Tesla wymyślił XX wiek – rozmowa z Michałem Derlatką

- Myślę, że Tesla jest bohaterem bardzo współczesnym. To wizjoner, bardzo zdeterminowany w realizacji swojej wizji, konsekwentnie dążący do celu. Pokazujemy dzieciom, że warto być niezależnym – mówi Michał Derlatka, reżyser „Tesla vs Edison”, którą zobaczymy we Wrocławskim Teatrze Lalek.

  • Michał Derlatka fot. Tomasz Walków

    Michał Derlatka fot. Tomasz Walków

  • Michał Derlatka fot. Tomasz Walków

    Michał Derlatka fot. Tomasz Walków

  • Michał Derlatka fot. Tomasz Walków

    Michał Derlatka fot. Tomasz Walków


Agnieszka Kołodyńska: Do tej pory historia Tesli i Edisona pokazywana była na scenie Bajkobusu. Teraz będziemy oglądać ją na scenie kameralnej Wrocławskiego Teatru Lalek. Czym będą się różnić te spektakle?

Michał Derlatka: Rzeczywiście trochę zmieniamy sztukę, bo Bajkobus, jako scena plenerowa wymagał zupełnie innych zabiegów niż scena w teatrze. Ulica ma swoją charakterystykę – musi być głośniej, trzeba przykuć uwagę przechodniów. Na scenie jest bardziej kameralnie, mamy lepszy kontakt z widzami, którzy są bardziej skupieni. Dołożyłem scenę podróży Tesli do Ameryki, zrobiliśmy też korekty dekoracji, by przystosować ją do przestrzeni sceny kameralnej. Zastosowaliśmy też parę nowych rozwiązań technicznych m.in. bardziej zróżnicowaliśmy światy obu wynalazców, tak by mały widz od razu wiedział, o kim opowiadamy. Wydaje się, że to zmiany kosmetyczne, ale trochę się ich nazbierało.

Tesla vs Edison – którego wynalazcę uważa pan za geniusza?

- Moim zdaniem geniuszem był Nikola Tesla. Był totalnym wynalazcą. Jestem zdruzgotany faktem, że nie jest to osoba tak popularna jak na przykład Albert Einstein albo Leonardo da Vinci. Tesla to umysł nieprzeciętny. Dwa lata temu odkryłem tę postać przygotowując spektakl bajkobusowy o elektryczności. Standardowo rozpocząłem przygotowania idąc tropem Thomasa Edisona i jego żarówki. Czytając o nim dowiedziałem się o Tesli. Niektórzy mówią, że to Tesla wymyślił XX wiek i wydaje mi się, że faktycznie tak jest. To, że jesteśmy w stanie nocą oświetlić miasto przy pomocy elektryczności, zawdzięczamy właśnie jemu. A jeśli zaczniemy przyglądać się jego wynalazkom nie będziemy mogli uwierzyć, że tyle ich opracował! Miał ich chyba z 700 opatentowanych! Wymyślił je sam jeden. Edison natomiast miał firmę patentową i inżynierów którzy dla niego pracowali i specjalizowali się w wymyślaniu rzeczy niemożliwych.

Na przełomie XIX i XX wieku rozpoczęła się rewolucja cywilizacyjna, której następstwem jest rewolucja cyfrowa, której jesteśmy świadkami. O tym też jest Pana spektakl?

- Opowiadamy o tych zmianach z puntu widzenia Tesli, ale sama zmiana nie jest tematem. Raczej jest to historia o pasji, o dążeniach do realizacji marzeń, o rywalizacji dwóch wielkich wynalazców. Zrobiliśmy w tym przedstawieniu czarny PR Edisonowi, jest u nas negatywnym bohaterem, ale faktycznie był trochę taką osobą. Edison, by udowodnić szkodliwość prądu zmiennego, opracowanego przez Teslę, dokonał egzekucji na słoniu. Zabił prądem słonia! To zupełny absurd, zwłaszcza, że prąd stały jest dużo bardziej niebezpieczny, oczywiście w odpowiednim natężeniu.

Edison pracował na swój wizerunek zanim wymyślono PR?

- Tak, on miał bardzo duże ego. Starał się zablokować konkurencyjny wynalazek Tesli, bo był także skutecznym biznesmenem. Tesla zaś był trochę marzycielem, wizjonerem. Kiedy powstała pierwsza elektrownia wodna na Niagarze, gdzie produkował prąd zmienny, zrzekł się zysków, żeby tylko rozwijać swój patent. Gdyby tego nie zrobił byłby najbogatszym człowiekiem w historii ludzkości, bo od każdego przesłanego kW na świecie miał mieć jakiś procent zysku! Ani Steve Jobs ani Bill Gates nie byliby tacy bogaci.

Nie boi się Pan dydaktyki w spektaklu?

- Nie, nie mam nic przeciwko nienachalnemu dydaktyzmowi. Myślę, że Tesla jest bohaterem bardzo współczesnym. To wizjoner, bardzo zdeterminowany w realizacji swojej wizji, konsekwentnie dążący do celu. Pokazujemy dzieciom, że warto być niezależnym. W spektaklu pojawiają się też fakty historyczne, wplecione w zabawną fabułę, mówimy też o wynalazkach. Robimy to jednak językiem teatru, nie zamieniamy spektaklu w wykład naukowy. Pewne rzeczy, które są spektakularne w laboratorium na scenie nie sprawdzą się zupełnie. Poza tym łatwiej pewne efekty uzyskać za pomocą trików teatralnych niż doświadczeń naukowych. Chemia świetnie się sprawdziła w spektaklu „Fahrenheit”, który reżyserowałem w Teatrze Miniatura w Gdańsku. Tam mieliśmy lalki stworzone z piany, pary, ciekłego azotu. W przypadku „Tesli vs Edison” wiele wynalazków jak np. dynamo rowerowe przetwarzamy teatralnie, by było ciekawie, atrakcyjnie i zabawnie. Posługujemy się komediowymi środkami opowiadając o wielkiej rywalizacji dwóch wynalazców.

Zgłoś uwagę