„Od pałacu do rotundy” – książki o czterech oddziałach Muzeum Narodowego

Muzeum Narodowe we Wrocławiu świętuje w tym roku jubileusz 70-lecia działalności. Pokłosiem są m.in. nowa wystawa stała „Cudo-Twórcy” i czterotomowa perfekcyjnie przygotowana seria wydawnicza „Od pałacu do rotundy”. Każda z części dotyczy jednego z budynków, w których mieści się oddział Muzeum Narodowego (pałacu biskupów wrocławskich, gmachu głównego, Pawilonu Czterech Kopuł, Rotundy „Panoramy Racławickiej”). To nie tylko ciekawa lekcja historii sztuki, ale pasjonująca lekcja historii Wrocławia.

  • od pałacu do rotundy barbara banaś muzeum narodowe

    Seria czterech książek z cyklu „Od pałacu do rotundy” pod redakcją Barbary Banaś

  • od pałacu do rotundy barbara banaś muzeum narodowe

    Seria czterech książek z cyklu „Od pałacu do rotundy” pod redakcją Barbary Banaś


Gmach

Nie wszyscy wrocławianie wiedzą, że piękny gmach główny Muzeum Narodowego z charakterystycznym porastającym go bluszczem wcale nie był planowany jako dom-schronienie dla dzieł sztuki. Autorki tomu – Jolanta Gromadzka i Daria Dorota Pikulska przypominają, że został pomyślany i projektowany przez Karla Friedricha Endella, jako budynek urzędowy z przeznaczeniem dla Rejencji wrocławskiej. Z rozbawieniem stwierdzimy, że także w II połowie XIX wieku (bo wtedy gmach został wzniesiony) biurokracja stwarzała niemałe problemy.

W archiwach berlińskich zachowała się fotografia z 1884 roku, na której widać rusztowania powstającego budynku, w tle zaś znany nam krajobraz Ostrowa Tumskiego – dowód na to, jak rozwijała się ta część miasta. Trzy lata później gmach był już gotowy. Budżet – 1 400 000 marek – rzecz jasna przekroczono, choć w nie tak bulwersujący znów sposób – „tylko” o 65 tysięcy marek). Układ pomieszczeń przewidziano z myślą o urzędnikach i petentach, nie szczędzono jednak trudu dopracowując detale, jak wzór posadzki w westybulu, czy projekt świetlika nad atrium i planowano je z romachem.

Budynek pozostałby pewnie nienaruszony, gdyby nie Festung Breslau w 1945 roku, po którym pozostała zniszczona wschodnia część gmachu, brak większości dachów, wytłuczone okna, kule w murach. Na remont (miał kosztować 20 milionów zł) nie zdecydowano się od razu. Podjęto natomiast decyzję o tym, że będzie tu muzeum. Brano też pod uwagę kandydaturę słynnego domu towarowego Petersdorff (znanego nam „Kameleona” przy ul. Szewskiej).

Aby w niedzielę 11 lipca 1948 roku uroczyście zainaugurować działalność Muzeum Państwowego we Wrocławiu (Narodowym stało się dopiero w 1970 roku) całą jesień 1947, wiosnę i lato 1948 trwały podstawowe prace, potem sukcesywnie kontynuowane. Dziś patrzymy na gmach pięknie odbudowany, udoskonalony (m.in. o udostępnione dla zwiedzających poddasze) o wiele rozwiązań i, na ile to tylko możliwe, dostosowany dla potrzeb wystawienniczych. Urzędnicy z XIX wieku pewnie nie kryliby zdumienia.   

Zniszczony budynek i prace porządkowe w gmachu w 1947 roku

Pałac

Chyba najmniej znany, a niesłusznie, oddział Muzeum Narodowego, czyli Muzeum Etnograficzne mieści się dziś w dawnym pałacu biskupów wrocławskich. W tomie autorstwa Marty Ostrowskiej-Bies przeczytamy, jak budynek został „namaszczony” przez kolejnych zmieniających się duchownych. Budowę podmiejskiej rezydencji zainicjował w latach 30. XVIII wieku ówczesny biskup Philipp Ludwig von Sinzendorf, dokończył ją jego następca Philipp Gotthard von Schaffgotsch, potem pałac przeszedł na własność kolejnego biskupa – Josepha Christiana Franza zu Hohenlohe-Waldenburg-Bartenstein – ale żaden z nich raczej nie nacieszył się wygodnym domem.

Kolejny właściciel – rotmistrz Johann von Zendlitz – gościł tu m.in. zamożne i znane z urody oraz sztuki uwodzenia damy, choćby Wilhelminę Encke, kochankę tak znienawidzonego przez Polaków Fryderyka Wilhelma II, czy Theresę Strommein, która z gospodarzem wdała się w romans zakończony, nomen omen, tragicznie (czyli śmiercią kobiety z rąk oficjalnego partnera). Późniejsi właściciele przebudowywali pałacyk. Do najbardziej znanych nabywców należał, w latach 80. XIX wieku, Egmont Websky, przedsiębiorca, filantrop. Po latach ulica, przy której stał pałacyk, została nazwana jego imieniem.

Festung Breslau nie oszczędził pałacyku. Podpalono go, pozostała ruina, ale wpisano ją do rejestru zabytków i stopniowo ocalono. Dziś błyszczy, a historia tego oddziału Muzeum Narodowego dostarczyłaby materiału na dobry film sensacyjny. 

Portret biskupa Philipa Gottharda von Schaffgotschz ok. 1780 r., a po prawej widok pałacu biskupiego (elewacja południowa) z początku XIX wieku

Pawilon

Znawcy architektury, Grzegorz Grajewski i Jerzy Ilkosz, napisali tom poświęcony Pawilonowi Wystawy Historycznej, dziś nazywanemu Pawilonem Czterech Kopuł, w którym mieści się Muzeum Sztuki Współczesnej, najmłodszy stażem oddział Muzeum Narodowego. W latach powojennych w oszczędzonym przez działania wojenne pawilonie zorganizowano jedną z ekspozycji Wystawy Ziem Odzyskanych, a przed wejściem ustawiono słynne rzeźby Xawerego Dunikowskiego, z którymi przez lata kojarzono pawilon. Od 1953 roku wnętrza najlepiej znali wyłącznie filmowcy, bo mieściła się tu Wytwórnia Filmów Fabularnych i powstawały znane nie tylko w Polsce, ale i na świecie arcydzieła Andrzeja Wajdy i Wojciecha Jerzego Hasa.

Szok przeżyją wszyscy ci, którzy obejrzą zdjęcia wnętrz pawilonu z 1926 roku i fantastycznie zaaranżowanej przestrzeni wystawienniczej. Dziś tradycja jest pięknie kontynuowana. W dwudziestoleciu międzywojennym budynek nazywano Pawilonem Poelziga od nazwiska słynnego niemieckiego architekta, który z Wrocławiem związał się aż na 16 lat, najpierw jako nauczyciel rysunku, potem dyrektor Królewskiej Szkoły Sztuki i Rzemiosła Artystycznego. Dzięki swojej funkcji mógł uczestniczyć w pracach komisji budowlanej powołanej przy pracy nad pawilonami wystawowymi, jakie miały zostać wzniesione w sąsiedztwie Hali Stulecia (projektu Maksa Berga).

Wokół wyasygnowania odpowiedniej kwoty na budowę toczyły się spory. Wreszcie zapadła wiążąca decyzja i Poelzig przystąpił do pracy. W albumie zobaczymy, z jakim rozmachem planował nie tylko pawilon, ale i otoczenie, a na zdjęciach z 1912 i 1913 roku podziwiać będziemy gotowy budynek podczas Wystawy Stulecia w 1913 roku, którą obejrzało 60 tysięcy osób. Architekt jest też autorem projektu tak lubianej Pergoli.

W pawilonie organizowano salony sztuki, spotkania w ramach targów przemysłowych, nawet wystawę cukierniczą. Dziś, po wyjątkowo intensywnym i gruntownym remoncie zapomniana przez lata architektoniczna perła znowu zachwyca. A wnętrza służą kolekcji sztuki współczesnej. 

Wystawa śląskiego malarstwa i rzeźby średniowiecza w 1926 roku

Rotunda

Przekartkujmy najpierw tom Agaty Gabiś do strony 31, bo tam znajdziemy fotografię rotundy. Ale nie tej wrocławskiej, tylko pierwszej – lwowskiej w parku Stryjskim, którą zbudowano specjalnie, by eksponować w niej gigantycznych rozmiarów (122 x 15 m) obraz „Panorama Racławicka” Jana Styki i Wojciecha Kossaka namalowany z okazji 100-lecia bitwy pod Racławicami. Lwowską siedzibę otwarto w 1894 roku, wybudowano zaś w pięć miesięcy. Wrocławska czekała na inaugurację blisko 40 lat!

W czasie wojny obraz został uszkodzony, tym ważniejsza okazała się jego bezzwłoczna ewakuacja. Panoramę nawinięto na walec, umieszczono w skrzyni, ułożono na platformie ciężarówki i wieziono do klasztoru Bernardynów we Lwowie. Po wojnie dzieło przyjechało do Wrocławia i dość szybko (bo już w 1946 roku) zapadła decyzja o budowie rotundy i konkursie na budynek. W międzyczasie intensywnie płótno naprawiano.

Ostatecznie (bo na jednym konkursie się nie skończyło) zwycięzcami okazali się młodzi architekci wrocławscy Ewa i Marek Dziekońscy. Ale na realizację projektu zbierano fundusze. Dopiero dekadę później, w 1967 roku stanęła rotunda, ale budowy nie dokończono. Finiszowano dekadę później, na początku lat 80., a 14 czerwca 1985 roku budynek otwarto dla publiczności. Dziś rotunda znowu będzie poddawana liftingowi.  

Rozwijanie brytów i prace przy konserwacji malowidła Panoramy Racławickiej w 1984 roku

Książki starannie wydane

Wszystkie tomy „Od pałacu do rotundy” objęła redaktorską opieką Barbara Banaś. Zdjęcia współczesne zrobił, na specjalne zamówienie Muzeum Narodowego, Nicolas Grospierre, Szwajcar „zainstalowany” w Warszawie, a specjalizujący się w uwiecznianiu architektury. Fanom się spodobają. Podobnie, jak dbałość o typografię. Teksty we wszystkich tomach są złożone krojami – Di Grotesk oraz Janus – zaprojektowanych przez Mariana Misiaka (autora identyfikacji wizualnej wrocławskiego MN) specjalnie z myślą o publikacjach książkowych Muzeum Narodowego. Zestaw czterech tomów kosztuje 85 zł, można też kupić wybrany płacąc 25 zł za sztukę. Książki do nabycia w księgarni Muzeum Narodowego, bądź w księgarni internetowej muzeum.

Zgłoś uwagę