„Halka” w reżyserii Grażyny Szapołowskiej. Po premierze w operze

Owacja na stojąco podczas obydwu premierowych spektakli, klakierzy krzyczący „brawo” i gorące kuluarowe dyskusje w przerwie. Wydawać by się mogło, że Moniuszkowska „Halka” w reżyserii Grażyny Szapołowskiej jest wielkim sukcesem Opery Wrocławskiej. Niestety, nowa produkcja rozczaruje wielu fanów teatru operowego.

  • halka opera wrocławska

    Joanna Zawartko w partii Halki

  • halka opera wrocławska

    Scena z „Halki” w Operze Wrocławskiej

  • halka opera wrocławska

    Joanna Zawartko w partii Halki

  • halka opera wrocławska

    Scena z „Halki” w Operze Wrocławskiej

  • halka opera wrocławska

    Scena z „Halki” w Operze Wrocławskiej

  • halka opera wrocławska

    Szymon Mechliński (Janusz)

  • halka opera wrocławska

    Scena z „Halki” w Operze Wrocławskiej

  • halka opera wrocławska

    Hanna Sosnowska (Zofia)

  • halka opera wrocławska

    Szymon Mechliński (Janusz) i Hanna Sosnowska (Zofia)


Konsekwentna „Halka” Adamika

Każda premiera „Halki” jest wydarzeniem, a ostatnia wrocławska miała miejsce 13 lat temu, kiedy na 60-lecie polskiej sceny operowej we Wrocławiu wyreżyserował ją Laco Adamik. Wiele było kontrowersji wokół tamtego spektaklu, skądinąd bardzo udanego i konsekwentnego.

Niektórzy nestorzy polskiej sceny operowej opuszczali wówczas teatr zszokowani, odsądzając reżysera od czci i wiary (może dlatego późniejszy „Straszny dwór” zrealizował już bardziej tradycyjnie). Ale sukcesem Adamika był niewątpliwie fakt, iż spróbował na nowo odczytać dobrze znaną historię o uwiedzionej przez bogatego panicza biednej góralce i udało mu się sprowokować ognistą dyskusję.

„Halka” po latach w Operze Wrocławskiej

W przypadku nowej premiery „Halki” w reżyserii Grażyny Szapołowskiej dyskusji właściwie nie ma po co wszczynać, a szkoda, bo świętujemy aktualnie nie tylko 100-lecie odzyskania niepodległości. Przyszły rok będzie Rokiem Moniuszkowskim, zatem to znakomita okazja, by pokusić się o nowe spojrzenie na klasykę polskiej opery. Jeśli kobiece, tym lepiej.

Nie wiadomo, jakie plany realizacji „Halki” przedstawiła Operze Wrocławskiej świetna Irina Brook, która miała rzecz reżyserować. Dość, że najwyraźniej nie przypadły decydentom do gustu. W ostatniej chwili poproszono Grażynę Szapołowską. Aktorka przyznała się wprawdzie, że dzieła Moniuszki nigdy na scenie widziała, ale czuje instynktownie, że powinna spróbować je wyreżyserować.

Instynkt, jak się przekonaliśmy, nie wystarczył, bo obejrzeliśmy spektakl jak sprzed lat – ze statycznymi papierowymi postaciami, ubogą  scenografią (zabawnie się kojarzącą-niektórym ze statkiem Enterprise ze „Star Treka”), choreografią baletową może dynamiczną, ale niewykorzystaną w pełni na scenie.

Doskonali śpiewacy

Dramatu nie obejrzeliśmy na scenie, ze sceny wyśpiewali go soliści. Genialna muzyka Moniuszki po raz kolejny uratowała realizatorom skórę. Gorzej, że niektórych, zupełnie absurdalnych, rozwiązań nie będzie można długo zapomnieć, jak tańczących w rytm wspaniałej uwertury artrystów baletu odzianych w szczurze ubraniaz doczepionymi ogonami, Halki głaszczącej wilka (!?) na skale, czy projekcji wideo (nagrano jedną z małych artystek opery spacerującą po Wrocławiu w przebraniu Halki i z psem, niczym czerwony kapturek).

Zapamiętać natomiast warto i trzeba świetnie przygotowanych solistów – sopranistkę Joannę Zawartko, która tchnęła w partię Halki prawdziwe uczucie, tenora Jurego Horodeckiego, który arię Jontka wykonał wzruszająco (choć aktorsko musiał pomylić spektakle – chciał najwyraźniej wykreować bohatera trochę ironicznego, trochę zgorzkniałego, wyszło groteskowo).

Sensacją był wreszcie baryton Szymon Mechliński jako Janusz, nie tylko wokalnie doskonale przygotowany, ale i z perfekcyjną dykcją, którą niestety zaniedbano w chóralnych partiach. Gdyby nie wyświetlacz albo posiłkowanie się pamięcią, trudno byłoby zrozumieć poszczególne słowa.

Orkiestrę i dyrygenta Marcina Nałęcza-Niesiołowskiego artyści oklaskiwali z zaangażowaniem.

Zgłoś uwagę