Dorota Kobiela i Hugh Welchman

„Twój Vincent” – z miłości do malarstwa, z miłości do filmu

Wyreżyserowali jeden z najbardziej sensacyjnych pełnometrażowych filmów animowanych w historii, a opowiadając o genialnym Vincencie van Goghu, pokazali możliwe hipotezy dotyczące jego tajemniczej śmierci.

Magdalena Talik: Tytuł filmu „Twój Vincent” to słowa, którymi malarz podpisywał się pod listami do ukochanego brata Theo van Gogha, a ja mam nieodparte wrażenie, że animacja jest listem miłosnym do Vincenta van Gogha.

Dorota Kobiela: W pewien sposób tak jest, choć to uczucie pochłonęło mnie i Hugh Welchmana na innych etapach naszego życia. W moim przypadku bardzo wcześnie, za sprawą szkolnej wychowawczyni – historyka sztuki – która zabierała nas do muzeów w całej Europie i tym sposobem, w wieku 16 lat, odwiedziłam Muzeum van Gogha w Amsterdamie. Pamiętam, że najpierw porwała mnie jego wyobraźnia, a dopiero potem zaczęłam czytać listy.

I po latach wróciłam do nich, bo przed trzydziestką poczułam się zagubiona – byłam związana z malarstwem, potem zajmowałam się pracami przy filmie, ale chciałam się zastanowić nad tym, co naprawdę chcę robić. Tu pomogła lektura van Gogha, który był w tym samym wieku, kiedy dokonał najważniejszego wyboru w życiu. Czytając listy, podkreślałam rzeczy, które wydawały mi się ważne, i doszłam do wniosku, że zamiast kłócić się ze sobą i szukać, połączę obydwie moje życiowe pasje – zamiłowanie do malarstwa i miłość do filmu. 

Dorota Kobiela i Hugh Welchman podczas pracy nad filmem „Twój Vincent” 

Z tej pasji narodził się film, jakiego jeszcze nie było, w zupełnie nowej technice.

Ale to był cały proces, który zaczął się z chwilą, gdy wymyśliłam sobie krótki film o Vincencie van Goghu. Miał być przeze mnie w całości namalowany, klatka po klatce. Dopiero po pewnym czasie spotkaliśmy się z Hugh i wtedy mój pomysł zamienił się w długometrażowy projekt. Zanim do tego jednak doszło, zadawaliśmy sobie pytanie, czy się nam uda.

Udało się w nowej technice PAWS, czyli Painting Animation Work Station. Na czym ona dokładnie polega?

Ta technika, teoretycznie, niczym się nie różni od klasycznej animacji, ale żeby zrobić film na taką skalę, nie mogliśmy zaangażować malarskich animatorów. Z prostego powodu, nie znaleźlibyśmy ich tylu i to jeszcze pracujących idealnie w stylu Vincenta van Gogha. Animatorowi trudno nagle zamienić się w malarza i zrozumieć technikę danego mistrza, więc uznaliśmy, że prościej będzie z malarza zrobić animatora. Przeszkolić go, ułatwić mu pracę i temu posłużyła PAWS. Ale to tylko narzędzie, bo sama technika nie jest nowością. Nowością jest raczej fakt, że wszystko zostało wykonane na tak wielką skalę, bo nikt wcześniej nie namalował w ten sposób pełnometrażowego filmu. W „Twoim Vincencie” znalazło się 65 tysięcy klatek namalowanych przez zaangażowanych do projektu artystów, którzy są zresztą pełnoprawnymi współtwórcami naszego filmu.

A jak wyglądało tworzenie animacji od strony technicznej?

Sekunda filmu to 12 klatek, malarz wykonywał jedną klatkę od dwóch godzin do półtora dnia. Każde ujęcie (ok. 1000) jest na jednym podobraziu. Maluje się zatem jedną klatkę, następnie robi jej zdjęcie, potem odrobinę przesuwa obraz, w zależności od tego, co dzieje się w ujęciu. W filmie zostaje ostatnia klatka z danego ujęcia.

Ile oryginalnych obrazów Vincenta van Gogha namalowanych zostało raz jeszcze na potrzeby filmu?

Wykorzystaliśmy ok. 90 obrazów, a oprócz tego z wielu zaczerpnięte były fragmenty, które uzupełniały kadry.

Jak dzisiejszy malarz radzi sobie z kopiowaniem wielkiego Vincenta?

Myślę, że taki film trudno byłoby zrobić gdzieś indziej na świecie. W tej części Europy mamy bardzo klasyczną edukację malarską, czyli dużo studyjnej pracy, która daje potem odpowiednie umiejętności warsztatowe. One były siłą zaangażowanych przez nas ludzi. Nie chcieliśmy, aby kopiowali Vincenta w skali 1:1, bo tego nie da się zrobić, zwłaszcza gdy obrazy musiały powstać w bardzo szybkim tempie. Przy takiej pracy ważna była natomiast wiedza i zrozumienie, kiedy i w jakiej kolejności położyć kolor, aby potem nie martwić się o technikę czy kopiowanie.

Ilu malarzy pracowało przy filmie?

Aplikacji mieliśmy w sumie około 5 tysięcy, przejrzeliśmy każdą, a wybraliśmy m.in. 60 artystów z Polski, 17 z Grecji, 15 z Ukrainy, 9 z USA. Ogólnie zaangażowaliśmy malarzy z 19 krajów – międzynarodowa ekipa, ale z mocnym polskim akcentem.

Pani też namalowała jakiś obraz w „Twoim Vincencie”?

Jedno czarno-białe ujęcie retrospektywne z chłopcami, którzy rzucają w malarza kamieniami. Filmował je własnoręcznie wspaniały operator Łukasz Żal.

Czarno-białe ujęcia sygnalizują w waszym filmie wszystko, co wydarzyło się za życia malarza, czyli przeszłość, i nie zostały namalowane w stylu Vincenta. To celowy zabieg?

Specjalnie chcieliśmy stworzyć coś całkiem odmiennego od stylu van Gogha, aby odróżnić przeszłość od teraźniejszości i nie zdezorientować widza. Zależało nam na tym, by opowiedzieć historie z życia Vincenta, których on nigdy nie malował, jak choćby wspomnienia z dzieciństwa czy okoliczności śmierci. Postawiliśmy na kino noir, rodem ze starych fotografii. Kontrast potrzebny był też z innego powodu. Ujęcia malarstwa van Gogha są bardzo intensywne w barwie dla naszego oka, a czarno-białe je wyciszają, dają wytchnienie.

O okolicznościach tajemniczej śmierci Vincenta van Gogha 29 lipca 1890 roku w miejscowości Auvers-sur-Oise powstało wiele sprzecznych wersji. Wy pokazujecie kilka możliwych.

Konfrontujemy widza z różnymi teoriami, bo fascynowała nas ich różnorodność. Czytaliśmy listy i materiały biograficzne, w tym np. znakomitą biografię Stevena Naifeha i Gregory’ego White’a Smitha „Vincent van Gogh. Życie” (polskie wydanie właśnie ukazało się nakładem Świata Książki), której autorzy rozważają inną wersję – że malarz mógł zostać zamordowany, a nie popełnił samobójstwo, jak zwykło się uważać. To nas porwało, bo jest ciekawe filmowo, ale tak naprawdę przede wszystkim zależało nam, aby opowiedzieć o samym Vincencie, o tym, jaki był.

To też chyba film o geniuszu, który wymyka się definicjom, o outsiderze, o człowieku, który jest inny niż wszyscy.

Dla mnie zdecydowanie „Twój Vincent” jest pochwałą złożoną artyście, który walczył o to, kim chce być. A walczył z samym sobą. W wieku 28 lat wypróbował już kilka karier, nie skończyło się to sukcesem. Odwagą było jednak zaczynanie od zera, by potem móc wyrażać coś, co dotyka ludzkich serc.

Role w „Twoim Vincencie” zostały naprawdę wspaniale obsadzone, a bohaterowie z obrazów odżywają. Jak szukaliście aktorów? Decydowało podobieństwo?

Hugh Welchman: To była wypadkowa dwóch rzeczy. Szukaliśmy ludzi, którzy będą przypominali postaci z obrazów, mając na względzie fakt, na jakich aktorów będzie nas stać. Zrobiliśmy listę podziwianych aktorów, dzwoniliśmy do ich agentów, sprawdzając, czy będą dostępni w odpowiednim terminie, i się udało. A czas naglił, bo musieliśmy nakręcić 60 minut filmu w Londynie w dwa tygodnie, niektórzy aktorzy zaś w tydzień, a nawet w dwa dni. Chcieliśmy pracować dwa miesiące, ale przy budżecie rzędu 5,5 miliona dolarów nie udałoby się. Nawiasem mówiąc, często tyle kosztuje czołówka w wielkim amerykańskim filmie (śmiech).

Mnie zachwycił Jerome Flynn jako doktor Gachet. Widownia dosłownie zamarła, bo wyglądał, jakby zszedł z płótna van Gogha.

Hugh Welchman: Kiedy dyrektor castingu zaproponował jego kandydaturę, powiedzieliśmy wszyscy: „Wow, to będzie coś szczególnego”. Miał melancholijny wygląd, dokładnie jak na portrecie. I muszę przyznać, że teraz to jedna z moich ulubionych postaci, choć, jak wiadomo, oceny jego działania były bardzo różne – od pozytywnych do bardzo negatywnych i szkalujących go jako szarlatana i oszusta. Trafnie obsadziliśmy też Roberta Gulaczyka w roli Vincenta van Gogha. Jest aktorem metody i naprawdę wszedł w rolę, wiedział o malarzu dosłownie wszystko!

Robert Gulaczyk zagrał Vincenta van Gogha/fot. BTW Photographers

Jak wyglądała współpraca polsko-brytyjska?

Hugh Welchman: W Wielkiej Brytanii przemysł filmowy jest bardzo dojrzały, zwłaszcza gdy chodzi o usługi dla filmowców, i mogliśmy z tego korzystać także my z naszym małym filmem. Wrocław był istotny z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na współproducentów – Miasto Wrocław, Centrum Technologii Audiowizualnych i Dolnośląski Fundusz Filmowy (Odra-Film). Robiliśmy testy w CeTA plus kręciliśmy tu krótką część filmu. Pracowali tu także malarze (pozostali tworzyli w Gdańsku i Atenach). 

Przed premierą denerwowaliście się, jak widzowie odbiorą taki film?

Hugh Welchman: Byliśmy niezwykle podekscytowani, bo wspólnie z Dorotą, jako zespół mąż-żona, poświęciliśmy wszystko dla tego projektu w ostatnich pięciu latach. Przez ostatnie sześć miesięcy pracowaliśmy po 14 godzin dziennie, także w weekendy, nawet w Święta Bożego Narodzenia, kiedy w studiu byliśmy tylko my. Ale chcieliśmy zrobić wszystko, co możliwe, i nie żałować, że czegoś nie dopilnowaliśmy, kiedy film trafi już na duży ekran. Nagrodą była owacja na stojąco na Festiwalu w Annecy. Dziesięciominutowa, nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem przy żadnym filmie. Uroniłem nawet łzę. I poczułem ulgę, że ludzie tak fantastycznie zareagowali.