absolutnie okropnych godzinach w pociągu z zaplutą podłogą, w którym praktycznie cały czas przesiedzieliśmy sztywno, walcząc z sennością, trafiliśmy na pierwszą i jedyną na tym etapie podróży przeszkodę. Owszem, w tym samym dniu w rozkładzie figurował jeszcze jeden pociąg do Pekinu, ale niestety na chwilę przed odjazdem zostały już tylko miejsca w klasie „hard seat”. Na to nie byliśmy psychicznie gotowi i bez dłuższego zastanawiania staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami biletów na szybki, nowoczesny pociąg D-train, odjeżdżający następnego dnia. Plan uległ tylko niewielkiej modyfikacji.

W ten sposób całość trasy zamknęliśmy przyjemnym akcentem, robiąc sobie mały prezent na zakończenie tej kolejowej odysei. Z dumą możemy powiedzieć, że udało nam się zrealizować cały, zwariowany plan, ale przede wszystkim ogromne marzenie. W dniu, w którym wypadała rocznica naszego ślubu, wjechaliśmy do Pekinu.

 

Podsumowanie

Dojazd z Wrocławia do Pekinu zajął nam 14 dni, z czego w pociągach spędziliśmy łącznie prawie 169 godzin, czyli połowę tego czasu.

Zobaczyliśmy w biegu Lwów, Kijów i Moskwę w 72 h, rzuciliśmy okiem na Mandżurię, żeby zwolnić tempo podróży w Pekinie. Chodziliśmy po blokowiskach Moskwy, mijaliśmy zbite z desek, liche chaty pośrodku niczego, przejeżdżaliśmy po zboczach Uralu, przez syberyjską tajgę i stepy Mongolii Wewnętrznej.

Jechaliśmy ultrapunktualnymi pociągami ukraińskich i rosyjskich kolei z miejscami do spania, kolebiącym się chińskim „hard seatem” w pozycji siedzącej przez 16 h i nowoczesnym szybkim pociągiem klasy D – w wygodnych, rozkładanych fotelach. Różnica temperatur między najchłodniejszym (Mandżuria -6) a najcieplejszym (Pekin 20) miejscem, w którym byliśmy, wyniosła 26 stopni. Po drodze spotkaliśmy życzliwych i pomocnych ludzi, dla których my i nasze opowieści o Polsce i Wrocławiu były równie egzotyczne, jak oni dla nas. Widoki i wrażenia, od których nadal huczy nam w głowach, zapisały się trwale w sercach, budząc podróżniczy apetyt, a podróż nadal trwa.

Na szczegółową relację z każdego z powyższych etapów podróży oraz do obejrzenia zdjęć serdecznie zapraszamy na naszego bloga www.4everMoments.com.  

 

Joanna Gąsieniec

Zdjęcia: J. i A. Gąsieniec

 

Również mocno zachęcamy do lektury innych ciekawych newsów z dalekiej podróży młodych wrocławian i obejrzenia świetnych fotografii, które tę wyprawę ilustrują.

MaWi

Zgłoś uwagę