wroclaw.pl strona główna Najświeższe wiadomości dla mieszkańców Wrocławia Dla mieszkańca - strona główna

Infolinia 71 777 7777

4°C Pogoda we Wrocławiu
Ikona powietrza

Jakość powietrza: umiarkowana

Dane z godz. 23:00

wroclaw.pl strona główna
Reklama
  1. wroclaw.pl
  2. Dla mieszkańca
  3. Aktualności
  4. Szczera rozmowa o Trzonolinowcu
Kliknij, aby powiększyć
Mężczyzna w zielonej kurtce, na drugim planie wysoki budynek; dr hab. Łukasz Wojciechowski na tle Trzonolinowca Oleksandr Poliakovsky
Mężczyzna w zielonej kurtce, na drugim planie wysoki budynek; dr hab. Łukasz Wojciechowski na tle Trzonolinowca

Nie ma drugiego takiego budynku jak Trzonolinowiec – mówi dr hab. Łukasz Wojciechowski z Politechniki Wrocławskiej, gdy skończyliśmy niemal dwugodzinną rozmowę o tym budynku. Kulturowy, polityczny, społeczny i technologiczny kontekst powstania Trzonolinowca jest jak pajęcza sieć: nitki wyprowadzane z różnych stron zbiegają się w jednym miejscu – przy ulicy Tadeusza Kościuszki 72.

Reklama

Mirosława Kuczkowska: – Czy boli Pana, jako architekta, to, w jakim stanie jest dziś Trzonolinowiec?

dr hab. Łukasz Wojciechowski: – Budynki, jak wszystko, mają swój termin przydatności, nie są wieczne. Smutne jest to, że eksperyment architektoniczny Jacka Burzyńskiego i Andrzeja Skorupy już po 60 latach nie nadaje się do użytku. Trzeba zauważyć, że to ogromny problem dla mieszkańców, właścicieli tych mieszkań. Jednak myśląc jako architekt, nie płaczę po budynkach, czasami mi ich szkoda. Na przykład Solpolu było mi szkoda, choć za nim nie przepadałem.

Był szalony!

Całe lata 90. były szalone. Nieszczęściem Solpolu było to, że wybudowano go jako dom handlowy, a te nie przyjęły się w Polsce. Wybraliśmy centra, co skazało ten budynek na niepowodzenie. Choć nie płakałem po nim, to mentalnie wspierałem młodzież, która go broniła.

A za Trzonolinowcem, gdyby go zabrakło w przestrzeni miejskiej, płakałby Pan?

Nie. I wiem, że mówię to wbrew temu, co powinienem powiedzieć. 

Solpol był wyrazem kiczu z lat 90., którego się wstydzimy, a Trzonolinowiec to modernizm, z którego jesteśmy dumni. 

Projekty wizjonerów

Jest coś, co jeszcze łączy Solpol i Trzonolinowca?

Twórcze szaleństwo projektantów. Moderniści, którzy zaprojektowali Trzonolinowca, Burzyński i Skorupa, byli szaleni, żeby nie powiedzieć – aroganccy, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Podobnym szaleństwem kierował się postmodernista Wojciech Jarząbek, projektując Solpol. Cała trójka była w awangardzie, poszukiwała nowych rozwiązań.

Udało im się?

Są budynki dobre i budynki złe. Nie mówię tu wyłącznie o stylu, ale o budynku jako całości. Jedne się sprawdzają, inne nie. Solpol nie sprawdził się, to pewne. Ale nie można też powiedzieć, aby Trzonolinowiec się sprawdził. Powiem więcej, zdewaluował się nawet szybciej niż Solpol.

Co ma pan na myśli, mówiąc, że się zdewaluował. Modernizm dzisiaj triumfuje, a jeśli chodzi o funkcję, to przecież nieprzerwanie służy swojemu pierwotnemu celowi.

Mówię pod kątem architektury rozumianej jako całość, jako połączenie estetyki, technologii, kwestii użytkowych i kontekstu, w którym budynek powstał. Mimo wspaniałej technologii nie dało się w nim mieszkać już od początku. Nie możemy mówić o budynku, biorąc pod uwagę tylko to, w jakim stylu albo w jakiej technologii został zaprojektowany. Ponadto powojenny modernizm to nie tyle styl, co światopogląd.

Pęd ku nowoczesności

Co zatem jest dla Pana najciekawsze w Trzonolinowcu?

Zrozumienie tego, co kształtowało Jacka Burzyńskiego i Andrzeja Skorupę.

Od czego zaczniemy?

Od podkreślenia, jak młodzi, niedoświadczeni i naiwni byli obaj architekci.

Jacek Burzyński, gdy zaczyna prace nad projektem, ma niespełna 30 lat.

I ci dwaj młodzi mężczyźni projektują eksperymentalny pod każdym względem budynek mieszkalny w centrum miasta.

Kliknij, aby powiększyć
Powiększ obraz: <p>dr hab. Łukasz Wojciechowski na tle Trzonolinowca&nbsp;</p> Oleksandr Poliakovsky
dr hab. Łukasz Wojciechowski na tle Trzonolinowca 

Mamy początek lat 60. Poniemieckie miasto z ulicami zniszczonymi w czasie wojny i mnóstwo napływowej ludności z całej Polski. Innymi słowy: kryzys mieszkaniowy.

Po tej stronie Dworca Głównego mamy już zbudowany KDM, czyli Kościuszkowską Dzielnicę Mieszkaniową wzniesioną w latach 1954–1958, w narzuconym stylu socrealistycznym.

Dziś te budynki są zabytkami.

W latach 1958–1960 powstał jak na tamte czasy bardzo odważny modernistyczny budynek przy ulicy Kołłątaja: Mezotenowiec zaprojektowany przez zespół państwa Tawryczewskich, Edmunda Frąckiewicza i Jadwigę Grabowską-Hawrylak. To niecałe trzysta metrów od działki, na której kilka lat później stanie Trzonolinowiec.

Mezotenowiec był pierwszym w Polsce blokiem z dwupoziomowymi mieszkaniami i światłem, które wpada do mieszkania z dwóch stron.

Rozmawiałem z Wojciechem Święcickim, który go konstruował. Przyznał, że całe życie bał się, że budynek się zawali, bo wówczas nie było odpowiednich norm, a oni wybudowali dość wysoki budynek bez zbrojenia w gruzobetonie, z którego są ściany nośne.

A za chwilę powstanie Trzonolinowiec, który ma 12 kondygnacji…

Trzonolinowiec w takim kształcie, w jakim został zaprojektowany, powstaje w architektonicznej pustce – nie ma bezpośrednich odniesień. Z jednej strony mamy gruzy i pozostałości przedwojennych kamienic. Z drugiej strony budynki zaprojektowane w narzuconym socrealizmie, od którego wszyscy architekci chcą uciec. A z trzeciej strony – zezwolenie władz na eksperymenty.

I to bez liczenia się z przeszłością.

Taka była aura. Gdy Jadwiga Grabowska-Hawrylak stawiała Mezotenowiec, nie przejmowała się niemiecką zabudową. Odcinała się od tej historii.

To zupełnie inne myślenie o wpisywaniu architektury w przestrzeń od tego, które obowiązuje teraz.

Oni mieli przyzwolenie na arogancję, brawurę, oczywiście w pozytywnym, młodzieńczym znaczeniu tego słowa. Imponuje mi to, że niczym się nie przejmowali. Pokolenie Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak chciało przede wszystkim projektować nowocześnie, i to na ich naukach wychowali się tacy projektanci jak Jacek Burzyński i Andrzej Skorupa. Dla nich wszystko, co szło do przodu, było dobre. W nosie mieli poniemiecką architekturę. Wręcz krytykowali ją.

Pod jakim kątem? Co im się nie podobało w poniemieckim mieście?

Kwartały, które ostały się po Festung Breslau, wyglądały przed wojną tak: jest ulica, przy niej wysokie budynki z dziedzińcem w środku zabudowanym oficynami. Ulice pokrywało błoto, końskie odchody i nieczystości. Oficyny, zwłaszcza te biedniejsze, to były nory: ciemne, brudne, zadymione, zazwyczaj bez łazienek. Latem się przegrzewały, a zimą wychładzały, ludzie nie wiedzieli wtedy, że trzeba otwierać okna. Oczywiście kwartał kwartałowi nie był równy i różnie to wyglądało.

Przedwojenni moderniści chcieli to zmienić, chcieli innych mieszkań i innych miast. Le Corbusier i architekci Bauhausu chcieli funkcjonalnych budynków i przewiewnych mieszkań, a zamiast zdobień – światło i zieleń.

Ideą był wolnostojący budynek otoczony zielenią, z dużymi otwieranymi oknami, aby mieszkanie było nasłonecznione i przewietrzone. Panowie, którzy projektowali Trzonolinowiec, też chcieli tak budować.

Budynek pełen sprzeczności

W jaki sposób Trzonolinowiec spełniał tę wizję?

Wokół wolnego bloku miała być zieleń. Domyślam się, że tu także tak miało być. Od tego zacznijmy. Na każdej kondygnacji, wokół trzonu, wyznaczono cztery mieszkania, a dokoła zaprojektowano ścianę osłonową z dużymi przeszkleniami i loggiami. To był racjonalny i wymagający układ ze względu na niewielką powierzchnię. Nie zmienia to faktu, że w narożnikach, które mogły być najlepiej doświetlone, zaprojektowano we wszystkich mieszkaniach sypialnie.

Najlepiej doświetlonym pomieszczeniem jest to, w którym śpimy.

Nie powiem, że to jest błąd projektowy, ale warto to zauważyć. I nie chcę też być posądzony o zbytnią krytykę. Ale to ważne, bo pokazuje, jak bardzo idea, która przyświecała projektantom Trzonolinowca, nie przystawała do rzeczywistej realizacji. To był eksperyment. Nie można jednak nie zauważyć ciemnej, niewentylowanej klatki schodowej czy niepraktycznych w głośnym centrum miasta płytkich loggie. Z jednej strony te mieszkania były ogromnym skokiem jakościowym dla ludzi, którzy tam zamieszkali – mieli do dyspozycji łazienkę, bieżącą wodę, elektryczność, kuchnię i pokój dla dziecka. Z drugiej strony to było jednak minimum.

Kliknij, aby powiększyć
Powiększ obraz: <p>dr hab. Łukasz Wojciechowski na tle Trzonolinowca&nbsp;</p> Oleksandr Poliakovsky
dr hab. Łukasz Wojciechowski na tle Trzonolinowca 

Dużo tych błędów.

Ale to był bardzo trudny projekt. Tak młodzi architekci mieli prawo do tych błędów. Najważniejsze jednak było niedopasowanie konstrukcji do jakości budownictwa w Polsce. Pod tym względem byli szaleni!

Szaleni, ale z misją!

A to z całą pewnością. Oni wierzyli, że budują przyszłość, że pewnie powstanie więcej takich trzonolinowców. Wrocławski budynek był swoistym testem, czy ta technologia ma rację bytu, czy jest powtarzalna i opłacalna.

Nieliczenie sił na zamiary

Na czym polegał eksperyment pod względem technologii?

Sama konstrukcja trzonolinowców jest dość absurdalna, bo buduje się ją od góry. Wrocławski budynek powstał dodatkowo z prefabrykatów. To są początki tej technologii. Jeszcze do końca nie wiadomo, czy ona będzie miała rację bytu. Nie było wiele takich budynków. Mezonetowiec powstał z gruzobetonu, który tylko przypomina prefabrykat. Warto to zaznaczyć, że mamy rok 1960, a najnowocześniejsze w Polsce bloki nie mają nawet zbrojenia w gruzobetonie. Szkoła przy ulicy Kołłątaja powstała już z częściowo prefabrykowanych elementów. A Trzonolinowiec – zbudowano niemal całkowicie w tej technologii.

Później już wszyscy budowali z prefabrykatów.

A teraz ich nienawidzimy. Co ważne, Jadwiga Grabowska-Hawrylak zaprojektowała Manhattan na placu Grunwaldzkim, wierząc, że prefabrykacja może być piękna i jakościowa. Prefabrykaty miały mieć różne kształty, tworzyć głębię. Z naszej perspektywy moderniści byli naiwni.

Nie wzięli pod uwagę standaryzacji i ucinania kosztów.

Młodzi architekci w latach 60. byli wręcz premiowani za eksperymenty. Władza w modernizmie widziała spełnienie politycznych celów. Prefabrykacja, jak wierzono, gwarantowała szybką budowę brakujących w całej Polsce mieszkań bez konieczności oglądania się na istniejącą już tkankę miejską. Dla PZPR była to szansa na zerwanie z przeszłością i budowę nowoczesności. Świat był pełen nowoczesności, tej pozytywnej i tej siejącej grozę. Pamiętajmy, że w kwietniu 1961 roku Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek poleciał w kosmos. A w 1962 roku przez kryzys kubański pojawiła się wizja trzeciej wojny światowej.

Innymi słowy: z jednej strony pęd ku nowoczesności, a z drugiej – strach, że jej czas nie nastąpi.

To były czasy, gdy wszyscy mówili o innowacji, parciu do przodu i zerwaniu z przeszłością. W architekturze mówiło się o eksperymentach z żelbetem, budowie budynków wysokich, nawet mobilnych i, właśnie, trzonowcach i linowcach. Zbudowanie Trzonolinowca we Wrocławiu to niewątpliwy sukces. Ale szybko okazało się, że nie tylko jest drogi, ale najzwyczajniej w świecie nie działa.

Dlaczego nie działa?

Nie mogło! W Polsce to jak porwanie się z motyką na słońce. Po pierwsze, w kraju, w którym panuje tzw. socjalizm, łatwiej budować cegła po cegle, niż stosować wyrafinowaną technologię. Innowacyjność potrzebuje konkurencji, swobody, odwagi. Tyrania je niszczy.

Na co nie mieli wpływu architekci Trzonolinowca?

Na jakość materiałów i wykonania. Przy takiej konstrukcji nie mogli też zapewnić dobrych warunków mieszkaniowych.

Już w latach 70. było wiadomo, że projekt nie spełnił oczekiwań. Oprócz usztywnienia lin, żeby budynek się nie huśtał, zabudowano loggie, zmniejszono okna.

To nie chodzi o to, czy Trzonolinowiec jest dobry, czy zły. Mówimy o kontekście. Takie były czasy i takie ich skutki. Ówczesne budynki z dużymi przeszkleniami latem się przegrzewały, a zimą wychładzały. Wtedy nie było jeszcze szyb z odpowiednią izolacyjnością. W Trzonolinowcu przez dynamiczną konstrukcję, która się ruszała, okna bardzo szybko przestały być szczelne. Mieszkanie tam musiało być koszmarem.

Wrocławski Trzonolinowiec nie jest przecież jedynym budynkiem na świecie o takiej konstrukcji.

Tak, ale pozostałe budowane były w innej technologii i, o ile mi wiadomo, nikt nie odważył się budować trzonolinowca pod mieszkaniówkę. Takie budynki przeznaczono na biura.

Dlaczego?

W biurowcu naturalna praca budynku tak bardzo nie przeszkadza. Trzonolinowce na wietrze się chyboczą, bo to jest cecha tego systemu konstrukcyjnego. Do tego biurowce mają prostszy układ przestrzenny.

Czy w dzisiejszych czasach taki eksperyment mógłby powstać?

Nie. Excel szybko by go zweryfikował. Już nikt tak nie eksperymentuje.

To jak teraz młodzi architekci realizują potrzebę eksperymentowania. Mają w ogóle na to szansę?

Architektura i jej kontekst zmieniają się. Teraz mamy kryzys klimatyczny, co wpływa na budownictwo. We Francji od 2050 roku nie będzie można zabudowywać nowych działek, czyli nie będzie można odrolnić gruntów. Skupimy się na renowacji w myśl cyrkularnej gospodarki. I to nas, architektów, zmusi do zmiany sposobu myślenia o architekturze.

Bajka o przyszłości Trzonolinowca

Na początku zapytałam, czy płakałby Pan po Trzonolinowcu. Powiedział Pan, że nie. Czy to znaczy, że nie widzi Pan przyszłości dla tego budynku?

Gdybym miał wolną rękę i nie musiał się na nic oglądać, ani na koszty, ani na prawników, to zrobiłbym wszystko, aby Trzonolinowiec został. Uważam, że burzenie z założenia jest bez sensu. Choćby ze względów ekologicznych.

Ale on nie spełnia norm ekologicznych.

Włożyłbym pieniądze w to, aby spełniał, oraz w to, aby przywrócić mu pierwotny kształt, z linami, przeszkleniami, może loggiami. Nie przywracałbym jednak funkcji mieszkaniowej. Zrobiłbym tam biurowiec. Jestem za krytyczną renowacją, z zachowaniem idei projektodawców.

Jak mogłaby wyglądać taka nowoczesna renowacja?

Zamysłem Jacka Burzyńskiego i Andrzeja Skorupy był budynek na linach z trzonem w środku. Czyli wystarczy zachować trzon i liny. Całość obłożyłbym szkłem, a w środku zrezygnował z podziałów ścianami, tak aby wszystko było na widoku – jak na zdjęciach z czasów budowy. To byłby fantastyczny przekaz o tym, co można zrobić z takim dziedzictwem. Zdaję sobie sprawę, że opowiadam teraz bajkę o tym budynku, ale jaka to piękna bajka!

dr hab. Łukasz Wojciechowski – architekt, wykładowca na Wydziale Architektury w Katedrze Architektury Użyteczności Publicznej, Podstaw Projektowania i Kształtowana Środowiska Politechniki Wrocławskiej; autor książek o współczesnej architekturze; laureat wielu nagród, m.in.: w 2015 roku I nagrody Piękny Wrocław w kategorii obiekt inżynierski za realizację parkingu przy Hali Stulecia we Wrocławiu, a w 2017 roku wyróżnienie Piękny Wrocław w kategorii modernizacja obiektów historycznych za realizację renowacji segmentu Nowy Targ we Wrocławiu.

Posłuchaj podcastu

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama
Powrót na portal wroclaw.pl