Film inspirowany prozą Olgi Tokarczuk
Magdalena Talik: Pani film „Zima pod znakiem Wrony” jest inspirowany opowiadaniem Olgi Tokarczuk „Profesor Andrews w Warszawie” ze zbioru „Gra na wielu bębenkach”. Do Warszawy przyjeżdża tam w grudniu 1981 roku znany profesor psychologii, ale zamiast wygłaszać wykłady jest zmuszony błąkać się po mieście, bez świadomości, że ogłoszono właśnie stan wojenny. Dlaczego wybrała Pani ten utwór?
Kasia Adamik: Już kiedy lata temu czytałam ten tekst miałam wrażenie, że Olga Tokarczuk uchwyciła moje wspomnienia z okresu stanu wojennego.
Ten czas został w mojej pamięci jako trochę koszmarny, bardzo ekspresjonistyczny i intensywny.
Miałam wtedy 9 lat, mieszkaliśmy na Ursynowie, takim totalnym „no man's land” z wysepkami szarych bloków z wielkiej płyty, które wyrastały jak grzyby, a pomiędzy nimi istniał tylko kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, jak odwrócona łódź.
Wszędzie pełno błota, a do metra KEN szło się przez taką pustynię, postapokaliptyczny pejzaż. W ramach możliwości próbowaliśmy to właśnie odtworzyć w filmie.
Jest w utworze Olgi Tokarczuk kilka wspaniałych scen, które są zbieżne z moimi wspomnieniami, jak pływający w wannie karp, czy ucieczka przez labirynt Ursynowa, który wracał do mnie w snach, w których bloki wydawały się olbrzymie. Po latach, kiedy wróciłam do Polski, Ursynów okazał się malutki i nijaki.
Próbowaliśmy też przenieść na duży ekran to, co jest najtrudniejsze, m.in. specyficzny ton literatury Olgi Tokarczuk, poczucie humoru, które dostrzegamy nawet w najmroczniejszych momentach.
Co Panią szczególnie zachwyciło w tekście Olgi Tokarczuk?
Chyba to, że opisała Polskę 1981 roku oczami kogoś z zewnątrz, kto jest zagubiony, ale jednocześnie sensualnie doświadcza wszystkiego i nie rozumie reguł tego świata.
„Profesor Andrews w Warszawie” wydał mi się bardzo osobistym tekstem.
Film o człowieku w systemie totalitarnym
Pani w latach 80. wyemigrowała za granicę, dołączając do mamy, Agnieszki Holland. Czy to doświadczenie też wpłynęło na kształt filmu, bo śledzimy historię osoby w zupełnie dla niej niezrozumiałej rzeczywistości?
Pisząc scenariusz i robiąc film czerpałam z mojego doświadczenia. Wyjeżdżałam z Polski bez szansy na powrót, to był bilet w jedną stronę, na zawsze.
We Francji nie znałam języka, realiów, czułam się totalnie wyobcowana. Trochę jak profesor Andrews w Warszawie, choć Paryż był wtedy troszeczkę mniej szary.
Ale w „Zimie pod znakiem Wrony” chodziło może mniej o kwestię emigracji, bardziej o spojrzenie z zewnątrz na system totalitarny.
Musieliśmy pokazać, jak czuje się w nim człowiek, który traci kontrolę nad swoimi decyzjami, u którego pojawia się opresyjne, klaustrofobiczne uczucie.
Nie próbowaliśmy opowiadać sytuacji politycznej, pokazywać, jak stan wojenny funkcjonował z punktu widzenia rządu, czy opozycjonistów, ale jakie było sensualne odczucie tego momentu.
Nie wiem, czy to się udało, ale ciekawe były reakcje młodych ludzi, którzy obejrzeli film na kilku festiwalach.
Słyszeli od rodziców o stanie wojennym, znali fakty, ale jedna z młodych dziewczyn powiedziała mi, że film dodał warstwę emocjonalną, a tego właśnie elementu brakowało jej w rodzinnych opowieściach. Więc chyba nam się udało.
Rozumiem, że tytuł, w którym słowo Wrona pisane jest dużą literą (od skrótu Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego) to dla widzów znających historię jasny sygnał, że chodzi o tę konkretną zimę 1981 roku?
Myślę, że dla polskich widzów korelacja miedzy WRON-em a wronami z naszego filmu jest jasna, ale nasze wrony pojawiają się również w snach głównej bohaterki.
I spełniają w nich funkcje duchowego przewodnika. Wrona w snach symbolizuje również zbliżająca się zmianę, mądrość w podejmowaniu decyzji, albo zbliżającą się sytuację „na śmierć i życie”. Więc wszystko się zgadza.
Profesor Andrew w Warszawie jest kobietą
W scenariuszu „Zimy pod znakiem Wrony” bardzo ciekawym zabiegiem była dla mnie zmiana płci głównej postaci. Mężczyznę, profesora Andrews, zastąpiłyście Panie kobietą, profesorką Andrews. Kobieta lepiej pasowała do koncepcji?
W pierwszym scenariuszu, który napisałam z Sandrą Buchtą, występował jeszcze mężczyzna. Ale coś nam wyraźnie nie pasowało, zrobił się z tego tekstu klasyczny film noir, brakowało pewnej kruchości fizycznej głównego bohatera.
W pewnym momencie jeden z producentów zaproponował, abyśmy spróbowały zamienić postać męską na kobiecą. Tak zrobiłyśmy, jednocześnie nie zmieniając – co jest bardzo ważne – samego scenariusza, relacji głównej postaci z innymi bohaterami.
I zrobiło się bardzo ciekawie, dwuznacznie, przejmująco. Zwłaszcza, że rolę przyjęła brytyjska aktorka Lesley Manville.
Jestem zachwycona tym castingiem, ponieważ Lesley jest bardzo pracowita, profesjonalna, perfekcyjnie zna tekst, przebieg wydarzeń w życiu swojej postaci, przygotowuje się bardzo rzetelnie, ale nie analizuje nadmiernie roli.
W moim filmie gra osobę dosyć egocentryczną, kostyczną. Na początku jest nawet dość niesympatyczna, dopiero z biegiem wydarzeń w Warszawie uczy się empatii, otwiera się na innego człowieka.
Usprawiedliwiam trochę profesor Andrews, bo aby przebić się jako kobieta w świecie psychiatrii lat 80. w Anglii, musiała być zdeterminowana, twarda.
Czy Lesley Manville znała wcześniej książki Olgi Tokarczuk. Noblistka ma wielu fanów wśród gwiazd. Czytają ją Pedro Pascal, Dua Lipa.
Lesley Manville nie czytała wcześniej Olgi Tokarczuk, ale dostała od nas w prezencie kolekcję książek tłumaczonych na język angielski, więc myślę że po skończeniu filmu, już bardzo dobrze zna twórczość noblistki.
Olga Tokarczuk tworzy niesamowite koneksje
A czy zaczynając pracę przy filmie kontaktowała się Pani z Olgą Tokarczuk?
Przede wszystkim to Sandra Buchta, która jest główną scenarzystką tego filmu, miała pomysł, aby z nowelki „Profesor Andrews w Warszawie” stworzyć dłuższą historię i ona wymyśliła całą antyszpiegowską intrygę.
Kiedy pracowałam przy filmie „Pokot” Agnieszki Holland poprosiłam Olgę Tokarczuk o prawa do sfilmowania nowelki, która została ze mną przez te wszystkie lata, od kiedy pierwszy raz ją przeczytałam. Odparła, że dałaby je z przyjemnością, ale dosłownie dwa miesiące wcześniej obiecała je młodej niemieckiej scenarzystce.
Byłam zdruzgotana, ale Olga mnie uspokoiła i stwierdziła, że może nas po prostu spotka z Sandrą i jakoś się dogadamy. I rzeczywiście tak się stało.
Sandra Buchta miała już pomysł na rozbudowanie tej niewielkiej historii. Z kolei ja miałam moje wspomnienia ze stanu wojennego, bardziej sensualny kontekst, ale nie wiedziałam, jak stworzyć z tego pełny metraż.
Spotkanie z Sandrą było podyktowane przypadkiem, ale może właśnie Olga Tokarczuk tworzy takie niesamowite koneksje w naszym życiu.
Czy Olga Tokarczuk widziała już gotowy materiał filmowy?
Widziała jeszcze nieukończony film, czyli bez części efektów specjalnych. Mam nadzieję, że bardzo szybko uda jej się dotrzeć na jedną z premier. Kompletny film z kolorową korekcją jest kompletnie innym doświadczeniem.
Warszawa kręcona w Luksemburgu
Gdzie były kręcone zdjęcia do „Zimy pod znakiem Wrony”?
Byliśmy z ekipą na Śląsku, a Warszawę lat 80., która już nie istnieje, odtwarzaliśmy w…Luksemburgu, choć kręciliśmy też w oryginalnym Pałacu Kultury, tego nie da się oszukać.
Warszawę i atmosferę grudnia 1981 roku odtworzyliśmy też we wnętrzach, niektóre zbudowała na hali nasza wspaniała scenografka Aleksandra Kierzkowska, a niektóre zaadaptowaliśmy w istniejących już mieszkaniach czy np. w ambasadzie brytyjskiej w Warszawie.
Zależało nam, aby polskie wnętrza były tak intensywne, jak z naszych wspomnień i krytykom zagranicznym bardzo się spodobały. Jeden z nich pisał, że można „czuć plamy nikotyny na ścianach”, bo tapeta jest tak przesiąknięta ilością wypalonych fajek i parzonej w szklankach mocnej kawy.
Już 20 lutego polska premiera „Zimy pod znakiem Wrony”. Jest Pani ciekawa, jak film odbierze polska publiczność i widzowie, którzy całkiem nieźle pamiętają stan wojenny?
Zawsze! Wydaje mi się, że film można odebrać na różnych poziomach – zarówno jako wspomnienie, może przywołane z pewną nostalgią, ale może też ostrzeżenie przed tym, co było, a o czym zdążyliśmy już zapomnieć.
To nie był miły czas i wydaje mi się, że warto o tym przypomnieć, zwłaszcza teraz, kiedy mamy też w polskim kinie dość nostalgiczne podejście do PRL-u i filmy, w których ten czas wspomina się z nutką sentymentu.
Z kolei dla młodych widzów „Zima pod znakiem Wrony” może być uzupełnieniem historii rodzinnych, które słyszeli od rodziców czy dziadków, o emocje, jakie daje ożywienie na ekranie pewnych wydarzeń.