Latający Holender. Po premierze superwidowiska na Pergoli

„Latający Holender” Richarda Wagnera, nowa superprodukcja Opery Wrocławskiej była sukcesem frekwencyjnym jeszcze zanim publiczność zasiadła na widowni. Sprzedano wszystkie bilety, a melomanów kusiła nie sama tylko muzyka, ale także obietnica efektów specjalnych, zwłaszcza włączenia w przebieg akcji fontanny multimedialnej. Nie da się jednak ukryć, że spektakl trochę rozczarował.

  • latający holender, opera wrocławska

    Łukasz Gaj (Eryk) i Anna Lichorowicz (Senta) w "Latającym Holendrze"/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    Sternik (Aleksander Zuchowicz) w "Latającym Holendrze"/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    Holender (Simon Neal)/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    "Latający Holender" Opery Wrocławskiej na Pergoli/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    Scena prząśniczek/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    Jadwiga Postrożna (Mary)/fot. Tomasz Walków

  • latający holender, opera wrocławska

    Eryk (Łukasz Gaj) i Senta (Anna Lichorowicz)/fot. Tomasz Walków


Superwidowiska plenerowe rządzą się własnymi prawami. Spektakle pod gołym niebem muszą być dynamiczne, by utrzymać zainteresowanie widzów, czasem przez kilka godzin. Tak było we Wrocławiu choćby w przypadku pamiętnej „Giocondy” Amilcare Ponchiellego realizowanej na Odrze przy Bulwarze Włostowica, czy „Napoju miłosnym” Gaetano Donizettiego na Pergoli. „Latający Holender” Richarda Wagnera, choć wykupiony do ostatniego miejsca, nie ma raczej szansy powtórzyć inscenizacyjnego sukcesu wspomnianych produkcji. Produkcja w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego jest wprawdzie wizualnie niezwykle atrakcyjna (dwa statki robią wrażenie), ale zbyt statyczna, trochę zbyt przewidywalna, a w kilku miejscach zauważymy niewykorzystane okazje. Z kolei artystycznie spektakl to, z całą pewnością, sukces sopranistki Anny Lichorowicz (Senta), która partię przygotowała precyzyjnie.

Dekoracje do „Latającego Holendra” są przepiękne, bo dwa statki – jeden Dalanda, drugi (statek widmo) Holendra – robią wrażenie rozmachem i odtworzeniem wielu detali. Szkoda, że tak mało wykorzystuje się w spektaklu owe morskie rzemiosło. Sceny chóralne, w których widzimy marynarzy są, poza jedną – przeciągania statku na brzeg – raczej statyczne. A statki (ich olinowanie, maszty, burty, pokłady) dają spore pole do popisu dla statystów, zwłaszcza że są przecież rodzajem pływających miast. Toczy się tam życie nie mniej ciekawe niż na lądzie. Wspaniale wymyślona została załoga statku widma, bo zamiast twarzy wszyscy dostojnie odziani pasażerowie mają trupie czaszki (kostiumy autorstwa Małgorzaty Słoniowskiej). Żal jedynie, że zamiast budzić autentyczną grozę pełnią funkcję decorum, a ich działania ograniczono niemal wyłącznie do wchodzenia i wychodzenia ze statku. Nawet gdy otaczają sternika statku Dalanda wiemy, że nic złego mu nie grozi. Fontanna multimedialna w spektaklu gra, ale w tle, jest atrakcją, choć to raczej symbol żywiołu, z jakim walczą bohaterowie. Dynamicznie i ciekawie rozwiązana została scena z prząśniczkami, bo dziewczęta zwijają i rozwijają włóczki tworząc ciekawe układy nie tyle choreograficzne, co nawet graficzne (a przy tym szalenie pomysłowe).

Wiem, że znalazły się podczas piątkowej premiery „Latającego Holendra” i takie osoby, dla których nie późna pora (spektakl rozpoczynał się o 22.00), ale samo dzieło Wagnera okazało się nużące. Na Wagnera z Tetralogii (czyli m.in. z „Walkirii”), czy finałowego „Parsifala” tu było jeszcze o wiele za wcześnie. Pamiętajmy, że „Latający Holender” był dopiero pierwszym sukcesem Wagnera i operą przez niego zaakceptowaną. Dziś ma entuzjastów, ale w dużej mierze wśród niemieckojęzycznych melomanów. Niemniej, muzyka jest intrygująca, a Ewa Michnik, zakochana w Wagnerze, potrafi wiele momentów dobrze wyeksponować, zwrócić na nie uwagę publiczności. Oprócz przepięknej ballady Senty z II aktu to m.in. wspomniany już chór prząśniczek, czy duet Dalanda i Holendra z I aktu.

Gwiazdą piątkowego wieczoru była Anna Lichorowicz w partii Senty. Sopranistka poradziła sobie bardzo dobrze w niełatwej partii. Gościnnie występujący w roli Holendra baryton Simon Neal byłby bardziej przekonujący, gdyby, poza dobrym głosem, posiadał bogatszą mimikę. Nie zobaczyliśmy bowiem na twarzy Holendra czułości, czy wielkiej miłości, przede wszystkim znużenie. Grzegorz Szostak stworzył postać Dalanda z poczuciem humoru, momentami pół żartem pół serio. Łukasz Gaj (Eryk) i Jadwiga Postrożna (Mary) mogą do swojego dossier dołączyć kolejne udane role, a Aleksander Zuchowicz (Sternik) miał swoje pięć minut w scenie w scenie „Mit Gewitter und Sturm”.

Pozostałe spektakle „Latającego Holendra” zaplanowano w terminie 12-14 czerwca na Pergoli.

Zgłoś uwagę