Pożegnanie Wojciecha Szymańskiego

Kilkaset osób wzięło udział w pożegnaniu Wojciecha Szymańskiego. Znany dziennikarz zmarł w wieku zaledwie 45 lat. Przegrał z chorobą nowotworową. Był dziennikarzem prasowym, m.in. „Gazety Wyborczej”, a także radiowcem – byłym szefem wrocławskiego Radia RAM. 

Na uroczystość na cmentarzu Osobowickim przyszli dziennikarze, politycy, przedstawiciele mediów, bliscy i przyjaciele Wojciecha Szymańskiego. Dziennikarz karierę zaczynał w „Słowie Polskim”, potem pracował w Telewizji Polskiej Wrocław, Radio RAM, był wiceszefem wrocławskiej redakcji „Gazety Wyborczej”.

Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk w przemowie nad grobem wspominał ostatnie spotkania i rozmowy z Wojciechem Szymanskim. – Był zawsze ciekawy świata. Był dobrym, porządnym człowiekiem – mówił prezydent miasta.

 

Zmarłego wspominał także Jerzy Sawka, były szef „Gazety Wyborcza Wrocław” i przyjaciel Wojciecha Szymańskiego:

„Wybaczcie proszę, za dużo będzie tu mojej osobistej perspektywy, ale inaczej nie umiem powiedzieć swojej prawdy o Wojtku. Muszę tu być uważny, za długo nie ględzić, a powiedzieć co istotne. Żegnam wszak redaktora, a on by mi lipy nie wybaczył.

Wojtek odszedł za wcześnie. Dla dziennikarza, redaktora, publicysty 45 lat to doskonały wiek, żeby to, co pisze, miało wsparcie w doświadczeniu. Trzeba coś przeżyć, coś przeczytać, z kimś się pokłócić, żeby dojrzeć. Wojtek umarł na starcie do fajnej kariery życiowej, zawodowej.

Był trzecim człowiekiem w redakcji. Szanowaliśmy z Mirkiem Maciorowskim, moim ówczesnym zastępcą, jego dobry kontakt z załogą, jego spokojną argumentację. Był kołem naszego wozu, dzięki któremu jako zespół utrzymywaliśmy równowagę na wybojach.

Zawód dziennikarza gazety codziennej jest fantastyczny. Każdy dzień to całe życie. Zaczyna się rano od analizy stanu rzeczy, a kończy wieczorem diagnozą.

Ten zawód to było Wojtka życiowe powołanie. Pracował w różnych redakcjach prasowych, a także w radiu i telewizji, ale był dziennikarzem absolutnie gazetowym, w tej kategorii czuł się najlepiej. I – co bardzo dla niego było ważne – był dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, w tej redakcji czuł się najlepiej.

Był jedynym dziennikarzem w mojej ponad dwudziestoletniej karierze szefa, którego przyjąłem do pracy po chwili rozmowy. Zaczepił mnie kiedyś w telewizji, a potem przyszedł i powiedział, że chciałby pracować w kierowanej przeze mnie wrocławskiej redakcji „GW”. Był tak autentyczny, że nie miałem wątpliwości, iż warto na niego postawić. Z marszu stał się istotnym członkiem zespołu. Kierował działem politycznym.

Był w redakcji najważniejszym źródłem informacji o tym, co dzieje się w lokalnym świecie politycznym. Był także znakomitym weryfikatorem informacji przynoszonych przez innych dziennikarzy. Wojtek znał ludzi polityki i lubił zajmować się polityką. Świetnie się w niej orientował. Dla redakcji taki dziennikarz i redaktor był skarbem.

Był redaktorem rzetelnym i zaangażowanym. Dlatego dostał do prowadzenia zespół wybitny. Dość powiedzieć, że była w nim Beata Maciejewska, Jacek Harłukowicz i Michał Kokot, dzisiaj mocne nazwiska „Gazety Wyborczej”. W męskim pokoju działu politycznego przekleństwa latały w powietrzu nad głową Beaty Maciejewskiej jak siekiery. Wojtek potrafił cywilizować, aczkolwiek tylko na chwilę, gorące temperamenty kolegów. To i tak był jego duży sukces.

Umiał bronić swoich racji. Bywało, że drążył godzinami swój pogląd i w końcu wychodziło na jego. To cecha właściwa ludziom wiernym swoim wartościom. Wojtek taki właśnie był. Serce miał po lewej stronie, wegetarianinem był nie dlatego, że mu mięso nie smakowało, albo chciał się odchudzić, lecz dlatego, że nie je się swoich braci mniejszych. Po prostu.

Była w Wojtku też wielka delikatność i wrażliwość. Dlatego dobrze czuł się w drużynie, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa i siłę. Wiem, że taka była dla niego redakcja, którą wspólnie tworzyliśmy.

Wojtek, oprócz tego, że pracował, to kochał, żył, dobrze się bawił. Miał poczucie humoru i dystans do siebie i świata. Był świetnym kompanem, bystrym obserwatorem i człowiekiem życzliwym ludziom.

Opowiedzieć o Wojtku bez wspomnienia o jego przyjaźni z Jackiem Harłukowiczem to opowiedzieć niewiele. Jacek był jak ogień, a Wojtek jak woda. To przeciwieństwo tworzyło ich symbiozę, a redakcji było w to graj.

Wojtek swoją ciężką chorobę znosił bardzo dzielnie i po ludzku – cierpiał, miał nadzieję, bał się. Bardzo zależało mu na tym, żeby usłyszeć wyrok w sprawie sądowej, którą miał ze swoim pracodawcą. Chciał umrzeć oczyszczony. Nie dane mu było doczekać.

Wojtek miał poczucie wielkiej krzywdy. Tym bardziej bolesne, że doświadczył jej w miejscu, które kochał, w którym czuł się bezpiecznie. Że ta krzywda spotkała go ze strony tych, których zawodowym obowiązkiem jest walczyć o prawdę.

Wojtek jako dziennikarz bardzo dbał o to, żeby nie napisać nieprawdy. Ważył słowa. Czasami za bardzo.

Opowiem wam epizod, który obrazuje jego stosunek do ludzi. Wojtek doskonale znał wrocławskich polityków od kuchni. Znał ich słabostki i prawdziwe opinie o nich wystawiane im przez złośliwych kolegów. My w redakcji szukaliśmy ciągle nowego języka do opisywania świata. Wojtek zaproponował, że zrobi portret polityczny od obyczajowej strony, pokażemy polityków jako ludzi z krwi i kości, z ich przywarami. Nazwaliśmy ten szykowany cykl „portrecikami politycznymi”. Na pierwszy ogień poszła jedna z pań. Portrecik był, co tu dużo mówić, ośmieszający. Mieliśmy tego świadomość i dlatego tekst czytało kilku redaktorów, długo dyskutowaliśmy, zastanawialiśmy, jaki będzie jego odbiór, przy aktywnym oczywiście udziale Wojtka, aż w końcu jako naczelny musiałem podjąć decyzję. Idziemy w to, zdecydowałem.

Efekt był niedobry. Ta pani polityk zadzwoniła do mnie po ludzku zdruzgotana. Było mi głupio. Wiedziałem, że to był błąd. Ale najważniejsze, że Wojtek to doskonale rozumiał. Miał w zanadrzu kolejne portreciki, lecz nigdy się nie ukazały. Zawsze, jak wspominaliśmy ten pomysł, wyrzucaliśmy sobie, że zabrakło nam empatii, że dla zabawy wyrządziliśmy niepotrzebnie krzywdę człowiekowi.

Taki był Wojtek.

Bał się, że ludzie zapamietają go jako tego człowieka z oskarżenia, tego, którym nie był.

Wojtku, sąd nie zdążył wydać wyroku, ale my, Twoja opinia publiczna, Twoi koledzy, przyjaciele, my którzy razem przez lata pracowaliśmy i bawiliśmy się, którzy wyznawaliśmy wspólne wartości, wpiliśmy razem parę beczek piwa, nigdy nie zwątpiliśmy w Twoją niewinność. 

Nie byłeś świętym, nie byłeś broń Boże świętoszkiem, byłeś świetnym amatorem życia, byłeś jednym z nas. Takiego Cię zapamiętamy.

Byłeś częścią naszej wspólnej przygody. Nie da się o Tobie zapomnieć, bo to było by tak, jakbyśmy zapomnieli o sobie, o tym co lubiliśmy, o tym co kochaliśmy.

Dziękujemy, dziękuję, że byłeś z nami.

 

Za wcześnie, Wojtku... Dzięki za Twoją pracę i udział w życiu miasta...

Spoczywaj w spokoju.

Składamy wyrazy głębokiego współczucia Najbliższym i Przyjaciołom Wojtka.

Zespół redakcji www.wroclaw.pl
i Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej SA



Zgłoś uwagę