Dwoje w Berlinie, koniec lat 80.
Jeśli ktoś nie zna jeszcze książek Niemki Jenny Erpenbeck wydanych w Polsce (m.in. „Słownika” czy „Klucza do ogrodu”) być może warto sięgnąć najpierw i zacząć właśnie od „Kairosa” (w przekładzie Elizy Borg, Wydawnictwo Znak), mocnej historii o szczególnej relacji.
Połączyła dziewiętnastolatkę i starszego o trzydzieści cztery lata, żonatego, ustatkowanego mężczyznę, który widząc ją pewnego dnia w berlińskim autobusie nie może już przestać na nią patrzeć i jej obsesyjnie pożądać. Nawet wymawianie jej imienia w pustym mieszkaniu staje się aktem miłosnym.
Uprzedzam, to nie jest klasyczny romans. Relacja Kathariny i Hansa jest hipnotyzująca, pełna niemal religijnego uniesienia, ale też mocno toksyczna, niemal zabierająca obydwojgu powietrze, ważąca na ich późniejszych losach. A w tle Niemcy drugiej połowy lat 80., wciąż w kleszczach systemu miażdżącego jednostkę.
Mocna, świetnie napisana historia!
Ekscytujący romans w Wenecji
Wyjątkowo stylowa powieść „Kochanek bez stałego adresu” włoskiego tandemu pisarskiego Carlo Fruttero i Franco Lucentini (w przekładzie Barbary Sosnowskiej, Oficyna Noir sur Blanc) z 1986 roku, choć może nie zapowiada tego okładka, jest idealną propozycją na świętowanie Walentynek przy lekturze.
Mamy tu dwoje ludzi, Davida Ashvera Silverę, przewodnika wycieczek i tajemniczą kobietę (której imienia nie znamy), arystokratkę, koneserkę sztuki. Oboje los zderza ze sobą w jednym z najbardziej romantycznych, ale i niepokojących miast na świecie – w Wenecji – na trzy dni.
To nieoczekiwane spotkanie skutkuje nie tylko spacerami po Wenecji (miasto to zresztą, niewątpliwie, trzeci, równoprawny bohater książki), intrygującymi rozmowami i miłosną relacją, w której obydwoje będą starali się odkryć wzajemnie, kim naprawdę są.
Niespieszna akcja, niepodrabialny klimat, podniecająca atmosfera spotkania dwojga. Koniecznie!
Virginii Woolf niezwykłe wyznanie miłości
Jak by to było? Urodzić się mężczyzną i przeżyć tak lata, a potem, pewnego dnia, stać się, zupełnie naturalnie, kobietą? Cały czas pod tym samym imieniem.
Virginia Woolf (1882-1941) pisząc „Orlanda” (przekład Agi Zano, Wydawnictwo Marginesy) wyznała, w pewnym sensie, uczucie wieloletniej przyjaciółce, arystokratce Vicie Sackville-West, przywołując w opisach losów arystokraty/arystokratki Orlanda nie tylko miejsca, ale nawet rasy psów, jakie posiadała Vita.
Powstała powieść literacko zachwycająca, intrygująca dla ówczesnego środowiska (które odnajdywało wiele aluzji), ale i współczesna. Wciąż współczesna, bo przecież dziś wyjątkowo żywo dyskutuje się o tym, jak płeć determinuje nasze życie.
I nie tylko, to też cudowna powieść o przebudzeniu, o dojrzewaniu, o pierwszej miłości, o wielkiej miłości, o dojrzewaniu do prawdziwego życia.
Nie sposób nie dołączyć do tego zestawienia „najdłuższego i najbardziej ujmującego listu miłosnego w historii literatury”, jak oceniał „Orlanda” pisarz i polityk Nigel Nicolson, prywatnie syn Vity.
Miłość, która uzdrawia świat
Nie wolno przegapić książki „Teodor Hoppe idzie do nieba” (Wydawnictwo Amaltea) pochodzącej z Gdyni Iwony Partyki, bo rozjaśni nam ponure zimowe dni, doda optymizmu, przekona o tym, że w codzienności kryje się wielkie piękno i miłość.
Historia rozgrywa się na Kaszubach, a to region wyjątkowy, nie tylko ze względu na egzotycznie dla nas brzmiący i zapisany język oraz piękne, misterne wzornictwo. Echa kaszubskiego klimatu odnajdziemy w opowieści tytułowego bohatera, który ze świnią na sznurku wyrusza w drogę do domu, gdzie czekają najukochańsze żona i córka, a swoje losy od I i przez II wojnę światową, są punktem wyjścia, by pokazać trudną historię Kaszub i ich mieszkańców.
Losy odmieńca, bo noszącego garb, ale też człowieka przełamującego społeczną niechęć wyjątkowym charakterem, pogodą ducha, życiową filozofią, nie mogą nie zachwycić.
To nie jest książka o wielkim romansie, choć Teodor jest tu po uszy zakochany w swojej rodzinie, ale o tym, że miłość do świata i ludzi, czasem na przekór rzeczywistości, bywa uzdrawiająca.
Wszystko o dorosłości (i przy okazji o miłości)
Parafrazując tytuł jednej z najsłynniejszych powieści brytyjskiej pisarki Dolly Alderton – ona o miłości wie (pewnie) wszystko. A w książce „Duchy” (w tłumaczeniu Piotra Grzegorzewskiego, Wydawnictwo Poznańskie) autorka porównywana do Candace Bushnell (napisała „Seks w wielkim mieście”) czy Helen Fielding (świat zawdzięcza jej kolejne książki-dzienniki Bridget Jones) pisze spostrzegawczo o wchodzących w dorosłość.
To czas, gdy przeprowadzka to już poważny temat, choć jej mentalne przepracowanie chwilę zajmie. To też ten moment, kiedy randkowanie jest mocno intensywne, choć rzeczywistość mocno weryfikuje sporo internetowych znajomości, a szukanie odpowiedniego faceta przy pomocy podpowiadających algorytmów bywa katastrofą.
Podobnie jak Bushnell i Fielding, Alderton też jest felietonistką, więc mocno interesuje ją codzienność jej bohaterów, a zmysł obserwacji i wyjątkowo trzeźwa ocena rzeczywistości (w tym przypadku młodej kobiety w Londynie) pomagają odmalować portret kobiet z pokolenia Z.
Plus czarny brytyjski humor i dokładne sprawozdania z randek. Nie traktujmy tej książki jako poradnika, ale opowieść z gatunku „podpatrzona”.
Eros znaczy brak, pragnienie
Zbiór esejów kanadyjskiej poetki Anne Carson (w pięknym przekładzie Renaty Lis, Wydawnictwo Ossolineum), jednego z najciekawszych dziś kobiecych głosów, która odkrywa przed nami sens greckiego słowa „eros”.
Choć popkultura chętnie sięga po erotyczne skojarzenia, z reguły mało wyrafinowane, a Erosa kojarzymy jako boga miłości i seksualnej namiętności, w starożytnej Grecji słowem „eros” określało się brak, ale też „pragnienie tego, czego nie ma”. Celem nie było tu miłosne spełnienie, celem było prowadzące do niego pożądanie, gorączka.
I, co ciekawe, Carson zwraca uwagę, że dążenie do miłości, a dążenie do prawdy było dla Greków analogiczne.
Eseje Anne Carson można czytać chronologicznie, ale i na wyrywki, niekoniecznie w jednym rzucie. Refleksje kanadyjskiej poetki otwierają pole do bardzo ciekawej, miłosnej, dyskusji.