Magdalena Talik: Napisałaś książkę dla młodzieży zatytułowaną „Trafostacja”. Musiałam sprawdzić, czym jest trafostacja. Nie wiedziałam, że to stacja transformatorowa.
Agnieszka Wolny-Hamkało: Okazuje się, że niewiele osób wie, czym jest trafostacja. A przecież znajduje się ona w każdej dzielnicy, właściwie przy każdym osiedlu. Charakterystyczna wolnostojąca wieżyczka bywa też rozpoznawalnym elementem wiejskiego krajobrazu.
Czasami to po prostu metalowa skrzynka kontenerowa. Ale zabytkowe trafostacje są dość ekscentryczne: proste, lecz z odchodzącymi w różnych kierunkach włosami drutów - wyglądają jak przysadziste rakiety.
Mijamy je codziennie nie wiedząc, co jest w środku, bo przecież nikt z nas nigdy tam nie był.
A to powszedni atrybut współczesności, który pozwala nam bezpiecznie korzystać z prądu. Jest jak pompa ciepła, czy system kanalizacji. Woda w kranie. Coś oczywistego, a jednak nieczęsto zastanawiamy się, jaką drogę musi pokonać.
Ciekawi mnie zaplecze codzienności.
Na okładce znajdziemy też symbol odwróconego trójkąta. Zaprojektował go artysta wizualny i performer Oskar Dawicki. Ale co właściwie ten trójkąt symbolizuje?
Ponieważ część akcji „Trafostacji” rozgrywa się pod ziemią, zaczęłam szukać jakiejś pradawnej symboliki związanej z podziemiem i trafiłam na alchemiczny znak: trójkąt skierowany wierzchołkiem w dół, przecięty jedną poziomą linią. Powierzchnia nad kreską symbolizuje „nadziemie”, a to, co pod kreską ukazuje podziemny świat.
Dawicki jednak dodatkowo przekształcił ten symbol, dodając kolejne dwie linie. W ten sposób nawiązał do pojawiających się w powieści artefaktów: piszczałek, które mają ogromne znaczenie dla bohaterek i bohaterów historii. Piszczałki mają zresztą swój „odpowiednik” w rzeczywistości.
Pięć lat temu umarła matka artysty, a po jej śmierci zrobił on szczególną pracę – edycję trzech białych kości, które producent tego dzieła znalazł u muzułmańskiego rzeźnika.
Kości zostały przez Oskara wydrążone, przebite, przewiercone złotymi śrubami, a wszystkiemu towarzyszył wirtualny, wyobrażony dźwięk, pisk, który kojarzy się właśnie z regresywnym bólem, którego nawet nie wstydzimy się okazać, bo jest silniejszy od nas. Na końcu kości umieszczono w specjalnie dopasowanych futerałach wyściełanych czerwonym pluszem.
Miałam okazję wziąć jedną z tych kości do ręki i zastanawiałam się, jaki dźwięk wydawałaby taka piszczałka. W środku nie było szpiku, wszystko wyczyszczono. Jednak nie można wydobyć z niej żadnego dźwięku. To niemy instrument.
Zaczęłam nad tym rozmyślać: a jeśli ten dźwięk istnieje, tylko my go nie słyszymy? Przecież istnieją dźwięki słyszane jedynie przez psy lub wyłącznie przez niektórych ludzi. Siła takiego „niemego” dźwięku bywa potężna: może stać się on bronią masowego rażenia. Potrafi sprawić, że się przewrócimy, poddamy - na wiecu albo na polu bitwy.
Twoja książka to dystopia, w tym przypadku opowieść o świecie po jakiejś nieokreślonej katastrofie. A jednocześnie miejscem akcji jest Wrocław, choć chyba nie wymieniłaś go z nazwy w tekście. Czy ktoś z miasta domyśli się, że chodzi o stolicę Dolnego Śląska?
Tak, i niektórzy czytelnicy z Wrocławia trafnie identyfikują opisane w powieści miejsca: na przykład łąkę przy pętli 126, obok Parku Grabiszyńskiego. To jest bardzo piękne miejsce pomiędzy Grabiszynkiem a Oporowem.
A pętle mają w sobie tę właściwość: potencjał niesamowitości. Jakoś chętniej się pije jasne pełne na pętlach. Lądują tam też różne zagubione duszyczki, które zasną w autobusie i czasem ktoś je wybudzi w nocy słowami: „To już koniec trasy”.
Wysiada taki człowiek pośrodku niczego i próbuje jakoś dotrzeć do domu, albo zawija się w dwie swoje kurtki i zasypia na przystanku.
Bohaterami książki jest młodzież we Wrocławiu w dziwnej rzeczywistości postapokaliptycznej. Miasto wygląda po prostu dziwnie, ludzie jakby poruszają się po zmroku, nawet oddychanie momentami wydaje się uciążliwe. W jakim okresie żyją bohaterowie?
To jest nadal nasza rzeczywistość, ale jakby delikatnie przesunięta. Czasem tak się czujemy: na przykład na moment przed grypą: lekki zawrót głowy, lęk. Coś nas ściska w żołądku. Może jutro albo pojutrze wydarzy się coś, co pchnie nasze życie na inny tor?
Albo kiedy wychodzimy z kina po bardzo długim i pięknym filmie – rozglądamy się – i rzeczywistość jest przez chwilę jakby o centymetr przesunięta.
Bohaterowie „Trafostacji” umieszczeni zostali właśnie w takim świecie. Łąki, trawa, ziemia mają taką temperaturę, jak ciało człowieka.
Z kolei główna bohaterka cierpi na hipotermię: temperatura jej ciała jest odrobinę za niska. To pierwsze powieściowe informacje świadczące o jej nieprzystawalności, dziwaczności. A niesamowitość dotyka nas najbardziej, gdy jest jedynie zaznaczona. Wtedy nie mamy pewności, kiedy kończy się rzeczywistość, a zaczyna bizarność, surrealistyczne tąpnięcie.
W takiej sytuacji trudniej się bronić: jak silniej zakorzenić się w realności, kiedy znika granica między światem gotyckim, a rzeczywistością potoczną? Bohaterowie „Trafostacji” stoją na tej granicy, ale są już, w pewnym sensie, zakażeni światem niesamowitości.
Twoi bohaterowie to paczka przyjaciół, prawie jak z młodzieżowych filmów z lat 80. Chodzą wspólnie w dziwne miejsca, zaglądają w przestrzenie, do których dorośli się nie zapuszczają. I rozwiązują przy okazji kryminalną zagadkę, szukając odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Jest też wątek miłosny.
Naprawdę widzę w tym wielki potencjał: w kumpelskich relacjach, nieformalnych grupach.
W udanym wierszu o śmierci Czesław Miłosz pisał, że „szuka, co jest największym przeciwieństwem śmierci i myślę, że muzyka, muzyka baroku”.
Tu bym coś dodała: przeciwko złu, przeciwko nienawiści możemy budować wspólnoty. Nie muszą być wielkie ani formalne. Ważne, żeby nie były to grupy „interesu”, żeby nie chodziło w nich o wzajemność rozumianą handlowo.
Przyjaźni nie da się utowarowić.
Przyjaciele z „Trafostacji” nie tylko poszukują i rozwiązują zagadki, także palą pewne substancje. Książka jest dla czytelników 15+. Nie za wcześnie na to?
Napisałam tę książkę dla czytelników w każdym wieku, ale tak, także dla młodych dorosłych. Pisząc, nawet dla młodszego czytelnika, czy czytelniczki, pilnuję tego, żeby się specjalnie nie cenzurować. To dla mnie ważne.
Cenię książkę Bruno Bettelheima „Cudowne i pożyteczne. O zadaniach i wartościach baśni”. Ta kanoniczna i trochę anachroniczna już praca mówi nam coś ważnego: jeżeli będziemy cenzurować treści dla dzieci i młodych ludzi, wycinając to, co budzi lęk, grozę, ale także refleksję i namysł – zostawimy ich samych po tamtej stronie.
Dzieci błyskawicznie dowiadują się o śmierci, szybko też dostrzegają w świecie zło. Dlaczego mielibyśmy udawać, że tego nie ma? Jak to miałoby im pomóc? Zwykle robimy to ze strachu. To ma pomóc wyłącznie nam.
Poza tym, jeżeli literatura ma konkurować z treściami proponowanymi przez inne media, nie może już po prostu udawać starej cioci. Dziś sieć wyrzuca nam treści często bez komentarza albo z komentarzem marketingowym. Surowe ciasto bez obróbki rzeczywiście może być trujące.
Może autorzy i autorki mieliby tu coś do zrobienia? Jeżeli rozmawiamy o czymś trudnym w granicach literatury, posługujemy się narzędziami, które pozwalają na pewną „ochronę”.
Tak działa zapośredniczenie. Tak działa choćby metafora: może do pewnego stopnia złagodzić ból. Ale książka nie powinna nas usypiać. Czytelnicy z miejsca rozpoznają fałsz, różowy filtr, poczują ten nieświeży zapaszek.
W książce, nie ukrywajmy, widzimy świat po apokalipsie, a na stronach widzimy pojawiające się pszczoły, o których mówi się, że są ostatnim wyznacznikiem naszej obecności na ziemi. Szczęśliwie, im bliżej końca książki, tym więcej narysowanych pszczół. Jesteś jednak optymistką?
Myślałam już intensywnie o „Trafostacji”, kiedy zauważyłam wielkie logo z pszczołą. To było w Wiedniu, nocą. Logo lśniło jak wielka żółta planeta.
Potem wszędzie zauważałam ten logotyp, po prostu wwiercał mi się w głowę. Podczas pisania książki, przychodzi taki moment, kiedy wydaje się, że wszystko na nią pracuje: elementy rzeczywistości pojawiają się tylko po to, żeby się znaleźć w powieści.
Nie ma tym żadnej metafizyki, to znana właściwość mózgu, która ujawnia się czasem, kiedy „sprawdza się” nam horoskop.
Główny bohater książki jest rysownikiem, autorem komiksów, więc skupia się na drobnych elementach rzeczywistości. A ponieważ jego dziadek ma ule, więc pszczoła dość naturalnie „wdarła się” do powieści. Szymon obserwuje pszczoły. Dzięki temu zauważa pewne istotne zmiany.
Gdybyś miała zachęcić do przeczytania „Trafostacji” ludzi nie przepadających za science fiction czy fantasy, co być powiedziała?
Jest taka społeczna zabawa, czy może już teraz towarzyska gra, która nazywa się future scenario. Polega ona na wspólnym wymyślaniu mniej lub bardziej prawdopodobnych scenariuszy przyszłości.
Planowanie przyszłych wydarzeń zakłada, że myślenie spekulatywne ma sens. Może przecież być strategicznym narzędziem planowania.
Może pomóc podejmować właściwe decyzje, związane z naszą najbliższą przyszłością i problemami, jakie niesie: zmianami klimatycznymi, ekspansywnością kapitalizmu, samotnością.
Future scenario ma badać nowe modele rzeczywistości i wymyślać wariantywne ścieżki rozwoju.
Zwykle wygląda to tak, że siada za dużym stołem grupa ludzi, a potem moderator proponuje świat, który ma jakieś konkretne cechy i dyspozycje.
Na przykład: dzisiaj zajmujemy się hydro-punkiem i dowiadujemy się, że w tym świecie istnieją trzy podstawowe zagrożenia.
Następnie grupa uczestników ma za zadanie powołać nowe technologie, wymyślić ekonomię, wartościowe relacje, ale także nową cielesność, wzory kultury, zawody.
Wiadomo, że realizm kapitalistyczny to nasza rzeczywistość. Trudno wyobrazić sobie inną, nasza percepcja tak daleko nie sięga. I właśnie dlatego potrzebujemy horyzontu utopii, horyzontu świata wymyślonego. Nie po to, żeby uciec ze swojego, tylko, żeby ulepszyć swój świat.
*Agnieszka Wolny-Hamkało, wrocławska poetka (autorka 12 książek z wierszami, m.in. „Rastera Lichtensteina” czy najnowszego tomu „Dla Twojej córki. Fraszki”), pisarka (autorka powieści, a także czterech książek dla dzieci oraz najnowszej „Trafostacji” dla młodzieży).
Autorka sztuk teatralnych - m.in. „Dzień dobry wszyscy umrzemy”, „Leśni. Apokryf”, „Wyzwolenie: królowe”, „Susan Sontag. Dwie lub trzy rzeczy, które o niej wiem”, wystawianych np. w Teatrze Polskim we Wrocławiu, Teatrze Muzycznym Capitol i Instytucie Grotowskiego.
Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Nagrody Polskiej Sekcji IBBY. Laureatka nagrody IBBY za „Lato Adeli” (książka roku 2019).
Laureatka nagrody Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Stypendystka Literarisches Colloquium Berlin. Kuratorka literacka Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.