Elżbieta Sikora

Zasmakowałam w operze

– Krytycy Marii Skłodowskiej-Curie uważali, że wszystko zdobyła dzięki mężowi, a nie własną pracą, co musiała bardzo przeżywać, zwłaszcza po takich odkryciach. Poradziła sobie jednak. W sumie była osobą bardzo pozytywną, pełną energii, choć nieco odlotową. – mówi kompozytorka Elżbieta Sikora. Wrocławskie wykonanie jej opery „Maria Curie” podczas wrześniowego festiwalu Wratislavia Cantans.

Magdalena Talik: Podobno kiedyś nie była Pani fanką opery.

Elżbieta Sikora: Jestem przedstawicielką pokolenia, które przeżyło rewolucję lat 60. Reprezentowaliśmy ostrą awangardę i operę wyrzuciliśmy do kosza, a przynajmniej ustaliliśmy, że ten gatunek nie przetrwał w dawnej formie. Tego zdania był Pierre Boulez, a także Witold Lutosławski. Tymczasem, od lat 90. obserwować można wielki nawrót do tego gatunku, a katalog kompozytorów piszących opery bardzo się powiększył. Moja historia jest prosta. Jako dziecko chętnie chodziłam z moją mamą do opery. Do momentu, kiedy zobaczyłam bardzo grubą śpiewaczkę, która poprawiając sobie kapelusik długo śpiewała o tym, że umiera. Trochę mnie to zaniepokoiło, uznałam, że wszystko jest takie sztuczne i trzeba by wymyślić to inaczej, albo dać sobie w ogóle spokój. Potem o tym zapomniałam, mimo wszystko do opery zaglądałam. Aż wreszcie Zbigniew Rudziński, mój profesor kompozycji, zadał mi pracę dyplomową – napisać operę – przed czym się broniłam, nieskutecznie. Okazało się, że ten gatunek mi bardzo odpowiada. Zasmakowałam. Pokochałam pracę z głosem, dramaturgię, wszystko.

A skąd pojawiła się inspiracja, aby bohaterką opery została Maria Skłodowska-Curie? Za sprawą osobowości tej niezwykłej kobiety, czy ze względu na to, że była imigrantką w Paryżu, tak jak Pani?

Szukałam postaci, która będzie kobietą i zarazem kimś, kto zaważył na losach świata. Szukałam bardzo długo wśród różnych potencjalnych bohaterek z dawnych czasów i nam współczesnych. Wreszcie, podczas rozmowy z moją przyjaciółką fizykiem na ten temat, w warszawskiej kawiarni, podnosząc wzrok, zobaczyłam zdjęcie Marii Skłodowskiej-Curie, które wisiało naprzeciwko mnie, więc „spadło na mnie” w sposób bardzo naturalny. Poza tym, wychowana w Polsce, wiedziałam doskonale, kim była i skąd pochodziła Maria Skłodowska-Curie, co nie jest znowu takie ewidentne. We Francji i gdzie indziej bardzo niewiele osób kojarzy ją z Polską. Moja opera ma wprawdzie tytuł „Madame Curie”, ale po prostu brzmiał on lepiej niż pełne nazwisko naszej noblistki.

Opera „Madame Curie” Elżbiety Sikory

Opera „Madame Curie” Elżbiety Sikory

Koncert / Klasyczna
Termin 13 września 2018 19:00

Miejsce Narodowe Forum Muzyki (NFM) Wrocław

Zobacz

Libretto opery napisała Agata Miklaszewska, ale czy Pani przed ukończeniem utworu szukała miejsc, przedmiotów związanych z Marią Skłodowską-Curie?

Oczywiście! Pojechałam nawet do Bretanii, do Arcuest, do miejsca zwanego Sorbonne-plage, gdzie cały brzeg jest różowym granitem, zresztą dość radioaktywnym. Tam Maria pływała, odpoczywała z dziećmi, tam spotykała się w lecie cała grupa naukowców. Do dzisiaj stoi tam zresztą dom naszej noblistki. Niedawno byłam też w Panteonie, na niewielkiej wystawie jej poświęconej, a zorganizowanej dzięki staraniom Polaków. Poszłam się pokłonić prochom Marii, obejrzałam należące do niej przedmioty. Wyświetlano tam też fragmenty filmów kręconych za jej życia, wtedy skromnymi środkami, na których widać ją w ruchu. Starszą panią, zawsze trochę obok wszystkich innych. To było bardzo wzruszające.

Biografię Marii Skłodowskiej-Curie znamy dziś jakby na nowo. Już nie tą poprawną politycznie autorstwa jej córki Ewy Curie, ale wzbogaconą o nowe fakty. Myślę o występującym też w Pani operze wątku romansu z fizykiem Paulem Langevinem, w który Maria wdała się po śmierci Piotra Curie. Związek formalny był niemożliwy, ale miał nieoczekiwaną puentę – jej wnuczka i jego wnuk pobrali się. Po kilku pokoleniach te rodziny się połączyły.

Miałam początkowo rozpocząć operę od ślubu jej wnuków, ale reżyser i wtedy dyrektor Opery Bałtyckiej, Marek Weiss nie chciał tej sceny. Spotkałam się natomiast w Paryżu z wnuczką Marii Skłodowskiej-Curie, Hélène Langevin-Joliot. Uznałam, że powinnam ze względów moralnych zobaczyć się z kimś z rodziny, bo komponuję operę o osobie, która istniała, a wciąż żyją jej potomkowie. Spotkanie było miłe, aczkolwiek zaczęło się bardzo ostro. Pani profesor od razu mnie zaatakowała mówiąc: „Na pewno chce Pani napisać o tym Paulu Langevenie”. Odparłam: „Chcę”. Zapadła długa cisza i wreszcie powiedziała: „No dobrze. W końcu my jesteśmy kobietami, ona także była, miała prawo.”

Kompozytorka Elżbieta Sikora/fot. Łukasz Rajchert

Ten romans mocno nadszarpnął jej wizerunek, nawet we francuskich elitach naukowych.

To był też pretekst do tego, by ją oczernić, nie tylko zresztą dlatego. Pojawiało się wtedy wiele szkalujących ją artykułów, których autorzy nawoływali, by wracała do Polski, albo Rosji – nie bardzo nawet wiedzieli gdzie. Uważali, że wszystko zdobyła dzięki mężowi, a nie własną pracą, co musiała bardzo przeżywać, zwłaszcza po takich odkryciach. Poradziła sobie jednak. W sumie była osobą bardzo pozytywną, pełną energii, choć nieco odlotową.

I mocno zdeterminowaną.

Słynne było jej powiedzenie „Jak chcę, to chcę”. Już samo to bardzo wiele mówi.

Opera o tej niezwykłej kobiecie miała już swoją premierę – najpierw paryską, potem gdańską. Jakie będzie wrześniowe wrocławskie wystawienie podczas festiwalu Wratislavia Cantans, bo to wersja półsceniczna, czyli koncertowa z  pewnymi elementami scenicznymi?

W dużym stopniu będzie to nawiązanie do premiery gdańskiej, ponieważ główne partie będą wykonywane przez tych samych artystów, przede wszystkim sopranistkę Annę Mikołajczyk-Niewiedział, ponad wszelkie wyobrażenie cudowną śpiewaczkę. Ciekawa jestem także tego, jak całość będzie wyglądała w tej pięknej sali koncertowej. W Paryżu premiera światowa odbyła się również w sali koncertowej, w UNESCO, tylko z większą ilością dekoracji. Bardzo się cieszę z tego, że „Madame Curie” zostanie pokazana podczas wielkiego międzynarodowego festiwalu  Wratislavia Cantans w Narodowym  Forum Muzyki. To dla mnie sala kultowa, widziałam jej powstawanie  od początku, tu prowadziłam dwie ostatnie edycje festiwalu Musica Electronica Nova.

„Madame Curie” jest pisana na stosunkowo dużą ilość solistów, bo aż jedenastu, a ponadto orkiestrę plus akordeon i gitara elektryczna, chór, tancerkę, z wykorzystaniem elektroniki. Czego mogą się spodziewać słuchacze, którzy przywykli do włoskiego bel canta?

Mam nadzieję, że publiczność wrocławska podejdzie do mojej opery z zaciekawieniem. Od początku chciałam skomponować dzieło operowe z dużą orkiestrą, solistami, chórem, ruchem scenicznym. Jest w nim i miłość i śmierć, tematy par excellence operowe. Wypowiadam się tutaj moim własnym językiem muzycznym, nie uciekając od emocji i wzruszeń.   

Intryguje mnie jedna z bohaterek – tancerka, słynna Loïe Fuller, kobieta, której technika tańca zachwycała publiczność paryską na przełomie XIX i XX wieku i okazała się inspiracją dla samej Isadory Duncan. Skąd wybór Fuller jako jednej z postaci?

Pomysł wprowadzenie tancerki wyszedł od librecistki Agaty Miklaszewskiej, która zebrała na jej temat sporą dokumentację. Maria Skłodowska-Curie dobrze znała awangardową Fuller  tańczącą w przestrzennych, sferycznych kostiumach zbudowanych na drewnianych stelażach, co umożliwiało jej kreować w ruchu abstrakcyjne formy. Tancerka marzyła o tym, by pomalować  świecącym radem i kostium i swoje ciało, co przypłaciła zdrowiem i w końcu też życiem.

Maria Skłodowska-Curie wśród naukowców (w środku siedzi Albert Einstein) podczas legendarnego kongresu Solvaya w 1927 roku/fot. pixabay

Inną postacią jest Albert Einstein, który podziwiał Marię Skłodowską-Curie.

Wprowadziłam postać Einsteina do opery, bo potrzebowałam kogoś, kto ostrzega ludzkość przed tym, że odkrycia naukowe mogą przynosić ludzkości obok dobra także zło. Przykładem może być choćby Nobel. Odkrycia dają światu coś ważnego, tak było z radem, ale i złego, bo w końcu wykorzystano wiedzę o promieniowaniu do skonstruowania bomby atomowej, wiemy z jakim skutkiem. „Madame Curie” to więc także opera o problemie, jaki w związku z osobą naukowca pojawia się zawsze. Czy jest dobrze, czy niedobrze odkrywać coraz to nowe obszary natury, cały czas czegoś szukać. Konsekwencje tego mogą być tego bardzo różne.

*Elżbieta Sikora, jedna z najciekawszych polskich kompozytorek, od 1981 roku mieszka i tworzy w Paryżu. Ze stolicą Francji była związana studiując pod kierunkiem Pierre'a Schaeffera i François Bayle'a (w Polsce kształciła się pod okiem Tadeusza Bairda i Zbigniewa Rudzińskiego). Ceniona kompozytorka muzyki elektroakustycznej, przez lata dyrektor wrocławskiego festiwalu Musica Electronica Nova, jednym z ulubionych gatunków jest opera – od „Ariadny”z 1977 roku poprzez „Wyrywacza serc” z 1995 roku po nagradzaną „Madame Curie”.  

rozmawiała Magdalena Talik