Olga Tokarczuk

Relacja ze spotkania z pisarką w Mediatece

– Jestem ekscentryczką i uwielbiam ekscentryków. Uważam, że każdy człowiek, który chce się rozwijać, jest refleksyjny, musi nieustannie od rana do wieczora kontestować to, co mu się proponuje – mówiła Olga Tokarczuk podczas spotkania w Mediatece kończącego 8. edycję Miesiąca Spotkań Autorskich. Posłuchać laureatki Nagrody Bookera przyszły tłumy czytelników. Pisarka opowiadała m.in. o nowym tomie „Opowiadaniach bizarnych”, który ukazał się właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego.

O opowiadaniu

Z punktu widzenia czytelnika powieść służy wprowadzeniu w trans, a opowiadanie oświeceniu rozumianemu, oczywiście, nie jako epoka literacka, tylko jako pozyskanie wiedzy, wgląd. Wgląd jest naturalną syntezą czegoś, która zachodzi w ciągu mgnienia sekundy i nic nie jest już takie, jakie było przedtem. W ten sposób rozumiem opowiadanie, a nie jako fragment całości.

Pisząc opowiadanie, trzeba się nastawić na bardzo mocne wewnętrzne skupienie. Opowiadanie musi przyjść gotowe, musi się domagać urodzenia, zniesienia. To forma wymagająca reżimu, klasyczne podejście do opowieści, jak w scenariuszu filmowym – zaproszenie czytelnika, otwarcie, punkt kulminacyjny i puenta.

Bez puenty nie ma dla mnie opowiadania. „Opowiadania bizarne” powstawały w ciągu ostatnich kilku lat, niektóre towarzyszyły pisaniu „Ksiąg Jakubowych”, np. „Zielone dzieci”, a niektóre były zupełnie świeże.  

Czytelnicy w Mediatece podczas spotkania

O tomie „Opowiadania bizarne”

Zastosowałam porządek chronologiczny, bo zaczynamy od XVII wieku, z wyjątkiem intro – opowiadania „Pasażer”, które jest nawiasem albo wprowadzeniem do tomu, a potem utwory są już ułożone chronologicznie, ale zależało mi, aby wszystko zakończył mocny akcent, stąd wziął się „Kalendarz ludzkich świąt”, opowiadanie uniwersalne.

O słowie „bizarne”

Jako dziewczynka zaczytywałam się we wszystkich książkach, w których pojawiało się słowo „niesamowite”. Dzisiaj ta niesamowitość jest passe, vintage, w kinie pokazuje się ją innymi środkami i potrzeba nam innego słowa, by określić w rzeczywistości coś, co wykracza nieco poza zdrowy rozsądek.

Nie jestem zadowolona ze słowa „bizarne”, bo „bizarność” można raczej stosować do marginalnych doświadczeń. Kiedyś rozmawiałam z profesorem Jerzym Bralczykiem i próbowałam od niego wyciągnąć, co myśli o słowie „bizarny”, ale niespokojnie, nieuważnie odpowiedział „fajne słowo”. Chwyciłam się tego, użyłam słowa w tomie opowiadań, ale mam połowiczną satysfakcję.

Gdybym miała napisać opowiadania za rok, obiecuję, że poszukam bardziej subtelnego słowa, bo musimy nazywać coś, co jest nienazywalne – to też zadanie literatury.

O inspiracji utworami księdza Benedykta Chmielowskiego

Pomysł opowiadania „Zielone dzieci” powstał w trakcie pisania „Ksiąg Jakubowych”, podczas lektury księdza Chmielowskiego. Pisał, że było polowanie, znaleziono zielone dzieci, był też żartobliwy wątek o dreadach. Trzy zdania postawiły mnie na baczność, zaczęło mnie to bawić i napisałam opowiadanie.

Ale w moim pisaniu jest w ogóle mnóstwo pomysłów wziętych z pism księdza Chmielowskiego. Z nich pochodzi słowo „prawiek”, które wyciągnęłam 25 lat temu i użyłam jako nazwy geograficznej w jednej ze swoich pierwszych książek, co tylko pokazuje, jak ksiądz Chmielowski mnie wspierał w pisaniu przez te lata.

O posiadaniu dreadów

(Czy dready są wyrazem głębokiego przywiązania do polskiej kultury – prowadzący spotkanie w Mediatece Irek Grin zapytał Olgę Tokarczuk)

W opowiadaniu „Zielone dzieci” dokonałam ekwilibrystyki, aby stworzyć asocjację między kołtunem polskim a dreadami. To, co mam na głowie, jest kołtunem. Kiedyś przyjmowało, że to wynik zaniedbania higienicznego, ale pomijano magiczną część kołtuna. W źródłach okazało się, że ludzie w Europie przedchrześcijańskiej tak sobie układali włosy i dziwne, że to zostało zapomniane, zniszczone, a fryzurze przydano mnóstwo pejoratywnych określeń, że to coś pogańskiego i obrzydliwego. Potem kołtun wywędrował z Europy do Afryki, na Jamajkę i wrócił do nas w wersji rasta.

Historia słowiańskiego, polskiego kołtuna została zapomniana, a np. we współczesnych Indiach ludzie medytujący utrzymują dready. Będąc tam, budziłam absolutny respekt. Kiedy w hotelach trzeba było znaleźć tańszy pokój, wchodziłam, potrząsałam dreadami i widziałam, że liczono się ze mną.

Irek Grin poprowadził spotkanie z Olgą Tokarczuk podczas Miesiąca Spotkań Autorskich

O byciu ekscentryczką

Jestem ekscentryczką i uwielbiam ekscentryków. Uważam, że każdy człowiek, który chce się rozwijać, jest refleksyjny, musi nieustannie od rana do wieczora kontestować to, co mu się proponuje i podaje na talerzu.

Uprawiam kult ekscentryzmu, bo uważam, że jako Polacy mamy tendencję do podporządkowania się uśrednionym, wypośrodkowanym wizjom, jak żyć, co robić. Jako zbiorowości przydałaby nam się szczypta ekscentryzmu. Uwielbiam to u Anglików, u nich ekscentryzm jest czymś żywym.

O specyficzności literatury środkowoeuropejskiej

Od jakiegoś czasu próbuję napisać tekst eseistyczny o specyficzności literatury środkowoeuropejskiej, bo to literatura wyjątkowa, zawieszona nie na opowieści, tylko na wglądzie. Sukces „Biegunów” na Zachodzie pokazuje, że dla ludzi czytających powieści literatury, oparte na narracji, mój fragmentaryczny, rwany sposób opowiadania świata jest absolutnym odkryciem.

Dlaczego my tak inaczej piszemy? Dlatego, że historia tej części świata, regionu nie jest linearna, poprzesuwane są w niej granice, nie można niczemu zaufać. Tu nie ma filiżanek herbaty i kawy, którą się pije każdego popołudnia, jak u Jane Austen. U nas historia jest rwana, zmieniana, poddana mechanizmom maszyn narracyjnych, napompowana kłamstwami. Jesteśmy kulturą, w której trzeba opowiedzieć coś szybko, bo książki się spalą, bo ktoś nam ich zakaże, zabierze. Opowiadamy emocjonalnie, poematem, dramatem, a nie w linearny sposób.

Nie mamy też klasy średniej, która kupuje książki, i nie wychowujemy powieściopisarzy. A społeczeństwo, które chce mieć epickie powieści, musi być bogatym społeczeństwem, które będzie kupowało nasze książki. W przeciwnym razie pójdziemy pracować do gazet, na uniwersytety i przestaniemy pisać. Pisanie sagi wymaga, by autor miał z czego w tym czasie żyć.

zanotowała Magdalena Talik