wroclaw.pl Najnowsze wiadomości dla mieszkańców Wrocławia Dla mieszkańca logo
Pogoda we Wrocławiu temperatura powietrza wynosi 20°C
Link do portalu wroclaw.pl
Aby wyświetlić zawartość strony, zaakceptuj pliki cookie
Reklama

Aktor z Wrocławia zagrał w serialu „Stranger Things”. Przeczytaj rozmowę z Marcinem Harasimowiczem [ZDJĘCIA]

Robert Migdał,
Marcin Harasimowicz, aktor z Wrocławia, zagrał w czwartej części kultowego serialu „Stranger Things” archiwum prywatne Marcina Harasimowicza
Marcin Harasimowicz, aktor z Wrocławia, zagrał w czwartej części kultowego serialu „Stranger Things”

Wrocławianin Marcin Harasimowicz robi aktorską karierę w USA jako Martin Harris. Ostatnio jego kariera nabrała gigantycznego, światowego wręcz rozpędu, bo wystąpił w czwartej części „Stranger Things”. Portalowi www.wroclaw.pl opowiada m.in. o pracy na planie kultowego już serialu oraz do miłości do Wrocławia – w szczególności do koszykarskiego Śląska. Rozmawia Robert Migdał

Reklama

Serial „Stranger Things”, jego czwarta część, bije rekordy popularności na całym świecie. Występ w tym filmie to dla pana wielki sukces?
Oczywiście, że tak. Dobijałem się cztery lata do tego serialu i w końcu się udało. Dostałem się! Praktycznie każdy aktor, który mówił po rosyjsku, a nawet wielu takich, którzy nie mówili nawet słowa w tym języku, startowali w castingach do ról w „Stranger Things”. Każdy chciał zagrać w tym serialu – każdy kogo znam, wszyscy moi koledzy, którzy są w tzw. grupie wschodnioeuropejskiej – Litwini, Ukraińcy, Rosjanie, Polacy.

Wrocławianin w „Stranger Things” na Netfliksie. Jak kręcili zdjęcia w Atlancie?

Ubiegał się pan o jakąś konkretną rolę?
Próbowałem zdobyć rolę m.in. naczelnika więzienia, a dostałem inną – więźnia. Twórcy serialu – Bracia Duffer - wielokrotnie podkreślali, że bardzo spodobałem się im na castingach i dlatego chcieli ze mną pracować. To było i jest dla mnie duże wyróżnienie i zastrzyk pozytywnej energii jeśli chodzi o przyszłe moje projekty filmowe. Dlatego występ w tym serialu traktuję jako wieki sukces.

Gdy dostałem tę rolę, to poczułem się bardzo wyróżniony, to była dla mnie naprawdę fantastyczna sprawa. To były dwa miesiące pracy z naprawdę wybitnymi aktorami, jak David Harbour, czy Winona Ryder, ale też z braćmi Duffer, którzy reżyserowali mnie w odcinku numer 7. Na pewno występ w tym serialu „przekierował ” mnie do wyższej ligi aktorskiej
- mówi Marcin Harasimowicz

Praca przy „Stranger Things” to była wielka przygoda?
Potężna. Bardzo fajnie mi się pracowało przez te dwa miesiące. Praca na planie była niesamowita – na początku to był duży stres, bo to był sam szczyt pandemii koronawirusa – marzec i kwiecień 2021. Przez pierwsze dwa tygodnie byliśmy na płatnej kwarantannie: zostaliśmy skoszarowani w hotelu w Atlancie. Powiem panu, że tak bardzo bałem się zarazić, że nawet nie chodziłem po restauracjach  i dlatego sam gotowałem sobie w hotelowym pokoju, żeby nie złapać wirusa. Strach był, bo dostawaliśmy maile od Netfliksa, że kontrakt jest gwarantowany jeśli… „twoje testy wychodzą negatywne, a gdy test wychodzi pozytywny – niestety tracisz pracę”.  Więc byłem bardzo ostrożny, nosiłem dwie maseczki. Raz, kiedy tak gotowałem w pokoju, to zadymiłem pokój i przybiegła ochrona, a ja zacząłem krzyczeć, żeby uciekali, bo nie chcę nikogo w pobliżu – tak bałem się zarażenia i utraty roli. Potem, jak już byłem na planie, to było bardziej spokojnie.

W czasie nagrywania „Stranger Things wszyscy bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Była nas mała ekipa, ze względów bezpieczeństwa covidowego, i spędzaliśmy czas tylko ze sobą, przez cały tydzień. Dopiero po jakimś czasie, w weekendy, zaczęliśmy trochę wychodzić na miasto, do ludzi: mieliśmy jedną kawiarnię, w której się spotykaliśmy.

Prywatnie jest pan fanem „Stranger…”?
Wielkim. Oglądałem wszystkie odcinki, więc wiedziałem, jaki klimat ma ten serial, kto w nim gra i co robi. Powiem panu ciekawostkę: na sylwestra 2020 pomyślałem sobie życzenie: chciałbym zagrać w „Stragner Things”, „Zadzwoń do Saula” i w wielkim. To konkretne życzenie spełniło się. Dlatego teraz, kiedy jest sylwester, to mam precyzyjne życzenia: nie tyle, że chcę coś zrobić, ale mówię sobie, konkretnie co. Warto sobie stwarzać takie sprecyzowane cele, bo wtedy ma się większą świadomość tego, do czego się dąży. I może to jest też tak, że przyciągamy - podświadomie i energetycznie – te dobre dla nas rzeczy, te które są dla nas ważne.

Dużo pan ogląda filmów?
Bardzo dużo. W każdej wolnej chwili staram się oglądać te filmy, które potencjalnie mogłyby być w moim klimacie, żeby być przygotowanym na… casting do nich (uśmiech).

A jak to się stało, że to właśnie pan dostał rolę w „Stranger Things? Co o tym zadecydowało – to że jest pan Polakiem? Ma słowiańską urodę? Czy też może wcześniejszy dorobek filmowy?
Trudno mi powiedzieć – może znajomość języka rosyjskiego, „wrzuciła mnie” do puli aktorów, którzy byli zaproszeni do castingów. Nie wiem. Może zadecydowało to, że nagrywałem swoje castingi w sposób profesjonalny, i to przez parę lat, i może uznali, że „warto tego gościa zatrudnić”.

Konkurencja była gigantyczna.
Do tego serialu chcieli się dostać wszyscy najlepsi aktorzy. Jeśli ktoś mówi, że nie chciał zagrać w „Stranger Things , to nie mówi prawdy (uśmiech). Gdy dostałem tę rolę, to poczułem się bardzo wyróżniony, to była dla mnie naprawdę fantastyczna sprawa. To były dwa miesiące pracy z naprawdę wybitnymi aktorami, jak David Harbour, czy Winona Ryder, ale też z braćmi Duffer, którzy reżyserowali mnie w odcinku numer 7. Na pewno występ w tym serialu „przekierował ” mnie do wyższej ligi aktorskiej.

Kogo zagrał w „Stranger Things”? W jakich odcinkach?

Występuje pan w trzech odcinkach – 5,6 i 7. Jak wyglądała praca na planie? Kogo pan gra?
Gram więźnia numer 2, w średnim wieku. Jestem towarzyszem Jima Hoppera – czyli Davida Harboura.

Galeria zdjęć

Akcja scen, w których możemy pana zobaczyć, rozgrywa się w Rosji, w więzieniu. A gdzie były rzeczywiście kręcone?
W Atlancie. Na przedmieściach miasta było wielkie studio wynajęte na potrzeby „Stranger Things”.

Produkcja takich seriali zawsze jest owiana tajemnicą. Musiał pan milczeć na temat kręconych scen, nawet przed najbliższymi?
Podpisaliśmy specjalne dokumenty, że nie możemy szepnąć nawet słówkiem, o tym co i jak graliśmy. Ta tajemnica była bardzo pilnowana, bo wiadomo, że to jest szalenie popularny serial i twórcy nie chcieli, żeby były jakiekolwiek przecieki. Nawet sceny do castingów, które nagrywaliśmy, były wzięte z innych filmów, choć normalnie nagrywa się sceny, które później są w filmie. Ja na przykład miałem do zagrania trzy sceny z… filmów z Jamesem Bondem. Potem, już w trakcie realizacji, dostawaliśmy tylko ułamki scenariusza. Oczywiście, jak byłem tak długo na planie, to mogłem się domyśleć, co będzie dalej, w jaką stronę to idzie, jak to się skończy i mieć jakieś pojęcie całości – ale oczywiście milczałem i nikomu niczego nie mówiłem. Tylko bardzo skromne grono osób wiedziało, że grałem w tym serialu, ale bez szczegółów: nie zdradziłem kogo grałem i jak się mój los skończy.

Serial „Stranger Things” szerzej otworzył mu drzwi do kariery

Występ w tym serialu to nowy rozdział pana aktorskiej kariery?
Na 100 procent. Rola w „Stranger Things” otworzyła mi już wiele drzwi. W biznesie filmowym jest tak, że jeśli dobrze mówią o tobie, jeśli dobrze wykonujesz swoją pracę, to polecają cię dalej. Musiałem zostawić po sobie niezłe wrażenie, bo zacząłem dostawać dużo więcej propozycji. I oby to trwało jak najdłużej. Pracowałem na to wiele lat więc – jak to mówią – ciężka praca popłaca.

Jest pan „uparciuchem”? I w życiu prywatnym, i w zawodowym?
Nigdy nie poddawałem się, zawsze szedłem tylko do przodu. Mam takie podejście do życia, że najważniejsza jest droga, a cel jest jej ukoronowaniem. Najważniejsze jest dla mnie poczucie, że staję się coraz lepszy, że daję z siebie maksimum, że jestem zawsze przygotowany. Ważne jest mieć etykę pracy, eksponować to w czym jesteś mocny i poprawiać to, w czym jesteś słabszy. Nie ma innej drogi, nie wierzę w jakieś półśrodki. Wszyscy moi znajomi, którzy osiągnęli sukces w tym zawodzie, osiągnęli go ciężką pracą. Sam talent nie wystarcza – musi być on być poparty pracą.

„Stranger Things” to nie jest pierwsza superprodukcja, w której pan wystąpił.
W ostatnim czasie trochę tego było – „Czerwona nota”, serial „Schody” dla HBO, „Zadzwoń do Saula”, „Snowfall”, czy też serial o Lakersach…

Teraz robi karierę w USA, a zaczynał jako dziennikarz sportowy we Wrocławiu

A propos Lakersów, sportu. Jak to się stało, że dziennikarz sportowy z Wrocławia został amerykańskim aktorem?
Do dziennikarstwa sportowego trafiłem trochę przez przypadek. Choć patrząc wstecz, to wszystko się jakoś spina klamrą w moim życiu. Pochodzę z rodziny artystycznej – mój ojciec jest historykiem sztuki, więc całe moje dzieciństwo to była sztuka, architektura. Moja ciocia jest śpiewaczką operową, a ja sam chciałem być… rockmanem. Założyłem nawet kapelę rockową i jako 15-16 latek „szlajałem się” po wrocławskich pubach, organizowałem koncerty w klubie Amsterdam, współpracowałem z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy.

Z tego mojego grania w kapeli, z tych prób w piwnicach, nic jednak nie wyszło. Wtedy zacząłem pisać o muzyce w „Słowie Polskim”, lokalnej gazecie we Wrocławiu. Problem był taki, że chciałem pisać tylko o muzyce rockowej, a mój kierownik chciał, żebym pisał o wszystkim. A że byłem buntownikiem i to bardzo, bardzo upartym, to się z nim pokłóciłem, zapukałem do redakcji sportowej i zacząłem pisać o sporcie. Dziennikarstwo sportowe było fajne, ale to była tylko i wyłącznie praca, a moje prawdziwe pasje są artystyczne, moja dusza jest artystyczna. Stąd aktorstwo…

We Wrocławiu lubi... koszykarski Śląsk Wrocław i Muzeum Uniwersyteckie

Często wspomina pan Wrocław? Sporo tu czasu pan spędził.
Wrocław uwielbiam, bo to jest najpiękniejsze miasto na świecie. Wychowałem się tutaj, mam z nim związane fantastyczne wspomnienia, wyłącznie piękne. Byłem w nim ostatnio po bardzo długiej przerwie – po czterech latach przyjechałem odwiedzić moją rodzinę: spędziłem święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok we Wrocławiu i miałem łezkę w oku. Zawsze chętnie tu wracam i będę wracał. Mam tu rodzinę, znajomych, we Wrocławiu jest wiele pięknych miejsc, jak Muzeum Uniwersyteckie. Zapraszam do niego serdecznie, bo… mój tato jest kustoszem Muzeum Uniwersyteckiego (uśmiech). No i jest oczywiście wrocławska koszykówka!  „Cała Polska w cieniu Śląska” – byłem ze Śląskiem, kiedy zdobywali poprzedni tytuł, teraz niestety nie mogłem. Ale sercem jestem ze Śląskiem, cały czas. Trzymam kciuki za wrocławskich koszykarzy.

W jakich kolejnych filmach, u boku jakich gwiazd, będziemy mogli pana zobaczyć wkrótce?
Będę miał kilka premier pod koniec tego roku. Ale na razie wolę o nich nie mówić – przyjdzie jeszcze na to czas. Zdradzę jedynie, że to będą fajne, duże seriale, wśród nich jest jeden, który zebrał mnóstwo nagród, i jeden bardzo duży film.

Rozmawiał Robert Migdał

Zobacz również

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama
Zobacz więcej wiadomości portalu wroclaw.pl Więcej wiadomości portalu wroclaw.pl Wróć na portal wroclaw.pl Logo wroclaw.pl