Dianne Reeves w NFM, czyli królowa jest tylko jedna

Zapomnijcie o Cassandrze Wilson – jej koncert podczas Jazzu nad Odrą był tylko skromną namiastką tego, co potrafi zrobić na scenie Dianne Reeves. Dwugodzinny koncert z udziałem Orkiestry NFM był dopracowany artystycznie do najdrobniejszego szczegółu, zaśpiewany i zagrany na wysokim „c”, a publiczność w głównej sali NFM po prostu oszalała. To jeden z najlepszych wieczorów tego sezonu! Nie tylko jazzowych.

  • diane reeves nfm

    Diane Reeves podczas próby w NFM/fot. za FB NFM

  • diane reeves nfm

    Dianne Reeves śpiewa na próbie w NFM/fot. za FB NFM

  • peter martin nfm

    Pianista Peter Martin podczas próby w NFM/fot. za FB NFM


Damom nie wypomina się wieku, ale w przypadku Dianne Reeves uświadomienie sobie, że dobiega sześćdziesiątki sprawia, że czujemy jeszcze większy podziw i szacunek dla artystki, która od lat perfekcyjnie gospodaruje swoim głosem. Dziś brzmi on tak rewelacyjnie, że kiedy artystka odłożyła mikrofon (by zrobić zdjęcie bijącej brawo publiczności) i śpiewała bez żadnego wsparcia słyszalna była doskonale w każdej części sali. Sceniczne obycie, zawodowy profesjonalizm, genialnie wyszkolony i po prostu pięknej barwy głos i wreszcie wielka osobowość. Taka jest amerykańska diwa, która w Stanach ma status mega gwiazdy i kontynuatorki tradycji wielkich wokalistek, jak Sarah Vaughn (Dianne Reeves śpiewa zresztą piosenki z jej repertuaru i nagrała je na płytę).

Dianne Reeves podczas próby w NFM/fot. Bogusław Beszłej

Kiedy wrocławscy fani jazzu przypomną sobie koncert innej diwy – Cassandry Wilson na Jazzie nad Odrą kilka lat temu i repertuar zaśpiewany jakby od niechcenia doceni fantastyczny występ Dianne Reeves, w którym wokalistka przez dwie godziny ani razu nie zeszła ze sceny, ale śpiewała niemal przez cały czas (nawet swój kwartet przedstawiła śpiewająco opisując każdego z muzyków rymowanką) w przerwach opowiadając o swojej karierze, muzykach, jacy mieli na nią wpływ i młodzieńczej fascynacji…Urszulą Dudziak (posłuchała „Papayi” dzięki kuzynowi George’owi Duke’owi). Sposób, w jaki wplatała swoje historie w piosenki zauroczył, bo też i Dianne Reeves z jednej strony wygląda i śpiewa jak gwiazda godna pięciu Nagród Grammy, z drugiej strony jest w niej wiele z kobiety z sąsiedztwa, z którą ucięłoby się chętnie pogawędkę w sklepie, czy przy wejściu do domu.

Na wrocławski koncert z udziałem Orkiestry NFM pod wprawną dyrekcją Radosława Labahua i jej własnego kwartetu (grają w nim Peter Martin – fortepian, Reginald Veal – kontrabas, Terreon Gully – perkusja, Romero Lubambo – gitary) Dianne Reeves przygotowała długi, dwugodzinny program uwzględniający najważniejsze kierunki w jej karierze i najbardziej znane albumy – było wspomnienie Sary Vaughan („Lullaby of Birdland” z jej repertuaru, czy „I Remember Sarah” już autorstwa Reeves), fascynacji różnymi wykonawcami (m.in. piękne covery „Dreams” Fleetwood Mac, czy „Wait in Vain” Boba Marleya) i wreszcie żywiołowe, wirtuozowskie własne utwory, jak „Tango du Jour”. Ale repertuar to tylko punkt wyjścia dla nieposkromionej niczym miłości Diane Reeves do muzyki. Wokalistka potrafi śpiewać bodaj w każdym stylu (przypomniała nawet swoje szkolne wprawki bachowskie), a jej perfekcyjnie wyszkolony głos to instrument wciąż zaskakujący i wydający się nie mieć żadnych ograniczeń. Artystka jest przy tym tak wielką profesjonalistką, że ze scenicznymi partnerami wypracowuje idealne porozumienie. Takiego pokazu warsztatowej klasy i wielkiego szacunku, dla tych, z którymi się muzykuje nie widzieliśmy chyba dawno.

To koncert, który już przyćmił wiele dotychczasowych w Narodowym Forum Muzyki. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że Diane Reeves dobrze zapamiętała nazwę Wrocław (a tak, z pewnością jest, skoro urodził się tu dziadek pianisty Petera Martina) i jeszcze do nas wróci.

Zgłoś uwagę