Po premierze superwidowiska „Nabucco” w Operze Wrocławskiej

Arcydzieło Giuseppe Verdiego wystawiono, korzystając z kolumnady na tyłach Opery Wrocławskiej jako bazie do scenografii, co okazało się zresztą świetnym pomysłem. Miejsce wspaniałe, orkiestra w dobrej formie i świetnie przygotowana, śpiewacy, którzy udźwignęli trud wykonania open air. I tylko inscenizacja nie wzbudzająca entuzjazmu.  


Z muzyką w plenerze

Plenerowe widowiska rządzą się własnymi prawami. Także w przypadku tych operowych jest trochę, jak na uroczystym pikniku, ale z wyrafinowaną muzyką. Trzeba zabrać cieplejszą kurtkę (bywa że i kocyk), wygodne obuwie (do wchodzenia i schodzenia z rusztowania, wędrówki za potrzebą do toi toiów), coś przeciwdeszczowego, kanapkę (bo kolejka do kateringu może trwać całą przerwę), a nade wszystko wypoczęte uszy i oczy, bo spektakl trwa do późnych godzin wieczornych.

W przypadku produkcji „Nabucco” z ciekawych widoków i pięknej muzyki „skorzystali” także gapie i parkowi spacerowicze Promenady Staromiejskiej. O gościach hotelowych nie wspominając. Wartość dodana zawsze cieszy, zwłaszcza jeśli muzyka dobrze wybrzmiewa, a tak było podczas piątkowego premierowego wykonania dzieła Giuseppe Verdiego na placu Wolności.

Zjednoczeni dla Verdiego

Jest jeszcze inna wartość superwidowisk poza frekwencją. To fakt, że na plastikowych krzesełkach usiądą słuchać Verdiego zarówno wytrawni melomani, jak i ci, którzy do teatru operowego nie zaglądają w ogóle albo sporadycznie w swoim życiu. Okazuje się, że przeznaczona na ponad 2000 osób widownia jednoczy wszystkich.  Jak papierowe opaski na rękę (niestety, ich przeznaczenia nikt nie wyjaśnił), dyskretny katering z boku budynku opery (nawet nie tak intensywnie oblężony) i równie dyskretna lokalizacja toi toiów (szkoda, że terenu ani kabin nie doświetlono).

Muzyka zwycięża

W ogólnym zaaferowaniu najważniejsze, że wielu widzów jednak wyszło z „Nabucca” z przekonaniem, że muzyka Verdiego była tego warta, bo też Marcin Nałęcz-Niesiołowski zrobił wiele, by w niełatwych warunkach (zadaszony orkiestron wkomponowany z dekorację) możliwie jak najlepiej poprowadzić wykonanie opery Giuseppe Verdiego. Bywało, że w minionych latach orkiestra brzmiała w plenerze płasko, sucho. Tym razem było inaczej, udało się też wyeksponować wiele pięknych fraz (brawa zwłaszcza dla solówek instrumentów dętych). Może tylko na chór „Va, pensiero, sull'ali dorate” obrane zostało tempo zbyt powolne, ale trzeba wziąć pod uwagę warunki w plenerze i dobre zgranie chórzystów z orkiestrą.

Soliści (Krum Galabow jako Nabucco, Anna Lichorowicz jako Abigail, Jadwiga Postrożna – Fenena, Adam Zdunikowski – Ismaele, Wołodymyr Pankiw –Zachariasz, czy bardzo dobry Jakub Michalski w partii wielkiego kapłana) stanęli na wysokości zadania, choć nie do końca rozumiem zabieg (chyba reżyserki), by Annę Lichorowicz w głównej arii Abigail „Anch'io dischiuso” ukrywać w pokoju operowym widowcznym z widowni, by dopiero w połowie mogła wyjść na scenę.

I można byłoby zaliczyć tę premierę do udanych, ale strona inscenizacyjna, choć przez pierwszy akt całkiem udana i z ciekawym pomysłem wyjściowym, w kolejnych aktach stawała się coraz mniej czytelna.

Dyktator Nabucco

Idea z przedstawieniem systemu totalitarnego i stojącego na czele dyktatora – Nabucco – była naprawdę obiecująca. U reżysera Krystiana Lady babiloński przywódca Nabucco stał się kolejnym „stalinopodobnym” dyktatorem, ciemiężycielem narodu żydowskiego, który marzył o wyzwoleniu. Dobrze pokazany też został wątek rodzicielskiej odpowiedzialności, bo Nabucco wyraźnie faworyzuje ukochaną córkę Fenenę z prawego łoża, natomiast wyraźnie pomija i lekceważy Abigail, córkę niewolnicy (w tej wersji jeszcze utykającą).

Współczesną akcję oglądaliśmy na scenie, retrospekcje natomiast na dużym ekranie. Rzecz w tym, że potencjał fabularny został w dużej mierze zmarnowany w kolejnych aktach przez nagromadzenie zbyt wielu wątków na raz, zbyt wielu tropów, postaci, motywów (wysypanie dziesiątek butów na wzór tych z gablot w Muzeum Auschwitz-Birkenau było pomysłem absolutnie chybionym). Może owa mnogość wynikała z faktu, że podczas prac trudno było realizatorom pożegnać się z niektórymi pomysłami. Warto jednak pamiętać, że czasem mniej znaczy więcej. Nawet w superwidowisku.

Zgłoś uwagę