Lądem do Chin, a potem tylko dalej...

Dwoje wrocławian w dwuletniej podróży swojego życia 

  • Pchła i Olo - "uciekają" z Wrocławia w dwuletnią podróż życia, której patronuje wroclaw.pl

    Pchła i Olo - "uciekają" z Wrocławia w podróż, której patronuje wroclaw.pl

  • Głowa Buddy opleciona korzeniami, Ayutthaya, Tajlandia

    Głowa Buddy opleciona korzeniami, Ayutthaya, Tajlandia

  • Pałac Królewski, Bangkok, Tajlandia

    Pałac Królewski, Bangkok, Tajlandia

  • Most widokowy Sky Bridge, Langkawi, Malezja

    Most widokowy Sky Bridge, Langkawi, Malezja

  • Pchła z grupą malajskich turystek, Satun,Tajlandia

    Pchła z grupą malajskich turystek, Satun,Tajlandia

  • Petronas Twin Towers, Kuala Lumpur, Malezja

    Petronas Twin Towers, Kuala Lumpur, Malezja

  • Różnorodność ryżu, Chiang Mai, Tajlandia

    Różnorodność ryżu, Chiang Mai, Tajlandia

  • Stoisko z suszonymi owocami i przyprawami, Chiang Mai, Tajlandia

    Stoisko z suszonymi owocami i przyprawami, Chiang Mai, Tajlandia

  • Wejście do China Town, Kuala Lumpur, Malezja

    Wejście do China Town, Kuala Lumpur, Malezja

  • Wyspa Tup, Tajlandia

    Wyspa Tup, Tajlandia


Młodzi, pomysłowi, ciekawi świata i z dużym już w tym świecie obyciem. Nie boją się wyzwań i wiedzą, że zwłaszcza tym nieprzewidywalnym wydarzeniom będą musieli stawić czoła jeszcze niejeden raz w swoim życiu. A na pewno w podróży, w jaką się już za chwilę wybierają.

Joanna – ciepła, energiczna, krucha blondynka i jej mąż Aleksander – skupiony, rzeczowy i praktyczny – połączeni nie tylko węzłem małżeńskim, ale i wspólnymi pasjami oraz podobnym postrzeganiem otaczającej rzeczywistości – są gotowi do podróży dookoła świata. Mówią, że potrwa dwa lata. Ale kto wie, co ich zatrzyma albo zachwyci po drodze? Może zjadą do rodzinnego Wrocławia dużo później, a może…

W każdym razie wszystko będą opisywać na swoim podróżniczym blogu www.4evermoments.com, którego promotorem postanowił zostać nasz portal. Co jakiś czas będziemy też przypominać o podróży dwojga młodych wrocławian, którzy obiecali podsyłać nam ciekawe wieści z dalekiej drogi. Na bieżąco przebieg podróży, wrażenia, zachwyty lub rozczarowania do wyczytania właśnie na 4evermoments.

 

Joanna Gąsieniec – o uroczym przydomku „Pchła” i Aleksander Gąsieniec – dla przyjaciół Olo, dosłownie na pięć minut przed lądową wyprawą do Chin w rozmowie z Małgorzatą Wieliczko.

Co Was „przegania” z Wrocka na tak długo?

Joanna: Od kilku lat łączy nas małżeństwo, ale i wspólne zainteresowania. Tym łatwiej mogliśmy więc poświęcić się planowi naszej wyprawy, który tak naprawdę zrodził się już dawno temu.

Czy Wasze wykształcenie, zawody jakoś korelują z tym przedsięwzięciem, są może jego przedłużeniem?

J: Absolutnie nie. To wyłącznie pasja, którą chyba przejęliśmy w genach [śmiech]. Ja jestem absolwentką wrocławskiego Uniwersytetu Przyrodniczego, inżynierem ochrony środowiska, z kilkuletnim stażem w tym zawodzie.  

Aleksander: Przez sześć lat pracowałem w biurze na wrocławskim lotnisku, na terminalu cargo, zajmując się spedycją lotniczą. Jednak postanowiłem zrezygnować z tej posady na rzecz naszej podróży.

Pogratulować odwagi… Ale, proszę wybaczyć ciekawość, czy Was na taką wyprawę stać?

A: Uważam, że tak naprawdę, każdego stać na taką podróż…

Czyżby…?

A: Tak. Ludzie nie zdają sobie po prostu sprawy z tego, jak niewiele potrzeba, żeby przeżyć z dnia na dzień…

No to jak Wam te obliczenia powychodziły?

A: Nie ustaliliśmy żadnej konkretnej kwoty, jaką powinniśmy dysponować. Oczywiście opieramy się na oszczędnościach, zabieramy karty płatnicze. Ta podróż jest także po to, by na własnej skórze „przetestować” jej realne koszty. Dlatego mamy zamiar regularnie odnotowywać na blogu informacje o naszych wydatkach. Teraz to czysta teoria. Jedno jest pewne, zamierzamy racjonalnie podejść do tematu, co oznacza po prostu – jak najoszczędniej.

Jak Wasze rodziny przyjęły wiadomość o tym, że wybieracie się tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc”, i to na dwa lata?

J: Wspierają nas. Szczególnie rodzice Olka uważali, że pomysł jest fajny i koniecznie powinniśmy go zrealizować. Zwłaszcza teraz, gdy nie mamy jeszcze dzieci ani wielkich zobowiązań, które by nas mocno trzymały na miejscu. Nasze kariery zawodowe nie są tak „bujne”, by było je żal porzucić.

A nie obawiacie się, że ta dwuletnia przerwa w zawodowym życiorysie może Was skutecznie odciąć od rynku pracy i trudno będzie „zaskoczyć na etacie” ponownie?

J: Bardzo się obawiamy. Ale ten wyjazd postrzegamy też jako szansę. Ponieważ nie wykluczamy, że gdzieś zatrzymamy się na dłużej, także dla pracy…

…nie na dwa, a na przykład na 22 lata?

A: Nie wykluczamy i tego [śmiech]. Chociaż Asi chyba nie przyszłoby to najłatwiej, ponieważ jest bardzo związana z rodzinnym miejscem.  

A przyjaciele, znajomi? Jak patrzą na ten Wasz, bądź co bądź, heroiczny wyczyn?

J: Ci, którzy są z nami naprawdę blisko, jak najbardziej nam kibicują, ale już odliczają dni do naszego powrotu.

No to teraz, zanim i oni, i my z wypiekami na twarzy będziemy czytać Wasze relacje z podróży, zdradźcie nam kilka faktów z jej przebiegu. Wyruszacie 1 października...

A: Tak, wyruszamy autobusem na Ukrainę, potem pociągiem do Rosji, a stamtąd do Chin. Czyli 1 października jedziemy do Krakowa i tego samego dnia wieczorem do Lwowa. Tam, 2 października, wieczorem wsiadamy do pociągu i jedziemy do Kijowa. Zostajemy w nim na dwie noce. A potem – ponownie nocnym pociągiem – wyruszamy do Moskwy, gdzie chcemy dotrzeć 6 października.

Bilety rezerwowaliście przez internet?

A: Wszystko załatwialiśmy przez internet. Ukraińskie koleje mają teraz, po Euro 2012, bardzo łatwy system rezerwacyjny, dostępny po angielsku. Potwierdzenie przychodzi e-mailem. Na dworcu odbiera się właściwy bilet.

A jeśli pociąg, jeden czy drugi, będzie miał opóźnienie, wypadnie z trasy?

J: Oczywiście, bierzemy to pod uwagę. I dlatego przyjęliśmy pewien margines bezpieczeństwa – na przykład dwa dni „postoju” w Kijowie przed wyjazdem do Moskwy. Takim granicznym punktem jest dla nas pierwszy pociąg w Moskwie – po pierwsze, dlatego, że to był najdroższy bilet, a po drugie, najtrudniej go kupić. System rezerwacyjny otwierany jest co prawda na 45 dni przed odjazdem, ale my w dniu tego otwarcia, wcale nie byliśmy pierwsi [śmiech].

A w Moskwie? Co dalej?

A: 8 października wieczorem wsiadamy do pociągu Kolei Transsyberyjskiej, a wysiadamy na stacji Czita, gdzie przesiądziemy się do pociągu, który zwiezie nas do granicy z Chinami, do Zabajkalska. Problem logistyczny polega na tym, że na tę przesiadkę mamy zaledwie 50 minut. Po czterech dniach podróży pociągiem rzeczywiście możemy złapać jakieś opóźnienie i z 50 minut zrobi się na przykład pięć, albo nie będzie ich wcale. A następne połączenie jest dopiero po 24 godzinach, no i dochodzi kwestia kupna biletów i ewentualnej wymiany niewykorzystanych.

Ale oczywiście my zakładamy, że nic Wam nie wejdzie w paradę…

A: …więc 14 października znajdziemy się na chińskiej granicy.

Wszystkie potrzebne dokumenty wizowe już macie czy też coś zostało do załatwienia „po drodze”?

A: Wizy oczywiście załatwiliśmy przed wyjazdem.

Długo to trwało?

J: Z rosyjską dłużej, niż się spodziewaliśmy – 12 dni.

Potrzebowaliście zaproszeń?

A: Tak i dostaliśmy je od hostelu, w którym się zatrzymamy.

To wystarczy?

A: W zupełności. Skontaktowaliśmy się z hostelem, że chcemy u nich nocować, i to oni nas zaprosili.

Z chińską wizą też było trochę pod górkę?

A: Z nią poszło dużo łatwiej, około tygodnia od złożenia wniosku mogłem już odebrać paszporty z wizami Warszawie.

J: Oprócz okrutnie długiej kolejki, w której stanął Olo, żeby złożyć komplet dokumentów [śmiech]. Ale przyjęto je bez problemu i w miłej atmosferze.

A: Te utrudnienia są wynikiem tego, że wydział konsularny przy chińskiej ambasadzie jest otwarty tylko trzy razy w tygodniu, a obsługuje całą Polskę.

Dotrzecie do Kraju Środka i…?

J: Chiny pozostają dla nas wielką zagadką. Tam system rezerwacji jest dużo później otwierany i nie mieliśmy szansy kupić biletu przed wyjazdem. Poza tym cała transakcja na odległość przebiega po chińsku i płacąc za bilet, trzeba posługiwać się chińską kartą kredytową. Więc albo trzeba korzystać z pomocy jakiegoś chińskiego pośrednika, albo liczyć na to, że coś jeszcze zostanie „w okienku”, bezpośrednio przed odjazdem pociągu. A musimy dojechać do Pekinu.

A: Będziemy tam 13 dni, a termin uzależniliśmy od urlopu naszych znajomych, z którymi planujemy spotkać się w Bangkoku.

J: Na pewno 27 października musimy stawić się w Szanghaju, bo tego dnia lecimy filipińskimi liniami do Bangkoku.

Oczywiście, nie będziemy w tej rozmowie odkrywali wszystkich kart Waszej podróży. Zrobicie to sami, na blogu. Ale uchylając rąbka tajemnicy – po Bangkoku wybieracie się do…?

J: Planujemy na listopad Kambodżę, a pod koniec grudnia albo na początku stycznia przenosimy się do Nowej Zelandii.

A: A potem…? W tak daleką przyszłość jeszcze nie wybiegamy [śmiech], zwłaszcza że w Nowej Zelandii chcemy zabawić „dłuższą chwilę”, bo być może uda się nam popracować i zarobić na dalszą podróż. Pozwolenia na pracę mamy w kieszeni.

J: Naszym „targetem” jest jednak Azja Południowo-Wschodnia. Już wcześniej tam bywaliśmy i ten region świata bardzo nas pasjonuje. Więc pewnie z Nowej Zelandii zjedziemy na jakiś czas ponownie do Azji.  

Ciekawi mnie jeszcze jedno – co prawda 1 października to data jak każda inna, ale może wybraliście ją z jakichś szczególnych powodów?

J: Nie zdecydowały o tym ani formalności do załatwienia, ani na przykład pora roku. Wyjaśnienie jest banalne – po prostu „przed chwilą” wróciliśmy z Wielkiej Brytanii, gdzie spędziliśmy fantastyczne lato, między innymi na festiwalach muzycznych, na które sezon trwa od początku czerwca do połowy września.

A: Chociaż prawdą jest także to, że w drogę Koleją Transsyberyjską lepiej wybrać się jesienią. Nie jest jeszcze bardzo zimno, a już nie za gorąco, żeby bez większych problemów znieść wielogodzinne niewygody, w tym nieotwierające się albo nieszczelne okna tamtejszych pociągów. To niestety nie jest pierwsza klasa, a nawet nie druga… Wszystko będzie do obejrzenia na naszym blogu. Postaramy się dobrze udokumentować wszystkie niezwykłe i szczególne momenty. Jazda tym pociągiem będzie na pewno do takich należała [śmiech].

Trzymamy więc kciuki za Waszą wyprawę, zazdroszcząc entuzjazmu, z jakim do niej podchodzicie. No i liczymy na „kartkę z podróży”. Będziemy Was podglądać na www.4evermoments.com.  

Zdjęcia: z wybranych podróży, archiwum Pchły i Olka.

Zgłoś uwagę