Wrocław Extra

Filmowy Dolny Śląsk. Autorzy książki opowiadają, gdzie kręcono słynne filmy

fot. Jerzy Wypych

– Orientacyjna ilość nakręconych na Dolnym Śląsku filmów? Idzie w setki, zresztą nie wszystkie plenery zostały zdekodowane, więc filmografia nie jest jeszcze zamknięta – przekonuje Lech Moliński, który wspólnie z fotografem Jerzym Wypychem stworzyli książkę „Nikt nie woła, każdy pamięta. Filmowy Dolny Śląsk”. Pokaźnych rozmiarów tom ukazał się nakładem Wydawnictwa Warstwy, a rozmawiamy o tym, jaki jest filmowy region.

Magdalena Talik | 25 lipca 2022

Zamiast filmowego Wrocławia wybrali filmowy Dolny Śląsk

Lech Moliński i Jerzy Wypych pracują razem we Wrocławskiej Fundacji Filmowej i przy projektach, więc pomysł, aby stworzyć wspólnie książkę o kinie na Dolnym Śląsku wisiał w powietrzu od dawna.

Najpierw planowali filmowy spacerownik po Wrocławiu i Dolnym Śląsku, przejechali wtedy 1000 km od Kłodzka po Goerlitz i podjęli decyzję, że spacerownik im jednak nie odpowiada. Potrzebowali innej narracji tekstowej i wizualnej.

Przełomem okazał się okres pandemii, konkurs stypendialny Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (na który Lech Moliński napisał teksty o trzech miejscowościach dolnośląskich - Lubomierzu, Bystrzycy Kłodzkiej i Sokołowsku) i przekonanie, że region – w przeciwieństwie do Wrocławia – ma znacznie mniej przewodników i przyda się książka o filmowym Dolnym Śląsku. Ale nie taki dla instagramerów, w którym odtwarzają kadry filmowe. My staraliśmy się wyjść dużo dalej – zwraca uwagę Lech Moliński. 

Wygrajcie książkę „Nikt nie woła, każdy pamięta. Filmowy Dolny Śląsk”

Książka Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

Książka Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha ukazała się nakładem Wydawnictwa Warstwy 

Zakochani w Bystrzycy Kłodzkiej

Tytuł waszej książki zaczerpnięty z filmu Kazimierza Kutza przypomina mi słynny seans tego obrazu w odrestaurowanej kopii i w obecności twórców w Centrum Technologii Audiowizualnych...

Lech Moliński: Tak i tego wieczoru wszystko się zaczęło. Nie znałem wcześniej „Nikt nie woła”, na ten tytuł zwrócił mi uwagę filmoznawca Adam Kruk i zakochałem się od pierwszego seansu. Chwilę później zrobiłem sobie wycieczkę filmową po Dolnym Śląsku na trasie znalazła się Bystrzyca Kłodzka, w której Kutz nakręcił cały film. Miasteczko mnie urzekło, także relacja między filmem a tym miejscem dzisiaj. Wystarczyło włączyć w aparacie tryb „skala szarości” i okazywało się, że jesteśmy w obrazie Kutza.

Zdjęcia z książki Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

W Bystrzycy Kłodzkiej zakochali się m.in. Kazimierz Kutz i Agnieszka Holland/fot. Jerzy Wypych

To odkrywanie było szalenie inspirujące, pasowało mi do opowieści o kinie. Kilka lat później redaktor powstającej książki Dawid Skrabek zaproponował, aby miała tytuł „Nikt nie woła, każdy pamięta”. Trochę się z tym oswajaliśmy, chyba baliśmy się, że będzie zbyt poetycki, liryczny. Przekonało nas, że jest też grą na kilku poziomach – filmową, związaną z pamięcią, zasiedlaniem Ziem Zachodnich.

Bo wasza książka jest nie tylko o filmach kręconych w regionie, ale i o samym regionie, jego tożsamości. Co ciekawe, na tzw. Ziemie Odzyskane trafiali najwybitniejsi filmowcy – Wajda, Kutz, Has.

Lech Moliński: Wyjazd na Dolny Śląsk był zsyłką dla debiutantów, zwłaszcza jeżeli ktoś był gorzej umocowany. Paradoksalnie, wspaniały czas szkoły polskiej wynikał z faktu, że wielu młodych twórców przymusowo trafiło do wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, a potem kręciło m.in. w regionie.

Dolny Śląsk po wojnie to była prawdziwa nieswojość, ludzie osiedlali się z lękiem na nowych terenach, stopniowo pisali własną historię.  

Lech Moliński: W kilku przypadkach było oczywiste, jak o niej opowiem i jak Jurek to sfotografuje, choćby w Legnicy. Mieliśmy poniemieckie mury, w których przez 50 lat mieszkali Polacy i Rosjanie. Miasto doczekało się genialnego kronikarza – reżysera Waldemara Krzystka i Teatru im. Modrzejewskiej pod dyrekcją Jacka Głomba, w którym zrealizowano ważniejsze spektakle o historii Legnicy i pokazywano potem w telewizji, jak „Balladę o Zakaczawiu”, „Wschody i zachody miasta”, „Made in Poland”.

Wałbrzych też ma klarowną filmową historię – reżyserzy świetnie uchwycili zwłaszcza trudny czas w latach 90. i na początku XXI wieku, czyli upadek poprzemysłowego miasta w „Komorniku” w reż. Feliksa Falka, „Sztuczkach” w reż. Andrzeja Jakimowskiego, czy „Bez wstydu” w reż. Filipa Marczewskiego.

Sokołowsko niesie historię o odradzaniu się miejscowości przez sztukę, animację kultury, gdzie patronem jest Krzysztof Kieślowski.

W przypadku innych miejscowości bywało różnie. Architektonicznie eklektyczna Świdnica w większości przypadków okazywała się jedynie wsparciem, uzupełnieniem ogólnego planu filmu, którego akcja rozgrywała się gdzie indziej. W filmie „Wszystko dla mojej matki” Małgorzaty Imielskiej widzimy wnętrza domu poprawczego, ale historia dotyczy innej części Polski, a w „Najlepszym” Łukasza Palkowskiego zdjęcia powstały na krytej pływalni przy ul. Równej, tam bohater grany przez Jakuba Gierszała uczył się pływać. Akcja dzieje się jednak w Legnicy.

Zdjęcia z książki Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

Świdnica z reguły „gra” w polskim kinie drugi plan/fot. Jerzy Wypych

Trudną powojenną historię miał Lubomierz, ale bazą, na której zaczęto budować byli „Sami swoi” Sylwestra Chęcińskiego i to zaowocowało festiwalem filmowym, który niedawno skończył 25 lat i kilkunastoma realizacjami filmowymi, a także Muzeum Kargula i Pawlaka. Odrębne pytanie brzmi, czy to coś zmieniło w życiu mieszkańców?

Kino, które napędza ruch turystyczny? Także na Dolnym Śląsku

Może to, że kino potrafi przyciągać turystów. Dzięki filmowi Woody'ego Allena Barcelona pękała w szwach, a po „Władcy pierścieni” Nowa Zelandia zaczęła być wyjątkowo modna.

Lech Moliński: W Polsce nie mamy aż tak wielu udanych przykładów kreowania w ten sposób ruchu turystycznego. Branżowo powielanym przykładem jest serial „Ojciec Mateusz”, którego akcja rozgrywa się w Sandomierzu i to rzeczywiście przełożyło się na zainteresowanie miastem, ale już wcześniej Sandomierz był godnym odwiedzenia miejscem.

Zdjęcia z książki Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

Kłodzko to przykład miasta, które wykorzystało filmowy potencjał/fot. Jerzy Wypych

Na Dolnym Śląsku przypadki budowania opowieści wokół kina to Twierdza Kłodzko i serial „Czterej pancerni i pies” Konrada Nałęckiego. W lipcu odbył się Maraton Pancernych, powstają nowe trasy turystyczne, sprzedawano gadżety. W Lubomierzu byli „Sami swoi”, ale mam wrażenie, że najlepsze lata dla tej opowieści już minęły, nastąpiła zmiana pokoleń, wypaliła się energia.

Sokołowsko, którego jednym z fundamentów jest nawiązanie do biografii Krzysztofa Kieślowskiego (mieszkał tam w dzieciństwie), stało się obecnie artystyczną kolonią. Zmienił się kontekst. Niegdyś przyjeżdżali kuracjusze lecząc gruźlicę, potem narciarze biegowi, teraz pisarze i filmowcy.

Zdjęcia z książki Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

Sokołowsko i Kinokawiarnia Zdrowie w Sokołowsku/fot. Jerzy Wypych

O efekcie ekranowym można mówić w przypadku Czeszowa, gdzie Jan Jakub Kolski nakręcił „Cudowne miejsce”, średnio udane dzieło w jego dorobku, ale w historii miejscowości odegrało bardzo ważną rolę w latach 90., a mieszkańcy do dziś wspominają związane z tym wydarzenia. Choć film im się niespecjalnie podobał, po kilku latach, kiedy tworzono identyfikację wizualną Czeszowa, trop cudownego miejsca został pociągnięty i na witaczu czytamy do dziś, że trafiliśmy do cudownego miejsca.

Dolny Śląsk, niekoniecznie tylko filmowy, w obiektywie Jerzego Wypycha

W książce spodziewałam się, jak po przewodniku filmowym, że pokażecie kadry z filmów i – dla porównania – aktualny wygląd tych samych miejsc. Tymczasem zdjęcia Jerzego Wypycha nie odtwarzają dawnych filmowych plenerów, raczej tworzą klimat, są wprowadzeniem w dane miasteczko, miasto.

Jerzy Wypych: Nie chcieliśmy porównywania z kadrem, nasza książka to przejście od narracji reportażowej, ilustracyjnej do formy osobistej i lirycznej. A chodziło dokładnie o stworzenie klimatu!

Zdjęcia są tu wypadkową wielu rzeczy - mojej lektury testów Lecha, poznania historii danych miejsc, fascynacji Dolnym Śląskiem i intuicji w przestrzeni fotograficznej, świadomego zgubienia się – bez mapy, znalezienia poszlak po filmie albo skojarzeń z danym filmem, który stanowi o tożsamości wybranego miejsca.

Zdjęcia nie miały ilustrować, a stać się wizualną interpretacją przestrzeni, pełnić funkcję osadzenia czytelnika w danym miejscu.

Zdjęcia z książki Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

W Chełmsku Śląskim kręcono m.in. spektakl Teatru Telewizji „Wizyta starszej pani”

Patrzę na fotografie i jedną ze wspólnych cech uwiecznianych miejsc na Dolnym Śląsku jest – to przykre – ruina.

Jerzy Wypych: Niestety, ale te wszystkie miejsca są też przykryte kolejnymi warstwami historii – filmowej, czy codziennej, które osadzają się na murach. Wspólnym mianownikiem jest także opuszczona przestrzeń – scenografia tuż po wyjściu, albo przed wejściem ekipy filmowej. Tak naprawdę nie ma na nich ludzi, poza jednym ujęciem.

Chciałem, aby nie było na nich przeszkadzajek wizualnych życia codziennego – tablic rejestracyjnych, znaków drogowych, aby były poza czasem. Bo znajdują się pomiędzy rzeczywistością filmową a codzienną, o której mówią osoby z którymi Lech przeprowadzał rozmowy.

Książka jest poważnym studium filmowym na temat Dolnego Śląska. Liczyliście, ile filmów nakręcono w regionie?

Lech Moliński: Jestem słaby z liczb, ale każdy z artykułów ma wybraną filmografię. W przypadku Goerlitz, jedyne nasze wyjście poza granice województwa - to  ponad 100 filmów, także z NRD, ale i amerykańskie hity, jak „Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona. Lubomierz – kilkanaście, Kłodzko – nawet 40, licząc z dokumentami.

Wszędzie znajdziemy minimum 10 tytułów, a raczej więcej. Orientacyjna ilość? Idzie w setki, zresztą nie wszystkie plenery zostały zdekodowane, więc filmografia nie jest jeszcze zamknięta.

Ile filmów nakręcono na Dolnym Śląsku? Liczba zaskoczy

Obejrzał Pan te setki filmów w trakcie pisania „Nikt nie woła, każdy pamięta. Filmowy Dolny Śląsk”?

Lech Moliński: Znakomitą większość obejrzałem z zasobów Wytwórni Filmów Fabularnych. Pewnie na liście jest z 400 tytułów, do ponad 300 miałem podejście. Niektóre, jak „Pokot” Agnieszki Holland, czy „Nikt nie woła” oglądałem kilkunastokrotnie, bo każdy smaczek mógł pomóc w pracy nad tekstem. A sporo plenerów mieliśmy jeszcze do rozpoznania.

Zdjęcia z książki Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

W Bystrzycy Kłodzkiej kręcono m.in. „Pokot” Agnieszki Holland, ekranizację powieści Olgi Tokarczuk/fot. Jerzy Wypych

W „Samych swoich” miłośnikom obrazu udało się rozpoznać wszystkie miejsca akcji, a spece rozkochani w tym filmie znaleźli nawet kobietę, która grała małą Anię i przywieźli ją na któreś urodziny Sylwestra Chęcińskiego. Publicznie ją przepraszał, bo na planie wymierzył jej klapsa.

Spośród tych opisanych 20 miast i miejscowości któreś szczególnie rekomendujecie?

Lech Moliński: Chyba Bystrzyca Kłodzka jest miejscem do odkrycia – zwłaszcza ze znajomością „Nikt nie woła” i „Pokotu”. Potem Goerlitz w pakiecie ze Zgorzelcem - piękne miejsce, w którym malownicza ruina łączy się z pocztówkowością. Nieprzypadkowo kręcą tam Amerykanie i stąd nazwa Görliwood.

Warto zajrzeć do restauracji „Przy Jakubie”, w której stołowali się aktorzy z „Grand Budapest Hotel”. Jedzenie jest pyszne, a jednodniowa wycieczka ze znajomością filmów to dodatkowa wartość.

Tropem „Jańcia Wodnika” Jana Jakuba Kolskiego można wybrać się do Goszcza, który jest blisko Wrocławia, z niesamowitym pałacem, gdzie reżyser kręcił sceny uzdrowień Jańcia Wodnika.

Zdjęcia z książki Lecha Molińskiego i Jerzego Wypycha

Ciekawym miejscem na filmowe wyprawy może być Goszcz, położony niecałą godzinę od Wrocławia/fot. Jerzy Wypych

Miejsca filmowe i dostępne to Agroturystyka „Jawornica” w Międzygórzu, gdzie znajdował się filmowy dom Janiny Duszejko w „Pokocie”. To dom na końcu świata, malowniczo położony, prowadzą go super ludzie, jest klimat. Po prostu magiczne miejsce i mam nawet taki cel, aby pojechać i właśnie tam obejrzeć kolejny raz „Pokot”.