Być jak Vincent van Gogh

– Ta postać i film dały mi pewność siebie, taką czysto aktorską, coś dla mnie niezbywalnego. Innych nagród nie potrzebuję – mówi legnicki aktor Robert Gulaczyk, który w „Twoim Vincencie” kreuje rolę malarza.

Magdalena Talik: Pod koniec lutego wręczenie Nagród BAFTA, do których jest nominowany „Twój Vincent”, wkrótce ogłoszenie nominacji do Oscarów [nominacja nastąpiła 23 stycznia 2018 – red.], a film ma spore szanse. Czy Pan – de facto twarz tego projektu – śledzi rywalizację, typuje zwycięzcę?

Robert Gulaczyk: Przyjemnie mi być twarzą „Twojego Vincenta”, bo w najśmielszych snach nie podejrzewałem, że coś takiego może mi się przydarzyć. Teraz mam jednak wrażenie, że ja, Dorota Kobiela i Hugh Welchman (rozmowę z reżyserami przeczytacie tutaj) mniej się tymi nagrodami emocjonujemy niż wszyscy dookoła, co jest zrozumiałe. To, co dla nas najistotniejsze, już zrobiliśmy. Dorota z Hugh nakręcili film, który ją  kosztował dziesięć, a jego siedem lat życia, mnie zdecydowanie mniej. Jestem tylko małą cząstką tego projektu, ale mam tę radość, że wieloletnia praca twórców się opłaciła, a laury są tego potwierdzeniem.

Pierwszą nagrodę „Twój Vincent” dostał od publiczności na festiwalu w Annecy. Recenzje były znakomite, a kilkunastominutowa owacja na stojąco nie zdarza się codziennie.

To prawda, pokaz premierowy był bardzo wyjątkowy. Prywatnie też niezwykłe doświadczenie, bo pracując w teatrze spotykałem się z różnej wielkości widownią, ale sala kinowa mieszcząca bez mała 1000 widzów i ich reakcja sprawiła, że ugięły się pode mną kolana (o premierowym pokazie „Twojego Vincenta” i nagrodach dla filmu przeczytacie tutaj). 

Twarz aktora legnickiego Teatru im. Modrzejewskiej będzie się długo kojarzyła z twarzą Vincenta van Gogha/fot. Karol Budrewicz 

A uginają się, kiedy Pana wizerunek prezentowany jest w wielu miejscach, także w Muzeum Vincenta van Gogha w Amsterdamie, i od tej pory wielu osobom to właśnie Pana twarz będzie się kojarzyła z oficjalnym wizerunkiem malarza?

Prywatnie cieszę się jednak, że to nie mój bezpośredni wizerunek, jak zdjęcie, tylko obraz, w dodatku w półprofilu. Mam szczęście, że sukces „Twojego Vincenta” nie przekłada się na rozpoznawalność mojej osoby, bo to pozwala mi zachować anonimowość. Ale w muzeum w Amsterdamie, gdzie wybrałem się prywatnie już po nakręceniu scen filmowych, przeżyłem małe zdziwienie, kiedy na jednym z ekranów zobaczyłem swój wizerunek reklamujący film. Dziwnie było zobaczyć siebie w muzeum.

Ale chyba w ogóle dziwnie odtwarzać na ekranie postać tak znaną, szeroko opisywaną i do pewnego stopnia zdefiniowaną. Jak pokazać Vincenta, charakterologicznie, jakich użyć gestów, mimiki, jak sprawić, by stał się dla widza wiarygodny?

To chyba najistotniejsza kwestia w całej historii. Każdy, kto wykonuje zawód artystyczny, ma swój sposób działania – jedni idą na tzw. żywioł, inni przygotowując się do roli ciężko pracują. U mnie bywa różnie, ale przeważnie staram się przygotować. Z postacią van Gogha, bodaj najbardziej rozpoznawalnego malarza na świecie, problem polega na tym, że wszyscy kojarzą go dość pobieżnie i hasłowo – wariat, który obciął sobie ucho, malował kolorowe obrazy, popełnił samobójstwo. Ja wiedziałem o artyście troszkę więcej, kiedy dostałem propozycję tej roli, ale i tak kluczową sprawą okazała się lektura jego listów, obejrzałem też filmy, nawet odcinek „Doctora Who” poświęcony malarzowi. Jednak rozmowy z Dorotą i Hugh, ich i moja intuicja podpowiadała nam chęć pokazania Vincenta trochę wbrew szeroko rozpowszechnionej opinii.

Po przestudiowaniu biografii zauważyłem bardzo wrażliwego człowieka, który nie potrafił sobie poukładać relacji ze światem, otoczeniem, rodzicami, za co, w dużej mierze, sam odpowiadał. Jednocześnie był niezwykle inteligentnym człowiekiem, badacze naliczyli się w jego listach 800 książek, które przeczytał i o których żywo dyskutował z przyjaciółmi. Miał przemyślenia na temat życia społecznego, epizod, kiedy pozbył się majątku, rozdając go potrzebującym, choć sam niewiele posiadał, w pewnym okresie jego poglądy okazały się mocno lewicujące. Poza tym był samoukiem, który przed trzydziestką, za namową brata, stwierdził, że zajmie się malarstwem i z samozaparciem do tego dążył, mówił płynnie w trzech obcych dla siebie językach.

Wyłoniło się, w toku poznawania van Gogha, wiele szczegółów, z których nie zdawałem sobie sprawy. Wtedy poczułem, że nie chce pokazywać go stereotypowo, odgrywać szaleństwa. W scenariuszu takich scen też było mało, we wszystkich rozmowach się mocno z reżyserami wyczuwaliśmy – najistotniejsza jest wrażliwość, jego zmaganie się z samotnością. I w pewnym momencie ja, nikomu nieznany aktor teatru w Legnicy, przestałem się obawiać grania geniusza, bo przestałem myśleć o Vincencie, jak o kimś wielkim. To bardzo pomogło.

Film był Pana debiutem ekranowym, od razu na wysokim „c”, z międzynarodową obsadą – Jerome'em Flynnem, znanym z „Ripper Street” i „Gry o tron”, czy Helen McCrory z „Peaky Blinders”. Jak się z nimi pracowało?

Mogłoby się wydawać, że duże nazwiska aktorskie oznaczają ludzi poza zasięgiem, a to po prostu osoby, które wykonują ten piękny zawód, mają pasję w życiu i są po prostu zwyczajni. Między zdjęciami rozmawialiśmy o życiu aktora w Polsce i w Anglii, o tym, co aktualnie robimy w teatrze. Jerome polecił mi jakąś wystawę w Hayward Gallery w Londynie, na którą się zresztą wybrałem. Przyznaję, że tego rodzaju doświadczenie pracy z aktorami na pewno zostaje, choć właśnie na tym, co dzieje się na planie w ogóle się nie skupiałem. Robiłem to celowo i świadomie, bo niełatwo zachować skupienie w rozgardiaszu. Skoncentrować się na tyle, by wejść i zagrać, zwłaszcza jeśli to sceny bardzo emocjonalne.

Robert Gulaczyk/fot. Karol Budrewicz

Niektórzy aktorzy przyznają, że pozostaje w nich cząstka każdej postaci, jaką zagrali. W Panu została cząstka Vincenta?

Każda postać, z którą się emocjonalnie związaliśmy, zostaje w aktorze. Czy gram ją w teatrze, czy w filmie. Po „Twoim Vincencie” dużo myślałem o samotności artysty, która jest identyczna, bez względu na czasy i szerokość geograficzną, w jakiej się mieszka. I o wielkim samozaparciu, które jest konieczne, by coś zdziałać. Ta postać i film dały mi pewność siebie, taką czysto aktorską, coś dla mnie niezbywalnego, czego nigdy nie stracę. Innych nagród nie potrzebuję, ta była najcenniejsza, jaką mogłem otrzymać od takiego projektu.

Ma Pan także inną pamiątkę – obraz z Pana wizerunkiem namalowany na potrzeby filmu.

Produkcja zachowała się bardzo ładnie i każdemu z aktorów grających w filmie sprezentowała jeden z oryginalnych kadrów kończących. Dostałem listę kilkunastu obrazów z moim wizerunkiem, z których mogłem sobie wybrać jeden. Jest teraz u mnie w domu i to wyjątkowa pamiątka, bo podobrazie łącznie z technicznymi zapiskami, które na nim widnieją – numery scen, czas realizacji, imię i nazwisko autorki malarki. Namalowany kadr*.

*obraz pokazujemy na tytułowym zdjęciu