wroclaw.pl Kulturalny Wrocław - najważniejsze informacje o kulturze Kultura logo
Pogoda we Wrocławiu temperatura powietrza wynosi 33°C
Link do portalu wroclaw.pl
Aby wyświetlić zawartość strony, zaakceptuj pliki cookie
Reklama

Miłość, zdrada i walka wywiadów w mieście Wrocław [ROZMOWA Z MARKIEM KRAJEWSKIM]

Marek Krajewski, wrocławski pisarz, autor kryminałów i powieści szpiegowskich fot. Radosław Kaźmierczak/ wydawnictwo Znak
Marek Krajewski, wrocławski pisarz, autor kryminałów i powieści szpiegowskich

Z Markiem Krajewskim, autorem książki „Czas zdrajców”, której akcja rozgrywa się m.in. w przedwojennym Wrocławiu, rozmawia Robert Migdał.

Reklama

Bohaterowie Pana książek przeżywają swoje przygody i we Lwowie, i w Warszawie, w Gdańsku, Krakowie, ale to chyba Wrocław jest Pana najukochańszym miastem, w którym umieszcza Pan akcję swoich powieści?

Można tak powiedzieć, w moim wypadku Wrocław to miasto i rodzinne, i ukochane. Jeśli zaś ma Pan na myśli moją najnowszą książkę „Czas zdrajców”, której akcja toczy się we Wrocławiu, a jest ona nietypowa pod tym względem, że jej bohaterem nie jest Eberhard Mock, tylko Edward Popielski – to tym razem zadziałały względy pozaemocjonalne.

Dlaczego?

Postanowiłem przedstawić fikcyjną opowieść szpiegowską, która rozgrywałaby się w dużym  niemieckim mieście, niezbyt oddalonym od polskiej granicy: najwyżej 100 kilometrów. Takiej scenerii wymagał mój pomysł. Kiedy więc zacząłem się zastanawiać, jakie to mogłoby być miasto, okazało się, że nie mam wielkiego wyboru. Szczecin był za daleko, Piła – blisko, ale zbyt mała. Opole, Gliwice – owszem blisko granicy II Rzeczpospolitej, ale też za małe. Pozostał mi mój Wrocław (uśmiech). I  nie z sentymentu zatem, ale z potrzeby fabularnej go wybrałem.

Osadzenie najnowszej akcji Pana książki we Wrocławiu, to była też dla Pana swego rodzaju „autorska wygoda”? Bo przecież zna Pan Breslau – dzięki temu, że opisuje w nim przygody Mocka – jak własną kieszeń.

Oczywiście, to była wielka wygoda, bo znam nieźle historyczną topografię Wrocławia. Ale przy tej powieści okazało się to jednak swoistym wyzwaniem.

Czemu?

W wypadku Eberharda Mocka mogłem opisywać Wrocław z punktu widzenia mieszkańca. Mock patrzy na nie jak na doskonale sobie znaną przestrzeń: podaje nazwy ulic, sypie nazwami firm i sklepów. Opisując wędrówki Mocka po mieście mogłem stwierdzić: „Mock minął sklep Przedeckiego, w którym kupował cygara albo papierosy marki Bergman Privat”, „Mock minął lokal Król Węgierski, gdzie się często stołował”. Bo każde jakieś miejsce, każdy szczegół topograficzny wiązał się  biografią Eberharda, który w tym mieście od czasów swoich studiów spędził kilkadziesiąt lat.

Natomiast w przypadku Popielskiego musiałem to miasto opisać jako obce mojemu bohaterowi – na przykład kiedy Popielski widzi główną ulicę, jaką była ówczesna Kaiser-Wilhelm-Strasse, dziś Powstańców  Śląskich, to dla niego to była po prostu wielkomiejska arteria – z obu stron piękne kamienice, w środku szpaler drzew. I jako miłośnik urbanistyki, miłośnik miast w ogóle, Popielski zachwyca się tą ulicą, ale nic o niej nie wie. Wyzwaniem literackim było dla mnie to, że musiałem pokazać tę ulicę widzianą przez kogoś po raz pierwszy. A ja sam przecież widziałem ją niejeden raz jako człowiek mieszkający we Wrocławiu i wielokrotnie opisujący ją w swoich książkach. To jest ta subtelna różnica między spojrzeniem Mocka, a Popielskiego.

„Czas zdrajców” - o czym opowiada najnowsza książka Marka Krajewskiego?

Akcja głównie dzieje się we Wrocławiu. Rok 1935. O czym opowiada „Czas zdrajców”?

W ręce, a właściwie do umysłu pięknej, fascynującej kobiety Aurelii Teichert trafiły tajne dokumenty. Czemu „do umysłu”? Bo owa kobieta jest obdarzona genialną pamięcią. Zapamiętała pewne kompromitujące papiery, które mogą zostać wykorzystane w walce dyplomatycznej – a są to pewne protokoły, za które II  Rzeczpospolita jest w stanie wiele zapłacić. Te dokumenty, zapisane w pamięci mojej bohaterki, zostały wystawione na sprzedaż – taką ofertę złożyła ona kontrwywiadowi polskiemu, czyli legendarnej Dwójce, ekspozyturze numer 3 z siedzibą w Bydgoszczy, której szefem był wówczas kapitan Jan Henryk Żychoń.

Brzmiała ona tak: „Drogi panie kapitanie, mam na sprzedaż dokumenty. Dokumenty, na których może zależeć państwu polskiemu”. Żychoń nie do końca był przekonany, czy one są autentyczne, obawia się, że może być ofiarą prowokacji. I wtedy zadzwonił do swojego współpracownika, z którym razem już z niejednego pieca chleb jedli: do Edwarda Popielskiego, do Lwowa, i zaproponował mu zbadanie, czy te dokumenty są autentyczne, czy są coś warte.

Czemu zadzwonił do Popielskiego? Nie miał swoich ludzi w Bydgoszczy? Przecież w polskiej Dwójce pracowało wtedy wielu dobrych agentów.

To prawda, ale powód okazał się inny. Owa piękna i fascynująca kobieta miała szczególną słabość do wysokich, łysych, postawnych mężczyzn. I starszych od siebie – ona ma lat trzydzieści, Popielski dobiega pięćdziesiątki.

Popielski – Łyssy – nadaje się więc do tego zadania idealnie.

I z wyglądu, i dlatego, że jest już zaprawiony w pracy szpiegowskiej. Dlatego zostaje wysłany z tajną misją do Wrocławia i moja książka „Czas zdrajców” opowiada właśnie o tej akcji.

Czytelniczki Pana książek będą zadowolone – oprócz wątków szpiegowskich pojawia się też miłość, namiętność, gorący romans…

Mam nadzieję, że będą zadowolone. Muszę i chcę zawsze uwzględniać opinie i dezyderaty moich czytelniczek. A one bardzo lubią Popielskiego – podkreślają często w mailach do mnie czy też w komentarzach na Facebooku, że te historie emocjonalne, relacje z kobietami, w jakie jest zaangażowany Edward, podobają im się, są ciekawym urozmaiceniem fabuły. Czyli nie tylko akcja szpiegowska, ale też i ukazanie charakterów ludzkich w sytuacji jakże dobrze nam wszystkim znanej: sytuacji bliskości emocjonalnej, relacji kobiety i mężczyzny.

Ci czytelnicy, którzy lubią opisy brutalnych scen i zagadki szpiegowskie, też znajdą coś dla siebie?

Staram się, bo zdaje sobie sprawę, że moi czytelnicy różne lubią wątki i motywy. Jedni na przykład z przyjemnością czytają opisy brutalnych scen, inni opisy kulinarne. Akurat o kulinariach to ostatnio mniej piszę. Złapałem się na tym i muszę się chyba poprawić (śmiech).

Popielski zostaje wysłany z tajną misją do Wrocławia i moja książka „Czas zdrajców” opowiada właśnie o tej akcji
Marek Krajewski

Kiedy czytałem opis barszczu podawanego z ziemniakami, ślinka ciekła…

Starałem się, jak mogłem. Pamiętam, że szczególnie się przyłożyłem do opisu kolacji w kasynie oficerskim w Bydgoszczy, kiedy Żychoń i Popielski  przechodzą na „ty”. Czytelnicy lubią różne rzeczy i ja muszę te głosy uwzględniać, ale też wyważyć pewne proporcje. Nie ulegam namowom wbrew sobie i nie zawsze uwzględniam czytelnicze sugestie. Kiedy uważam, że mogę to zrobić, to biorę je oczywiście pod uwagę już podczas planowania akcji. Natomiast niektóre sceny, na przykład brutalne opisy, pojawiają się dopiero w trakcie pisania – nie umieszczam w planie np. polecenia do samego siebie: tutaj wstaw makabryczny opis. To wynika z literackiej potrzeby i tak naprawdę jest efektem pedanterii, to znaczy chęci  opisywania wszystkiego bardzo dokładnie: zarówno szczegółu  makabrycznego, kulinarnego, jak i topograficznego.

W „Czasie zdrajców” pojawiają się – oprócz fikcyjnych postaci – również  te autentyczne: wspomniany Żychoń, ale i Piłsudski. Sporo jest postaci historycznych.

Staram się pisać książki historyczne. I dlatego właśnie, że moje powieści dotykają  prawdziwych zdarzeń, muszą wystąpić prawdziwe postaci. Gra wywiadów, potyczki dyplomatów, muszą być głębiej osadzone w historii, tu nie wystarczą tylko historyczne ornamenty, na przykład gazetowe wzmianki, które służą tylko urozmaicaniu akcji. W tego rodzaju fabule muszę głębiej wejść w dzieje, muszą pojawić się postaci autentyczne – jak na przykład Jan Henryk Żychoń. 

Żychoń to fascynująca osobowość.

Żychoniem interesuję się od dawna. Moje zainteresowanie ugruntowało się, kiedy przeczytałem poświęconą mu monografię autorstwa Andrzeja Brzezieckiego, która wyszła rok temu. Żychoń to as polskiego wywiadu, kobieciarz, brutal, człowiek niezwykle skuteczny – świetna postać do wykorzystania. Nie mogę się nadziwić, że w wolnej Polsce do tej pory ktoś taki jak on nie został jeszcze wykorzystany filmowo lub literacko w takim stopniu, jak powinien. Występuje u mnie Józef Piłsudski, wprawdzie nie we własnej osobie, jest jednak obecny przez kluczowe dla powieściowej akcji decyzje, które wydaje, a które oznajmia  Popielskiemu kapitan Mieczysław Lepecki, adiutant Marszałka.

W mojej powieści Piłsudski jest już bardzo schorowany. W trakcie pisania pojawiła się u mnie ważna wątpliwość. Mojemu współpracownikowi i literackiemu eksploratorowi Mikołajowi Kołyszce zadałem pytanie: „W jakim  stanie psychicznym był Józef Piłsudski 2–3 miesiące przed śmiercią. Czy był z nim kontakt, czy podejmował ważne decyzje?”. I dostałem odpowiedź: „W tym czasie nastąpił negatywny przełom w chorobie, jej atak był bardzo mocny, ale stało się już po lutym 1935, czyli po opisywanym w książce czasie”. W czasie, kiedy rozgrywa się „Czas zdrajców”, Piłsudski był jeszcze w pełni sił umysłowych, choroba nie odebrała mu jasności umysłu. W powieści się zatem pojawia i podejmuje ważne dla Popielskiego decyzje.

Eberhard Mock i Edward Popielski spotykają się w Breslau. Gdzie i kiedy? 

Wrocław, rok 1935. Popielski z misją w Breslau, ale przecież mieszka tu i pracuje drugi z Pana literackich bohaterów – Eberhard Mock. I – co możemy zdradzić – obaj panowie spotykają się na łamach najnowszej powieści.

Nie opiszę szczegółowo tego spotkania, bo chciałbym zostawić tę scenę nieco osłoniętą mgłą tajemnicy: nie powiem, gdzie się spotkali i jak to spotkanie wyglądało. Ale z tą sytuacją miałem pewien problem, bo każdy, kto zna dobrze moją twórczość, wie, że obaj panowie – Mock i Popielski – spotkali się po raz pierwszy dopiero w roku 1937 w trakcie wspólnego śledztwa, które prowadzili w sprawie makabrycznych zbrodni dokonywanych we Wrocławiu i we Lwowie (powieść „Głowa Minotaura”). Mock pojechał wtedy do Lwowa po raz pierwszy w życiu i to było jego pierwsze zetknięcie z Popielskim.

Akcja „Czasu zdrajców” toczy się zaś w 1935 roku. Zatem  nie mogłem, nie sprzeniewierzając się ich fikcyjnym biografiom, które sam stworzyłem, napisać, że oto w 1935 roku się spotkali i poznali. Bo to byłoby sprzeczne z tym, co napisałem w „Głowie Minotaura”. Lecz z drugiej strony aż mnie kusiło, żeby ich jakoś zetknąć… I w „Czasie zdrajców” umieściłem pewną scenę, która jest — jak sądzę — dobry rozwiązaniem tego dylematu. Uważni czytelnicy na pewno jej nie przeoczą… Tyle mogę zdradzić.

Prywatnie jest Pan gadżeciarzem. I tę miłość do gadżetów, nowinek technicznych, też widać w Pana książce. Otóż w jednej ze scen – bohaterka powieści – kupuje kanapki z… automatu. Zdziwiło mnie, że już 100 lat temu, można było kupić jedzenie z automatu.

Były „restauracje automatyczne” i „kawiarnie automatyczne”. Taka restauracja automatyczna we Wrocławiu mieściła się na przykład w okolicach dzisiejszej Galerii Dominikańskiej, koło kościoła świętego Krzysztofa. Przychodziło się do takiej restauracji, przy kasie zamawiało się jakiś produkt, np. kanapkę, ciastko... Dostawało się żeton lub drobne pieniądze, które wrzucało się do specjalnej przegródki, jakby specjalnej klatki – niekiedy pięknie zdobionej motywami secesyjnymi – skąd po prostu wyjmowało się jedzenie. Kawę podawał kelner – żeby była gorąca. Można też było zamówić coś na ciepło – należało wrzucić pieniążek lub żeton do odpowiedniej przegródki w klatce i czekać – w piwnicy przygotowywano jedzenie i po chwili wjeżdżało ono kuchenną windą do klienta na górę.

Ciekawe. Lubi Pan naszpikować książkę szczegółami, ciekawostkami z opisywanej dekady. Mnie na przykład zaskoczyło, że w latach przedwojennych noszono kalosze nakładane na eleganckie buty, żeby się nie zamoczyły lub nie pobrudziły.

Szczegóły dnia codziennego są bardzo istotne w odmalowywaniu obrazu epoki. Ja to bardzo lubię, bo jestem człowiekiem kochającym szczegóły. Na przykład opis tego, jak wyglądało biurko – że były tam obsadki kościane, stalówki, kałamarz i piasecznica, czyli pojemnik na drobniutki piasek, którym posypywało się papier, by atrament wysechł i się nie rozlewał. Szczegóły oddają ducha epoki, pokazują, jak wyglądał świat i życie codzienne.

à propos wspomnianych przez pana kaloszy, inaczej nazywanych śniegowcami – dowiedziałem się o tym elemencie  damskiej garderoby z mojej ukochanej powieści „Lalka” Bolesława Prusa. Do sklepu Wokulskiego przychodzi klient i żąda kaloszy. Z opisu wygląda, że to były kalosze nakładane na buty. Zainteresowałem się nimi, ponieważ sam bardzo nie lubię brudnych butów, dbam o nie i często je pastuję. Sam zacząłem szukać takich kaloszy, jako remedium na zabłocone buty, i po długich poszukiwaniach internetowych kupiłem je sobie – dzięki temu mam zawsze czyste buty. Ten opisywany szczegół jest bardzo charakterystyczny dla dwudziestolecia międzywojennego, ale również coś mówi o mojej osobowości.

W „Czasie zdrajców” widać też Pana miłość do języków starożytnych, do filozofów, do specjalnego akcentowania, które się okazuje bardzo ważnym wątkiem w tej powieści.

Owo charakterystyczne rozmieszczenie akcentów w wypowiedzi, w liście, w dziele literackim to cecha starożytnej literatury pięknej, szczególnie poezji.  Starożytni odpowiednio układali słowa w zdaniu, tak, że miały one akcenty rozmieszczone kunsztownie, niezwykle, odmiennie niż w mowie potocznej. I to bardzo ważny element w mojej powieści. I ma Pan rację – tutaj odwołuję się do moich dawnych zainteresowań naukowych, bo zagadnieniom sztucznego akcentowania poezji łacińskiej poświęciłem doktorat. To są moje zainteresowania, ale staram się je pokazywać w sposób przystępny, żeby nie znudzić czytelników. 

Najnowsza książka z Mockiem w roli głównej już jesienią. O czym opowiada? 

Najnowsza powieść o Popielskim, który działa w Breslau, już w księgarniach, a kiedy przeczytamy najnowsze przygody Eberharda Mocka w Breslau?

29 maja postawiłem ostatnią kropkę w najnowszym Mocku – o godzinie 13.50.

O czym będzie?

Akcja tej powieści toczy się tuż przed akcją „Widm w mieście Breslau”. Jest rok 1919, kwiecień. Wielkanoc. Mock ma 36 lat, jest ciężko pokiereszowany przez I wojnę światową, ma silną skłonność do alkoholu i do kobiet lekkich obyczajów. Mieszka z ojcem na Księżu Małym, niedobrze układa im się to wspólne życie – starszemu panu nie podoba się praca, którą wykonuje syn. I w pewnym  momencie zostaje porwane małe dziecko – niemowlę jeszcze. Eberhard Mock prowadzi śledztwo w tej sprawie. Choć pracuje w wydziale obyczajowym wrocławskiego prezydium policji, to — wbrew swoim przełożonym — prowadzi jednak to śledztwo, a ono coraz mocniej zaczyna go wciągać i angażować emocjonalnie, ponieważ chodzi o dziecko kobiety, o której kiedyś sobie roił, że może sobie z nią ułożyć życie.

Bardzo osobiście traktuje tę sprawę i w związku  z tym  – ze sceny na scenę – w swojej determinacji  staje się coraz bardziej zaciekły, co wyraża się tym, że wobec bandytów staje coraz bardziej brutalny. Książka to jest dość nietypowa – mało jest trupów, przynajmniej na początku. Mock prowadzi śledztwo bardzo zdecydowanie. Zahacza ono o coś, co byśmy mogli określić ustawianiem walk bokserskich. Mamy tu do czynienia ze Związkiem Pierścieniowców. Były to ugrupowania zrzeszające dawnych więźniów, które miały im ułatwić adaptację społeczną po wyjściu na wolność, ale  tak naprawdę często zamieniały się w organizacje przestępcze – w coś w rodzaju mafii. I tutaj taka mafia też występuje, organizuje tajne walki bokserskie, które są wysoko obstawiane u tajnych bukmacherów – hazard był wtedy nielegalny. I obie te sfery – nielegalne walki i porwanie małego dziecka  w pewnym momencie zaczynają na siebie nachodzić.

Kiedy premiera?

Jesienią.

Rozmawiał Robert Migdał

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama