Jagoda Szelc

Filmy nie są czasami
do rozumienia

– O moim debiucie „Wieża. Jasny dzień” mówi się, jaki jest inny, choć np. w porównaniu z kinem azjatyckim nie wydaje się żadną awangardą – mówi Jagoda Szelc. Wrocławska reżyserka zdradza nam, że myśli o nakręceniu remake'u „Chłopów” . W piątek 3 sierpnia po seansie nowego obrazu „Monument” Jagoda Szelc spotka się z widzami podczas Festiwalu Nowe Horyzonty.

Magdalena Talik: Nie można Pani złapać, nawet telefonicznie…

Jagoda Szelc: Zamknęłam właśnie pracę nad drugim filmem pt. „Monument”. Niskobudżetowy obraz z dwudziestką młodych aktorów ze Szkoły Filmowej – od czterech lat rektor łódzkiej filmówki Mariusz Grzegorzek wprowadził formułę, by nasi aktorzy, oprócz spektakli teatralnych, mieli szansę ukończyć szkołę filmem. Zaczęliśmy nad nim pracę zaraz po Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni i zmieściliśmy się w sześciu miesiącach, dlatego, dzięki Marcinowi Pieńkowskiemu (dyr. artystyczny Nowych Horyzontów-przyp. red.) pokażemy „Monument” na Festiwalu Nowe Horyzonty. Jeszcze nie wiemy, jaka będzie jego przyszłość festiwalowa, ale cieszy mnie, że pierwsi obejrzą go widzowie we Wrocławiu, bo bardzo lubię Nowe Horyzonty. 

Czy jest szansa, że „Monument” obejrzymy też w kinach, w regularnej dystrybucji?

Czas pokaże. To mocniejszy film niż „Wieża. Jasny dzień”. Zrobiłam przy nim wiele warsztatowych rzeczy, których zawsze się obawiałam, wydaje mi się, że się udało. I to w nanobudżecie, za 200 tysięcy złotych. Pracowałam z młodym zespołem, aktorzy mają po 23, 24 lata, ale są już imponującymi artystami, absolutnymi zawodowcami. Paradoksalnie, łódzka filmówka, którą kocham i która była dla mnie deską ratunku, dla nich wiązała się z totalnym kryzysem. „Monument” jest zresztą filmem o ceremonii zamknięcia tego etapu, kiedy wszyscy mówią do ciebie per „student”. 

Monument

Monument

Horror / Inne
Termin od 2 sierpnia 2018 do 3 sierpnia 2018

Miejsce Kino Nowe Horyzonty

Zobacz

Dlaczego Filmówka była dla Pani rodzajem wybawienia? Wcześniej ukończyła Pani grafikę na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Nie była Pani zadowolona?

Nie czułam się grafikiem, a zdałam na grafikę, bo tam najtrudniej się było dostać. Potem jednak najbardziej związana byłam z moimi profesorami z malarstwa, Nicolem Naskovem i pracownią 205 na ASP. Swoim pedagogom nigdy nie zapomnę tego, czego mnie nauczyli. Nicol Naskov, Jan Jaromir Aleksiun, czy nieżyjący Eugeniusz Get-Stankiewicz pootwierali mi drzwi na świat, podobnie jak potem profesorowie w Szkole Filmowej w Łodzi. Powiedziałabym, że ASP nauczyła mnie myśleć, a filmówka – mówić.

Wielu twórców odcina się od korzeni, od szkoły. Pani z dumą mówi o mentorach.

Bycie nauczycielem to bardzo odpowiedzialny zawód, dlatego mam do niego wielki szacunek i w proces edukacji wierzę bardziej niż w cokolwiek innego. Chciałabym, jak Nicol Naskov, umieć nie oceniać, ale rozmawiać, bo on zawsze uważał, że nie miał prawa powiedzieć, czy coś jest w sztuce dobre czy złe.

W łódzkiej Filmówce takim mentorem był dla Pani pewnie Mariusz Grzegorzek…

…który ma jedną wielką zaletę – żąda odwagi i kompletnie nie przejmuje się tym, czy filmy się nam udadzą, czy nie. Interesuje go, żebyśmy mówili swoim autorskim głosem, a to wyjątkowe, bo w szkole wszyscy są strasznie napięci żeby filmami wygrywać festiwale. Tymczasem Grzegorzek nas namawiał na wycofanie się z pewnej formy kabotyństwa, chciał żebyśmy lecieli w dół – głową na mokrą szmatę – jak mówił. Żeby nie było asekuracji. Nauczył mnie odwagi, bo on sam, jako artysta, jest bezkompromisowy, co w obecnym świecie sztuki filmowej wydaje się rzadkie. A brakuje nam bardzo artystów bezkompromisowych.

Jagoda Szelc/fot. z archiwum reżyserki 

Rzeczywiście brakuje, wzbogaciliby polskie kino. Ale i tak jest lepiej, bo kilka lat temu na hasło „polski film” niektórzy widzowie reagowali alergicznie. To się chyba zmienia.

Też, ale bardziej zmienia się widz, nie kino. Jest bardzo dużo ludzi, którzy dobrze piszą, reżyserują, ale bardzo niewielu, którzy równie dobrze czytają scenariusze i je finansują. Inny problem polskiego kina to widz wychowany na małym realizmie, który uważa, że filmy są do rozumienia. O moim debiucie „Wieża. Jasny dzień” mówi się, jaki jest inny, choć np. w porównaniu z kinem azjatyckim nie wydaje się żadną awangardą. Ale trudno przekonać o tym polskiego widza przez lata edukowanego w ten sposób, by po seansie miał pojąć, jakie było zakończenie. A filmy nie są czasami do rozumienia. Co ciekawe, nie ma się pretensji do teatru, że jest bardziej ukryty w symbolizmie, a w przypadku filmu szkaluje się w środowisku twórców zadając dwa najpodlejsze pytania – o czym to było i dla kogo to jest.

Na planie filmu „Wieża. Jasny dzień”/fot. z archiwum Jagody Szelc

Dziwnym trafem, Pani „awangardowy” debiut „Wieża. Jasny dzień” miał w kinach odbiorców. No i ma Pani w planach nowy film, za którego scenariusz dostała Pani już nagrodę Mazowieckiego Konkursu Scenariuszowego. Kiedy pierwszy klaps?

Mam nadzieję, że w przyszłym roku. Dostaliśmy na niego częściowe finansowanie i szykujemy się do skoku na jakiś bank, bo musimy go jeszcze dofinansować.

Tytuł „Delikatny balans terroru” dość nietypowy.

Od terminu wymyślonego przez Roberta Oppenheimera z czasów zimnej wojny, kiedy Stany Zjednoczone i Rosja miały podobną ilość głowic jądrowych. Określono to jako delikatny balans terroru, a więc zachowanie równowagi nuklearnej.

Zapowiedziała Pani, że to będzie horror o kryzysie geopolitycznym i ekologicznym. Enigmatycznie…

To film opisujący m.in. głód – naszą przyszłość, bo jesteśmy teraz w momencie tak silnych zmian ekologicznych, że można powiedzieć, iż moje pokolenie będzie grzebało w śmieciach. Nie ma innej opcji. Kapitalizm, który my znamy, postępuje bardzo radykalnie. Interesuje mnie w ogóle, w jaki sposób systemy kształtują się i zachowują w momencie kryzysu, choć, oczywiście, w filmie ten temat makro będzie pokazany w skali mikro. Powiedziałabym, że w Delikatnym balansie terroru” spotyka się „Anioł zagłady” Luisa Buñuela z serialem grozy „The Twilight Zone”.

Jacy będą bohaterowie, gdzie się będzie rozgrywała akcja? Zdradzi Pani jakieś szczegóły?

To będzie raczej opowieść grupowa, bez głównego bohatera, obserwacja systemu z akcją rozgrywającą się w domkach letniskowych. Będziemy to kręcić w… A może jednak nie będę mówić, bo jak się rozniesie, to podwyższą nam stawkę.

To będzie horror?

To, co my nazywamy gatunkiem – jak horror – staje się w pewnym momencie po prostu rzeczywistością. Można to porównać do sytuacji, w której wszyscy się emocjonujemy mundialem i jesteśmy ciężko obrażeni, że ktoś przegrał albo wygrał, a tuż obok rozgrywa się jakaś tragiczna sytuacja np. więźnia politycznego.

Jagoda Szelc z ekipą na planie filmu „Wieża. Jasny dzień”/fot. z archiwum reżyserki

Zbiera Pani teraz ekipę. Wiem, że przy poprzednich filmach współpracuje Pani z tymi samymi filmowcami. Przywiązuje się Pani do ludzi?

Bardzo się przywiązuje, zwłaszcza jeżeli chodzi o piony artystyczne to chciałabym z nimi zawsze pracować, bo się sprawdzili. Te zespoły, które stworzyliśmy w „Wieży. Jasnym dniu” i „Monumencie” świetnie ze sobą pracowały, ale czasami okoliczności nie pozwalają nam stworzyć podobnego układu sił. Z doświadczenia, choć małego, wiem, że nie da się nigdy powtórzyć tak samo ani dubla, ani zespołu, ani filmu. To film pokazuje, jak chce być zrobiony.

Jagoda Szelc reżyseruje scenę w filmie „Wieża.Jasny dzień”/fot. z archiwum reżyserki

Kręciła Pani „Wieżę. Jasny dzień” w Kotlinie Kłodzkiej. To dlatego, że jest Pani wrocławianką, a region zna Pani z autopsji?

Zdecydowałam się na to, aby tam kręcić, bo dobrze znam te rejony i wiedziałam że będę się po nich szybciej poruszać, a co za tym idzie będzie taniej. A kiedy kręci się debiut i są plenery, dobrze jest mieć wiedzę o terenie. Sun Tzu w „Sztuce wojny” pisze zresztą „Kto zna wroga i zna siebie, nie będzie zagrożony choćby i w stu starciach”. To prawda.

W każdym kadrze „Wieży. Jasnego dnia” widać, że Pani tego wroga poznała.

Mówi się, że ziemia nas rozpoznaje i coś w tym jest. Ja siebie rozpoznaję na ziemi Dolnego Śląska i jestem pod wielkim wrażeniem natury regionu. Nie jest spektakularna, ale w swojej skromności bardzo szlachetna. Przed obejrzeniem „Wieży. Jasnego dnia” wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, że Dolny Śląsk jest taki piękny, co było dla mnie i operatora Przemysława Brynkiewicza śmieszne, bo często odwracaliśmy się od piękniejszych widoków, chcieliśmy, aby w filmie było nie piękno ostentacyjne, ale na miarę polskich możliwości.

Ogromnym atutem filmu są aktorzy, często szerokiej widowni kinowej nieznani.

We wszystkich większych polskich miastach odnaleźć można bardzo dobrych aktorów, tylko te same twarze w polskim kinie widzimy z powodu producenckich nacisków. Ja chciałam zrobić film, który będzie naturalistyczny, więc potrzebowałam świetnych aktorów, którzy nie są znani. Nie chciałam pracować ze znanymi nazwiskami, bo nie miałabym do tych ludzi tak dużego dostępu, jakiego bym oczekiwała.

Jagoda Szelc (z prawej) z aktorką Anną Krotoską na planie „Wieży. Jasnego dnia”/fot. z archiwum reżyserki

Skoro o producentach mowa, po udanym debiucie reżyser dostaje czasem propozycję filmu kasowego, z dużym budżetem, gwiazdorską obsadą. Niektórzy twórcy się zgadzają, ale efekt bywa rozczarowujący.

Mnie to raczej nie grozi, bo się oflagowałam jako osoba, która nie wyciąga ręki po mainstream. Moim celem jest robienie filmów, które mają niski budżet, są ambitne i w których ja jestem sobie pantokratorem. Nie wyobrażam sobie, czym producent miał by mnie zachęcić, choć myślę teraz o dużym filmie. Za pięć lat chciałabym nakręcić remake „Chłopów”, dużą inscenizację na wielu aktorów, wśród których pojawią się osoby bardziej znane, dlatego że lubię tych aktorów, a film zaproponowałam im jako dobrym znajomym.

Czemu remake akurat powieści Reymonta?

Uważam, że to historia nieprawdopodobnej odwagi i walki Jagny o swoją suwerenność. To byłby film o niesamowitej sile walki o samego siebie, bo Jagna szła po swoją wolność używając seksualności, a taka historia jest uniwersalna, wciąż na czasie. Jak przekonanie, że życie jest bardziej po to, by odkrywać, kim się jest niż po to, by tym kimś się stawać.

*Jagoda Szelc – wrocławska reżyserka. Ukończyła wrocławską ASP i łódzką Filmówkę. Jej fabularny debiut „Wieża. Jasny dzień” był olśnieniem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie wywalczył nagrodę dla najlepszego reżyserskiego debiutu, a sama Jagoda Szelc odebrała nagrodę za najlepszy scenariusz. Za film wyróżniono ją także Paszportem Polityki. Wiosną 2018 roku „Wieżę. Jasny dzień” zakwalifikowano do Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie w sekcji Forum. Jagoda Szelc ukończyła już film „Monument”, który po raz pierwszy pokaże podczas Festiwalu Nowe Horyzonty. Pracuje też nad nowym filmem „Delikatny balans terroru”.