Życzcie nam po drodze dobrych ludzi!

Look around the Globe

Marta, kibicka żużlowej Sparty, żelaznego rumaka sprawiła sobie kilka lat temu na urodziny. Łukasz na różnych motocyklach pomyka od czasów, gdy nosił jeszcze krótkie spodenki. Stanęli sobie na drodze właśnie dzięki motocyklowej pasji. Ona chciała doskonalić umiejętności kierowcy jednośladu, on miał jej w tym pomóc. Dziś na liczniku „beemki”, którą zjechali pół świata, mają grube tysiące kilometrów. Kolejne zaczną wyrabiać za chwilę. Zajmie im to dwa lata.

Małgorzata Wieliczko | 06 grudnia 2019

Ona pochodzi z Poznania, ale Wrocław poznała, jak mówi – „od służbowej strony”, bo często przyjeżdżała tu na delegacje. On jest związany z naszym miastem od piętnastu lat. Tutaj ukończył studia, a potem zamieszkał. Gdy ich drogi kilka lat temu się zeszły, osiedli się wspólnie w podwrocławskiej miejscowości.

Chłopak i warkot silnika

– Całe moje dzieciństwo to motocykle – zapewnia Łukasz Górniak i pokazuje zdjęcie, na którym chłopczyk w krótkich spodenkach stoi przy prawie dwa razy większym od siebie jednośladzie. – Miłością do nich zaraził mnie mój brat. Najpierw sadzał mnie na kierownicy przed sobą, ale gdy skończyłem osiem lat, stwierdził, że jeśli dosięgnę z siodełka nogami do ziemi, to mam sobie już sam radzić – śmieje się Łukasz.

Rodziców miał tolerancyjnych. Nie drżeli nad nim, nie zabraniali mu jazdy, wiedząc, że motocykl to tak naprawdę dla ich syna swoiste okno na świat.

– Miałem do szkoły trzy kilometry, więc gdy już zdobyłem uprawnienia, mogłem i oszczędzać nogi, i odstawić rower, a tę odległość pokonywać na motocyklu.

Potem całe gimnazjum i liceum przejechał na simsonie, który stał się po prostu mechanicznym towarzyszem jego życia. Już jako dorosły przesiadał się na coraz to inne modele – ale zawsze były to pojazdy sportowe.

Z marzeniami o dalekich podróżach, na motocyklu, rzecz jasna, Łukasz też się nie rozstawał. – Był tylko jeden problem – jak motocykl sportowy w taką podróż spakować, czyli zapiąć do niego kufry. 

Fanka speedwaya łapie motocyklowego bakcyla

Marta może nie tak wcześnie, jak Łukasz, zapałała uczuciem do motocyli, ale było ono równie głębokie. Od lat za to była zapaloną kibicką żużla. Najpierw kciuki trzymała za Stal Gorzów, dziś za występy wrocławskiej Sparty.

– To był 2011 rok. Mijała mnie na ulicy grupa motocyklistów i nagle zamarzyłam o tym, żeby też tak jeździć – opowiada Marta Zajchowska. W zasadzie nie ociągała się długo z realizacją tej „zachcianki”. Zrobiła prawo jazdy i na któreś z kolejnych urodzin sprezentowała sobie jednoślada.

– Moja mama nie była specjalnie tym zachwycona, gdy po raz pierwszy pokonałam 80 km, żeby się z nią zobaczyć w rodzinnym domu. Ale w końcu pogodziła się z tym, znając mój temperament i fakt, że trudno mi usiedzieć na miejscu – śmieje się Marta.

Zauroczenia, nie tylko geograficzne

– Mój pierwszy długi wyjazd na motocyklu? Gruzja i Armenia – odpowiada Łukasz. – Dlaczego tam? Gdzieś na zdjęciu zobaczyłem Kazbek [jeden z najwyższych szczytów Kaukazu na granicy Gruzji z Rosją – red.] i to miejsce mnie zauroczyło, a pierwsza myśl, jaka mi przyszła wówczas do głowy, to żeby tam dojechać. Szybko obliczyłem, że w pracy mogę wziąć dwa tygodnie wolnego. I pojechałem. Wtedy już na motocyklu turystycznym, na który przesiadłem się po feralnym wypadku samochodowym.

W tym samym niemal czasie Marta, już na kolejnym kupionym przez siebie motocyklu, miała wywrotkę. Zmartwiona, że coś jej jednak ta jazda nie wychodzi, wylała swój żal koleżance, która stwierdziła, że przydałoby się Marcie dodatkowe szkolenie, a ona ma kolegę we Wrocławiu, który mógłby się tego podjąć. Tym kolegą był oczywiście Łukasz.

Szkolenie musiało jednak poczekać, gdy Łukasz wróci z Gruzji.

– Śledziłam go oczywiście na tej wyprawie przez interenet – wyznaje Marta.

– Bo ja wrzucałem wszystkie zdjęcia, jak leci, na Facebooka, na prywatny profil, a Marta zaczepiła mnie, że chce być tam moją znajomą – dodaje Łukasz.

Zaczepienie stało się na tyle skuteczne, że każdy niemal wieczór nowi znajomi spędzali na wirtualnych, motocyklowych pogaduchach, a także wymianie uwag na temat wspólnych zainteresowań. Oczywiście takich, które dostarczają sporo adrenaliny.

Czymś, o czym mogli rozprawiać w zasadzie bez przerwy, były również podróże. 

– Bardzo dużo wyjeżdżałam – mówi Marta. – Co prawda nie zawsze na motocyklu, ale w zasadzie każdy wolny poznański weekend spędzałam albo gdzieś w Polsce, albo na zagranicznych wycieczkach – dodaje.

Jazda na Bornholm

Pierwszą wspólną wyprawę – na duńską wyspę Bornholm – odbyli na jednym motocyklu w sierpniu 2015 r.

– Mój szosowy motocykl nie nadawał się do takiego podróżowania. Nie miałam ani kufrów, ani innego dodatkowego sprzętu, więc stanęło na tym, że będę pasażerką Łukasza – wyjaśnia Marta i zaznacza, że to był pewien „akt odwagi” z jej strony, bo tak naprawdę „nie znała człowieka”, a tu od razu ten Bornholm… Mimo że tylko na weekend.

– To była jednak bardzo udana wyprawa. I właśnie wówczas zdecydowaliśmy się na kolejne, choć logistycznie wcale niełatwo było się zgrać. Ja w Poznaniu, Łukasz we Wrocławiu – dodaje.

Odległość jednak, jak się okazało, nie przeszkodziła obojgu, by praktycznie każdy weekend, zwłaszcza przedłużony, spędzać na jakiejś trasie – bliższej w Polsce i dalszej – w Europie. Był więc Czarnobyl na Ukrainie, była Słowenia, Chorwacja, Włochy…

– Wtedy i dziś mamy taką zasadę, żeby wszędzie dojeżdżać na kołach – podkreśla Marta. – Ale sznujemy to, że inni korzystają – choćby po to, by zaoszczędzić na czasie – z jakiegoś dodatkowego transportu. Każdy podróżuje, jak woli i lubi, bo na tym polega wolność, a my czujemy się wolni na motocyklu – wtóruje partnerce Łukasz.

Tylko oni i konie... mechaniczne

Z czasem ciągnęło ich coraz dalej. Wzajemne „kombinacje urlopowe”, tak by mieć wolne w jednym i w jak najdłuższym terminie, pozwoliły im zaplanować wyjazd w góry Pamir, pod chińską granicę. W ciągu 23 dni zrobili 14,5 tys. kilometrów, przemierzając siedem krajów.

Kwestie logistyczne – wizy, pozwolenia i wszelkie inne dokumenty to była i pozostaje działka Marty. Dziś ma w tym wielką wprawę i potrafi dokonać czasem cudów za przysłowiowe pięć dwunasta.

A ich pojazd – „od zawsze” z typowo wrocławskim oznaczeniem DWR na rejestracji – poczciwa „beemka”, na której zjechali już kawał świata – jak się sprawdza w upale, niskich temperaturach, na różnej jakości drogach?

– Jest perfekcyjnie przystosowany do dalekich motocyklowych podróży – mówi Marta, a Łukasz dodaje, że ich BMW F800GS jest solidnie zmodyfikowany, łącznie ze zmianą zawieszenia, które udźwignie cięższe kufry.

Koniec życia na etacie – początek przygody życia

To Łukasz pierwszy zasiał tę myśl o rzuceniu zawodowych obowiązków, które takim marzycielom-podróżnikom, jak oni, tylko wiążą życie i nie pozwalają poczuć pełni wolności na motocyklowej trasie: 

– To było wtedy, gdy podczas azjatyckiego wyjazdu byliśmy o włos od Mongolii, którą bardzo chciałem zobaczyć, ale trzeba było wracać, bo urlop się kończył – mówi. 

Uruchomili oszczędności, przeanalizowali wszystkie ekonomiczne warianty – np. niespanie w hotelach, a na dziko, niejedzenie w restauracjach, a raczej w przydrożnych barach. No i zdecydowali, że wszędzie dojadą na jednym motocylu, bo to jest ewidentnie tańsze.

Z czasem, gdy stali się „sławni”, pojawili się darczyńcy, których nazwy widnieją dziś na pojeździe, kombinezonach i kaskach Marty i Łukasza.

Co ważne, z dala od środowisk wprawionych motocyklistów czy podróżników, których nie znali, na zasadzie prób i błędów, zaliczając czasem grubsze wpadki – wszystkiego uczyli się sami. Pierwszą największą lekcję i jednocześnie najwięcej zahartowania się w podróżniczej pasji dała im jednak, licząca 60 tys. km, wyprawa do dwóch Ameryk.

Od Argentyny do Alaski 

Zaczęli od Ameryki Płd., bo Łukasz znalazł firmę transportową, która mogła przerzucić motocykl do Chile. 

– W grudniu 2016 roku wylądowaliśmy w Valparaiso i stamtąd zaczęła się nasza podróż – wspomina Łukasz – ...i te nasze gafy podróżnicze – dodaje, śmiejąc się Marta.

Przeznaczyli na na zjechanie obu Ameryk pół roku. Na tyle wyliczyli też swoje oszczędności. Ale Chile i Argentyna mocno zweryfikowały ich planowanie i „przejadły” gros zasobów finasowych sympatycznej pary. 

Obawiali się nawet, że ich wypad zakończy się na Kolumbii i trzeba będzie zrobić odwrót do Polski. 

Paradoksalnie, najmniej kosztowało ich paliwo, ale fundusze na nie musieli mieć zabezpieczone. – Galon w Ekwadorze, czyli niecałe cztery litry, to nieco więcej niż dolar – przyznaje Łukasz i dodaje, że najdroższe, czego nie daje się obejść, są podróże międzykontynentalne i transport motocykla.  

– Potrzeba matką wynalazków i koniec języka za przewodnika – wtrąca Marta i opowiada, jak poznawani na trasie ludzie i ich dobre rady, np. co do kierunku, który warto obrać, by mniej się wyeksploatować, a także różne aplikacje na social mediach pozwoliły im zyskać więcej „sprytu” i pewności. 

Wtedy też, i również z oszczędności, by nie wysyłać zdjęć i informacji z podróży rodzinie i wszystkim znajomym z osobna, co niewątpliwie „zjada” internet w ogromnym tempie, narodził się pomysł na Look around the Globe, gdzie zdawali relację z amerykańskiej trasy.

Koniec końców, kontynenty zachodniej półkuli zabrały im osiem miesięcy życia. Ameryka Południowa – trzy, Środkowa i Północna resztę. 

– Dojechaliśmy do Dead Horse na Alasce, a tam do najbardziej wysuniętego na północy miejsca Prudhoe Bay, dostępnego drogą lądową latem, 400 km w głąb koła podbiegunowego – mówi Łukasz. 

– I trafiliśmy tam bynajmniej nie po takiej trasie, jaką wyznaczyliśmy sobie na mapie w Polsce. Tak naprawdę spotykani po drodze ludzie, dobrzy i przyjaźni, nam ją wskazywali, radząc np. gdzie skręcić, a gdzie lepiej nie wjeżdżać, czy co jeszcze warto zobaczyć. Takie podróżowanie ma właśnie sens – zaznacza Marta.  

Zwłaszcza gdy dziś z sentymentem można powspominać bliskie spotkanie z mamą grizzly i jej maluchami czy stoczony na Alasce bój z krwiożerczymi komarami... 

Afryka na azymucie. Pierwsze podejście

W czasie powrotu z Ameryki, w Szkocji, mieli wypadek, zwłaszcza Łukasz dość paskudnie na nim ucierpiał. Podczas wycieczki po okolicy, na żwirkowej drodze, ich „beemka” wypadła z trasy. Przewrócili się, Martę wyrzuciło z siodełka na kilka metrów. Zwyczajny moment nieuwagi.

– Dwie kości prawego śródręcza Łukasz miał popękane, ja pękniętą kość ręki – opowiada Marta.

Oprócz komplikacji w całym powrocie, ten fakt miał duże znaczenie dla ich kolejnej podróży, którą planowali – po Afryce. Powrót do zdrowia Łukasza trwał bowiem trzy miesiące.

– Wyjechaliśmy tam w końcu w listopadzie 2017 roku. Z Wrocławia do Barcelony, gdzie ukradziono nam potrzebną torbę. Paradoksalnie, przygotowywaliśmy się na jakieś afrykańskie niebezpieczeństwa, a zło spotkało nas w Europie... – opowiada Marta.

Pojawiły się wątpliwości, czy podróż kontynuować, ale „wielki kop” – jak mówi Łukasz – który dali im wtedy, znajomi i przyjaciele, wierząc w powodzenie wyprawy, nie pozwolił na zawrócenie z drogi.

W dwa dni zorganizowali się na nowo. Przy wsparciu na miejscu – już serdecznych i otwartych osób. Ale dosłownie za rogiem czekała na nich kolejna niemiła niespodzianka.

– Na rondzie najechał na nas hiszpański kierowca tak, że skasowal nam motocykl – mówi Łukasz. Nie byli w stanie jechać dalej. Załamani wrócili do Polski. Na pół roku musieli odłożyć realizację swojego „afrykańskiego snu”. 

Stres, niefajne przeżycia wywołały też pewien rozdźwięk między Martą i Łukaszem. Po raz pierwszy po czterech latach zdecydowali się na przerwę. Jak to w życiu...

Drugie podejście. Afryka zaliczona

1 maja 2018 r. Łukasz, na razie sam, wyjechał do Maroka. Po 59 dniach, pokonując zachodnią Afrykę, zajeżdżał już do Kapsztadu. 

Ze szczególnym sentymentem wspomina spotkanych po drodze Polaków, w miejscach gdzie robił sobie przystanki w podróży, np. u misjonarza Darka, nauczycieli w benińskiej szkole i innych, którzy często pomagają lokalnym społecznościom.

Wschód Afryki, który najbardziej przyciągał zawsze Martę, sympatyczni motocykliści pokonali już wspólnie – po tym jak ona doleciała do RPA i tam dołączyła do Łukasza. 

– Lewa strona Afryki, ta Łukaszowa, to były dwa miesiące, a ta moja – prawa, to było już osiem miesięcy. Widać po tej różnicy, że do podróży dołączyła baba, która musiała wszystko zobaczyć, popróbować, poznać – zaśmiewa się Marta. 

27 września 2019 r. – do widzenia za dwa lata!

Marta i Łukasz nie zasypiali długo gruszek w popiele. Ledwo wypakowali kufry, „zmęczone” na afrykańskich drogach, w marcu br., zaczęli szykować się w kolejną trasę. Start w piątek, 27 września 2019 r. z Wrocławia.  

– Trochę pracy to jednak wymagało. Trzeba było przemodelować motocykl na nową trasę, sprawdzić, czy wszystko chodzi, jak należy – mówi Marta. – W końcu ma nas nie być prawie dwa lata – dodaje.

Na miejscu mogli zaplanować podróż do kilku państw, które napotkają po drodze, np. wizę wjazdową do Iranu. Im dalej, trzeba reagować na bieżąco i wszystkie niezbędne formalności załatwiać już na miejscu, w ambasadach i konsulatach. Pamiętajmy, że przed nimi 100 tys. kilometrów i kilka kontynentów. 

Jak wyglądać będzie ta trasa, daje wyobrażenie kontur, zaznaczony na poniższym zdjęciu.

– Wiemy, mniej więcej, jakie drogi wybierzemy, ale wszystko okaże się jednak w praktyce – podkreśla Łukasz. – Z perspektywy mapy wielu rzeczy przewidzieć się nie da. 

– Megaprzedsięwzięcie logistyczne to przetransportowanie motocykla do Australii, a może i do Nowej Zelandii, bo i ona nam się marzy – zauważa Marta. – To największy koszt i zabiera to najwięcej czasu. 

Nie wiedzą też, czy ich wydatki na miejscu, wyniosą tysiąc dolarów na miesiąc czy więcej, a może mniej. Wiele zależy też od „sprytu”, którego nauczyli się między innymi w obu Amerykach.

Warto też pamiętać, że podróż Maty i Łukasza to nie tylko same przyjemności – uśmiechy z trasy, zdjęcia jak z National Geographic, wolność i swoboda. Są także bowiem momenty trudne, niefajne, czasem ciut groźne. Oprócz tego to praca – zbieranie dużych materiałów zdjęciowych, kręcenie filmów, prowadzenie bloga –  zwłaszcza teraz, gdy oboje mają już zobowiązania wobec wspierających ich podmiotów, o co postarali się zresztą zupełnie sami. 

Wsparcie dostali także od Wrocławia, ceniącego kreatywność, przebojowość i dążenie do celu, a także promującego otwartość wobec świata i ludzi. Wrocławskie barwy będą im towarzyszyły na całej trasie i wraz z charakterystycznymi „blachami”, na których widnieje DWR, staną się, miejmy nadzieję, dobrze rozpoznawalne na krańcach świata.

 

– Czego Wam życzyć na tę arcyciekawą wyprawę – pytamy? 

– Życzcie nam po drodze dobrych ludzi! – odpowiadają. 

Małgorzata Wieliczko
Zdjęcia i wideo: Look around the Globe

 

Galeria

Kliknij na zdjęcie aby powiększyć