Pożegnaliśmy profesora Leona Podsiadłego. Wspomnienie o artyście

W sobotę 26 czerwca na cmentarzu Osobowickim odbył się pogrzeb profesora Leona Podsiadłego, który zmarł 7 listopada ubiegłego roku, na fali pandemii koronawirusa. Znakomitego wrocławskiego rzeźbiarza, malarza, rysownika, akademickiego wychowawcę pożegnali rodzina, przyjaciele, środowisko artystyczne.    

  • Profesor Leon Podsiadły/fot. Alek Figura/za stroną ASP we Wrocławiu


Profesor Leon Podsiadły odszedł, przegrywając walkę z koronawirusem, w listopadzie 2020 roku, ale pogrzeb odbył się dopiero teraz, bo bliscy i przyjaciele chcieli wspólnie pożegnać wrocławskiego artystę. 

Wrocławski rzeźbiarz, malarz, rysownik

Leon Podsiadły urodził się w 1932 r. w Drocourt we Francji (wyjechał z rodziną do Polski w 1947 r.). Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (w latach 1952-1956). Był profesorem uczelni artystycznych w Konakry (Gwinea), Wrocławiu i Opolu, kierownikiem Katedry Rzeźby i dziekanem Wydziału Malarstwa Grafiki i Rzeźby w PWSSP we Wrocławiu (1980-1986), członkiem oraz uczestnikiem wystaw Grupy Wrocławskiej, laureatem wielu nagród w dziedzinie rzeźby, wreszcie wychowawcą kilku pokoleń rzeźbiarzy, działających w Polsce i za granicą.

Profesor Podsiadły był autorem wielu pomników publicznych, rzeźb plenerowych w rozmaitych materiałach i technikach, zwłaszcza ukochanego przez wrocławian pomnika Mikołaja Kopernika, trzebnickiego pomnika Szlak II Armii Wojska Polskiego czy Pomordowanych Więźniów Obozu Koncentracyjnego Gross-Rosen.

Ostatnią wystawą profesora Leona Podsiadłego (we współpracy z jego córką, dziennikarką Magdą Podsiadły) była „Bel Air” w galerii Mieszkanie Gepperta w 2017 r. Prezentowane tam były fotografie, rzeźby i grafiki, zainspirowane pobytem profesora i jego rodziny w Gwinei w latach 1965-1970. 

Wspomnienie Jerzego Pietraszka, dyrektora Wydziału Kultury UM, o profesorze Leonie Podsiadłym

Poruszająca jest rzeźba Leona Podsiadłego, którą nazwał „Rozdroża wolności”. To praca powstała niedawno, w latach 2013 -2015. Mocna w wyrazie, ironiczna. Drewniane biurko z gęsto, głęboko ponacinanym blatem i metalową nadstawą w formie klatki drucianej, w której umieścił czarny element, jakby schematyczną fizys z wielkimi oczodołami. Mocne zderzenie rzeczywistości z wyobraźnią albo tu akurat lepiej powiedzieć odwrotnie – wyobrażeń z rzeczywistością.

Zaskakujące było, że Leon Podsiadły tak wprost odnosi się do współczesności. I też nic dziwnego w samym dziele, przecież tak widział świat - przez symbole, znaki, formy, które pozwalają na więcej niż słowa, choć na co dzień przecież bardzo chętnie rozmawiał. Zawsze jednak pozostawało coś, czego nie powiedział, uciekając w dygresje, barwne opowieści i anegdoty.

Co nas, w Jego życiu na chwilę, połączyło? Zachwyt nad ludźmi. Potrzeba zachwytu nad ludźmi, nad ich umiejętnościami, talentem i wyobraźnią. Zachwytu, który jakoś otwiera przyszłość, a bez którego, wydaje się, że sprawy tracą sens. To nas połączyło.

Był z pokolenia moich rodziców, starszy ode mnie o jakieś 30 lat i nie miało to żadnego znaczenia, nigdy śladu przewagi wynikającej z wieku i doświadczenia. Był ponad to i poza tym. Otwarty, zawsze młody, zawadiacki, nawet wtedy, gdy zdrowie nie dopisywało.

Był pod wrażeniem najrozmaitszych umiejętności, np. tak bardzo lekarzy ze szpitala w Bydgoszczy, gdzie poddał się operacji kręgosłupa, że i mnie jakby nakłaniał, bym sobie kręgosłup zoperował, a przynajmniej sprawdził. Gdy oponowałem, bo nic mi nie dolega, mówił: - No tak, tak Ci tylko mówię, żebyś wiedział gdzie, na wszelki wypadek.
- Leon, mówiłeś mi to już cztery razy – próbowałem przerwać, gdy jeszcze bardziej zachwycał się zwycięskim projektem pomnika Niepodległości, kiedy na zakończenie anonimowego postępowania ujawniono nazwiska autorów. Nie da się zapomnieć tej radości.
Mówił czwarty raz: – No ale słuchaj, to mój student jest, on u mnie dyplom zrobił. I tam jest studentka od Janusza Kucharskiego. To nasi studenci byli. Świetny pomnik. Postawcie szybko. Profesor Podsiadły był wtedy członkiem sądu konkursowego.

Innym razem stanowczo, ale delikatnie odmówił. Prosił, by nie angażować go do konkursu na pomnik Żołnierzy Niezłomnych. - Ja mam z Wyklętymi problem, nie chcę, jeszcze tego nie przemyślałem do końca. I nie wiem, czy zrobię. Próbowałem rozmawiać, by się czegoś więcej dowiedzieć, ale nie chciał. Chciałem zrozumieć, bo wcześniej jako autor w 2010 r. wziął udział w zamkniętym konkursie na pomnik rotmistrza Pileckiego, a zaproszenie przyjął jak zaszczyt.

Często prosiłem Go o wsparcie w rozmaitych ocenach, nieformalnie, po to by poznać Jego zdanie, ale też by po prostu porozmawiać, zazwyczaj przez telefon. W drugą stronę lekko dawał odczuć niezadowolenie, gdy oddzwaniałem po trzech dniach.

Czasem widywaliśmy się u mnie w pracy albo w Jego w mieszkaniu na Popowicach. Kiedyś jakoś zmienionym tonem, jak bywa przy sprawach osobistych, powiedział, że nigdy nie spotkał artysty bardziej wyjątkowego i przenikliwego niż Tymoteusz Karpowicz. Tak nagle to wyniknęło z rozmowy i naturalnie się połączyło ze wszystkim, o czym właśnie mówiliśmy, ale rozwinąć nie chciał. Skwitował tylko: - On jest najważniejszy. Tak, tak musiało być, bo przecież pamiętałem, gdy wiele lat wcześniej przyszedł, oznajmiając, że zaprojektuje pomnik nagrobny Marii i Tymoteusza Karpowiczów, że chciałby mieć taką możliwość. Oczywiście, że tak. Stoi na Cmentarzu Osobowickim naturalnie wrośnięty i nadal wrastający w zielone otoczenie.

Co w tym było, w tej Jego fascynacji Karpowiczem, gdzie jest ta część wspólna między nimi? W zderzeniu rzeczywistości z wyobraźnią. Tu jest wspólny mianownik. A wszystko, co z tego wynika, należy do nas, jest naszą sprawą, zachwycających się dziełami, które zostały.



Zgłoś uwagę