Sport Panthers Wrocław walczą o mistrzostwo Polski z Warsaw Eagels

  1. wroclaw.pl
  2. Kultura
  3. Aktualności
  4. Co czytać w wakacyjne weekendy? Polecamy naprawdę fantastyczne książki! [LISTA]

Lipiec funduje nam zmienną pogodę, ale na urlopie najważniejsze, że zyskujemy czas, aby przeczytać coś naprawdę dobrego i wymagającego naszej uwagi. Polecam 9 książek – powieści, tomów o sztuce, historii, migrenie, a nawet roślinach, które mają niesamowite umiejętności. Zobaczcie, co można zabrać do czytania na wakacje! Lista książek.

Reklama

O wielkiej sztuce holenderskiej z czułością

Ta olśniewająca książka szkockiej historyczki i krytyczki sztuki Laury Cumming ma właściwości obezwładniające czytelnika. 

Po pierwsze dlatego, że „Grom z jasnego nieba. Opowieść o życiu, sztuce i nagłej śmierci” (w pięknym przekładzie Anny Sak, Wydawnictwo Literackie) jest genialną próbą uchwycenia fenomenu malarstwa holenderskiego złotego wieku.

Po drugie, autorka nie napisała klasycznej pracy naukowej, stworzyła osobistą opowieść, w której życie i sztuka nierozerwalnie się łączą i przenikają.

Cumming udowadnia, że obrazy Holendrów do nas mówią, zachwycają, czasem wywołują nawet obsesję. Wracamy do nich, jak autorka do prac głównego bohatera tego tomu – Carela Fabritiusa (choć pisze też o wielu innych niderlandzkich mistrzach, jak Rembrandt, Johannes Vermeer, Hendrick Avercamp, Gerard ter Borch, Frans Hals, Adriaen Coorte), dostrzegając w nich nie tylko ciągle nowe detale, odkrywając nowe historie, ale i odbicie cząstki własnego życia. 

To absolutnie mistrzowska książka o potędze, z jaką oddziałuje na nas sztuka, o umiejętności wnikliwego i czułego patrzenia, o tym, że tytułowy grom może spaść na nas, zwiedzających, gdy zachwyci nas obraz, albo na malarza, gdy jego życie (jak w przypadku Fabritiusa) zostanie gwałtownie przerwane.  

Tom Laury Cumming napisany jest z wielką swobodą, ale to iluzja, bo autorka wnikliwie badała dzieła, sięgała do źródeł, analizowała.

Efekt oszałamia! O takich wykładach o sztuce marzy każdy bywalec muzeum. Aby opowieść nie tylko była pouczająca, ale jeszcze mogła poruszyć w nas czułą strunę.   

Dedykowana ojcu, malarzowi Jamesowi Cummingowi, który swoją córkę nauczył odważnie patrzeć na obrazy i w przyszłość i jest jednym z bohaterów tego tomu. 

Cichą polską dedykacją powinna być ta dla zmarłego niedawno wybitnego niderlandysty, profesora Piotra Oczki, który konsultował tę piękną książkę. 

I może jedna drobna uwaga do wydania „Gromu z jasnego nieba”.

Niektóre z reprodukcji (zwłaszcza tych prac, które cechuje wiele detali) są wręcz niemożliwe do studiowania w tak małych rozmiarach. Postanowiłam wydrukować z Internetu większe, aby móc śledzić opowieść Laury Cumming. Ale taką możliwość czytelnik powinien mieć po prostu przerzucając strony książki. 

<p>Laura Cumming, &bdquo;Grom z jasnego nieba. Opowieść o życiu, sztuce i nagłej śmierci&rdquo;, przełożyła Anna Sak, Wydawnictwo Literackie</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Laura Cumming, „Grom z jasnego nieba. Opowieść o życiu, sztuce i nagłej śmierci”, przełożyła Anna Sak, Wydawnictwo Literackie

Wichrowe wzgórza w nowym tłumaczeniu!

Przy śródtytule trzeba było postawić wykrzyknik, bo nowy przekład tak znanej powieści jak „Wichrowe wzgórza” Emily Brontë (Wydawnictwo W.A.B.) jest zawsze sporym wydarzeniem.

Poprzedza go gorączkowe oczekiwanie i pytania, jak tłumacz (w tym przypadku Anna Bańkowska) poradził sobie nie tylko ze współczesnym spolszczeniem oryginału, ale czy wytrzymał porównanie z poprzednim tłumaczem (czyli Janiną Sujkowską).

Uspokajam, Anna Bańkowska wykonała benedyktyńską pracę, ale efekt jest znakomity. Nie tylko nie ingerowała w zdania angielskiej powieściopisarki z Yorkshire (a skracanie ich zdarzało się w dawnym przekładzie), ale zadała sobie niemały trud, aby książkę czytało się dynamicznie i aby oddać niepowtarzalną mroczną atmosferę i okrucieństwo. 

Bańkowska nie eksperymentowała z uwspółcześnianiem tekstu na siłę, to olbrzymi walor tego przekładu, który można śmiało sprezentować zarówno dojrzałym czytelnikom zapoznanym z powieścią Emily Brontë, jak i tym, którzy dopiero rozpoczynają znajomość z literaturą sióstr wychowanych na plebanii w Haworth. 

A dla przypomnienia, akcja „Wichrowych wzgórz” rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX wieku na północy Anglii. Do swojego domu powraca po dłuższej nieobecności Pan Earnshaw, przywożąc wraz z sobą znajdę Heathcliffa.

Dzieci właściciela majątku mają od tej pory traktować go jak brata. Catherine odnajduje w Heathcliffie bratnią duszę, ale dla jej brata sierota jest zwykłym parobkiem, któremu należy pokazać jego miejsce.  

Rozpoczyna się bezwzględna kampania przemocy i okrucieństwa, która będzie angażowała kolejne pokolenia rodziny Earnshaw.  

P.S. Podziękowania dla Wydawnictwa W.A.B., że nie skusiło się na filmową okładkę „Wichrowych wzgórz”. Niedawna, mocno rozerotyzowana ekranizacja z Margot Robbie tak mocno infantylizowała zapis Emily Brontë, że nie warto w ogóle do niej wracać. 

<p class="MsoNormal">Emily Bront&euml;, &bdquo;Wichrowe wzg&oacute;rza&rdquo;, przełożyła Anna Bańkowska, Wydawnictwo W.A.B.</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Emily Brontë, „Wichrowe wzgórza”, przełożyła Anna Bańkowska, Wydawnictwo W.A.B.

Angielskie pisarki – jakie były naprawdę

Lekturę „Wichrowych wzgórz” w nowym, bardzo udanym przekładzie Anny Bańkowskiej warto uzupełnić o szalenie interesującą rozprawę prof. Anny Śliwińskiej z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zatytułowaną „Austen, Brontë, Woolf. Filmowe biografie” (ukazała się nakładem Wydawnictwa słowo/obraz terytoria).

W ten sposób poznamy lepiej autorki, które w ostatnich kilku dziesięcioleciach zyskały jeszcze dodatkowo sławę za sprawą ekranizacji filmowych i seriali, czy biografii filmowych.

Prof. Śliwińska z Instytutu Filmu, Mediów i Sztuk Audiowizualnych wnikliwie przygląda się każdej z wymienionych w tytule pisarek, a rzecz jest o tyle ciekawa, że konfrontuje rzeczywistość, czyli źródła z artystycznym przekazem filmowym. Jednym słowem, daje nam jasną informację – co scenarzyści rzeczywiście pożyczyli z biografii, korespondencji, a co jest wymysłem filmowców.

W przypadku Jane Austen to m.in. jej filmowe biografie, czyli „Zakochana Jane” z Anne Hathaway w roli tytułowej, czy „Jane Austen żałuje” z Olivią Williams jako słynną powieściopisarką. 

Siostry Brontë i ich spuścizna jest analizowana w kontekście m.in. dwóch filmów im poświęconych (słabo zresztą znanych w Polsce, jak np. „Siostry Brontë” André Téchiné'a), czy serialu The Brontës of Haworth”.

Gdy mowa o Virginii Woolf autorka odnosi się do „Godzin”, mistrzowskiej filmowej adaptacji książki Michaela Cunninghama (gdzie Woolf gra Nicole Kidman) czy filmu „Vita i Virginia” o romansie pisarki z Bloomsbury ze znaną arystokratką, poetką i pisarką.

Dla fanów wspomnianych pisarek książka prof. Śliwińskiej będzie nie tylko obowiązkowym przewodnikiem filmowym, ale też pięknie napisaną analizą literacką, z uwzględnieniem korespondencji pisarek i innych dostępnych źródeł. Naprawdę warto!     

<p class="MsoNormal">Anna Śliwińska, &bdquo;Austen, Bront&euml;, Woolf. Filmowe biografie&rdquo;, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Anna Śliwińska, „Austen, Brontë, Woolf. Filmowe biografie”, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria

Różewicz, Nowosielski – żywoty równoległe

Poeta (i ateista), który osiadł we Wrocławiu oraz malarz (i mistyk), który przez całe życie pozostał związany z Krakowem.

Od 1945 roku, kiedy poznali się w Krakowie, łączyła ich wyjątkowa, wieloletnia przyjaźń (a ściślej coś więcej – braterstwo), wymienili setki listów i kartek dzieląc się w nich najbardziej fundamentalnymi dla obu kwestiami – religii, „duchowej dyspozycji”, sensu życia, tworzenia. 

W książce „Nieskończona rozmowa. Nowosielski i Różewicz” (ukazała się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w roku 80-lecia wydawnictwa) historyk literatury i eseista Radosław Romaniuk przybliża równolegle biografie Tadeusza Różewicza i Jerzego Nowosielskiego.

<p>Radosław Romaniuk, &bdquo;Nieskończona rozmowa. Nowosielski i R&oacute;żewicz&rdquo;, PIW</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Radosław Romaniuk, „Nieskończona rozmowa. Nowosielski i Różewicz”, PIW

Odnajduje w nich leitmotivy, bada relacje, analizuje wspólne doświadczenia dwóch artystów wychowanych w określonej rzeczywistości charakterystycznej dla ich pokolenia. 

Pyta, po co poecie, który „nie widzi”, obecność w jego życiu artystów „widzących”, podkreśla, że Różewiczowi bliżej było do pracowni zaprzyjaźnionych artystów (jak Nowosielski, Kantor czy Jarema) niż do rozmów z rówieśnikami literatami.

I wreszcie przytacza słowa Tadeusza Różewicza, który o przyjaźni z Jerzym Nowosielskim pisze jako o relacji „ślepego i kulawego, którzy sobie pomagają w wędrówce”, a przychodzi do malarza jako do „pustelnika, świętego starca”.   

Tom, w którym autor bada losy niezwykłej przyjaźni, a niektóre jej epizody rozgrywały się we Wrocławiu.

Choćby wtedy, gdy w latach 80. Jerzy Nowosielski został zaangażowany do pracy nad ozdobieniem krypty św. Bartłomieja w cerkwi greckokatolickiej (wówczas mieszczącej się w kościele św. Krzyża i Bartłomieja na Ostrowie Tumskim, dziś w świątyni na pl. Nankiera, choć na Ostrowie pozostały wspaniałe witraże i freski). 

Breslau upada jako ostatnia twierdza

Wrocławska fryzjerka Janina Tyrcz przyjechała do Wrocławia w 1946 roku z rodzinnego Krosna i była przerażona tym, co zobaczyła na miejscu. „Wokoło tylko gruzy. Pomyślałam, co ja tutaj robię” – wspominała po latach podkreślając, że pierwszą noc w stolicy Dolnego Śląska spędziła siedząc na drzewie. Obawiała się band złodziei i gwałcicieli, którzy grasowali w ruinach miasta. 

Taki krajobraz po bitwie zastali we Wrocławiu już polscy ochotnicy-pionierzy, którzy w maju 1945 roku wjechali ciężarówką do miasta i wspominali potem, że cały Wrocław zdawał się płonąć.

Był to efekt trwającego ponad dwa miesiące (od lutego do maja 1945 roku) oblężenia Wrocławia przez Armię Czerwoną. Niemiecka strona przegrała, choć broniła się dłużej niż Berlin i którekolwiek z niemieckich miast.

Kulisy Festung Breslau, nie tylko od strony militarnej, ale też cywilnej, przybliża w bardzo rzetelnie przygotowanym tomie „Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945” (przełożył Tomasz Fiedorek) brytyjski historyk Richard Hargreaves. Wydawnictwo Rebis właśnie przygotowało dodruk książki. 

Dla Wrocławian, którzy znają też pisany przez ks. Paula Peikerta tom „Kroniki dni oblężenia Wrocławia 22 I – 6 V 1945”, to wręcz lektura obowiązkowa. Zwłaszcza że autor nie tylko panuje nad chronologią wydarzeń i źródłami historycznymi, ale sięga po wspomnienia uczestników tamtego czasu.

Na kartach książki odnajdą konkretne, dobrze znane miejsca w mieście (załączone są również fotografie archiwalne), które odegrały w bronionym się u schyłku II wojny światowej Breslau kluczową rolę. Na wiele z nich spojrzymy po lekturze tego tomu na nowo. 

<p>Richard Hargreaves, &bdquo;Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945&rdquo;, przełożył Tomasz Fiedorek, Wydawnictwo Rebis</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Richard Hargreaves, „Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945”, przełożył Tomasz Fiedorek, Wydawnictwo Rebis

Wypełnić pustkę po kimś bliskim

Na każdą książkę Szwedki Therese Bohman czekam z wielką niecierpliwością, a każdy z jej dotychczas opublikowanych czterech tomów (wszystkie ukazały się nakładem Wydawnictwa Pauza z charakterystycznymi projektami okładek autorstwa Tomasza Majewskiego) jest intrygującym portretem kobiety w szczególnych życiowych okolicznościach, w momencie wielkiej zmiany, czasem wielkiego dramatu.

O wszystkim Bohman pisze z niezwykłą powściągliwością, charakterystyczną dla siebie elegancją stylu, nie rezygnując jednak z budowania napięcia i wspaniałych momentów kulminacji. 

Hanna, główna bohaterka „Góry prawdy” (przełożyła Justyna Czechowska, Wydawnictwo Pauza), w dzieciństwie traci brata Erika, który wspólnie z kolegami wyprawił się na osławioną tytułową Górę Prawdy (o której krążą legendy, że na jej szczycie słychać głosy) i już nigdy nie wrócił.

Towarzysze tej wielkanocnej wyprawy niewiele pamiętają i nie potrafią wyjaśnić braku znajomego.

Początek tej powieści przywodzi na myśl klimat z książki i filmu „Piknik pod Wiszącą Skałą”, w której tajemnicza góra też wydaje się magnetycznie działać na młode dziewczęta u progu dorosłości.

Ale Bohman nie kontynuuje magicznego wątku, pisze przede wszystkim o rzeczywistości, w której zmuszeni są żyć rodzice i siostra Erika. Nadzieja, rozpacz, odrętwienie, depresja stają się częścią doświadczenia samej Hanny, której życie i artystyczna pasja, nawet jeśli początkowo nie zdaje sobie z tego w pełni sprawy, toczą się w cieniu dramatu sprzed lat. 

Doskonała, wyjątkowo piękna, nieco nostalgiczna książka m.in. o tym, jak wypełnić pustkę po ukochanej osobie. Lektura obowiązkowa!  

<p>Therese Bohman, &bdquo;G&oacute;ra prawdy&rdquo;, przełożyła Justyna Czechowska, Wydawnictwo Pauza</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Therese Bohman, „Góra prawdy”, przełożyła Justyna Czechowska, Wydawnictwo Pauza

Pokonać największego wroga – ból

„Zostałam zredukowana do kogoś, kto tylko wciąż cierpi ból” – pisze Celia Svedhem, szwedzka psycholożka i psychoterapeutka, ale też autorka niezwykle poruszającej książki „Ciemny pokój. O historii migreny i poszukiwaniu ulgi” (w przekładzie Elżbiety Ptaszyńskiej-Sadowskiej, Wydawnictwo Czarne).

I zabiera nas w przypominającą zawrót głowy podróż po swoim życiu, które całkowicie zdominowała migrena.

Zaczynamy od sceny, w której Svedhem próbuje okiełznać dwoje swoich dzieci, ale krzyk maluchów wwierca się niemal w mózg, głowa przypomina ciasny kask (jakby balon napierał na czaszkę) i tylko siłą woli Szwedka panuje nad sytuacją.

Siła woli jest potrzebna, bo na jej migrenę nie ma lekarstwa, nie można wziąć zwolnienia z pracy, kiedy nadchodzi atak, a ból pojawia się stopniowo i jest nieubłagany.

Nauczona czytać najdrobniejsze objawy Svedhem musi odwoływać wizyty pacjentów, nie pojawia się na spotkaniach rodzinnych, wywiadówkach dzieci. 

„Kiedy leżę tutaj, jestem nikim” – notuje podczas jednego z ataków, gdy musi znaleźć się w odosobnieniu, ciszy i w obowiązkowo ciemnym pokoju.

Postanawia jednak walczyć i książka to drobiazgowy zapis jej konsekwentnych starań, by móc uczestniczyć w życiu. Dla siebie i swojej rodziny.

Zaczyna od neurologów, rozmawia ze specjalistami z wielu dziedzin, wybiera się na terapię i zaczyna przebudowywać życie. Bo trudno funkcjonować, kiedy ostatni „krystalicznie czysty dzień” (czyli bez bólu głowy) zdarzył się rok wcześniej. 

Svedhem przekonuje się i przybliża czytelnikom, jak wielu intelektualistów cierpiało na migrenę (m.in. Friedrich Nietzsche, Charles Darwin czy Virginia Woolf), która odbierała im sprawność fizyczną i umysłową. W ich biografiach instynktownie odnajduje punkty styczne z własnymi dolegliwościami.

Jej książka jest mocnym świadectwem i próbą zapisu kondycji i stanów emocjonalnych osoby z przewlekłą migreną, ale też przewodnikiem dla tych (a np. w Polsce może ich być nawet pół miliona), którzy z lękiem rozpoczynają i kończą każdy dzień. Relacja Svedhem będzie promykiem nadziei dla wielu z nich. 

<p>Celia Svedhem, &bdquo;Ciemny pok&oacute;j. O historii migreny i poszukiwaniu ulgi&rdquo;, przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Czarne</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Celia Svedhem, „Ciemny pokój. O historii migreny i poszukiwaniu ulgi”, przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Czarne

Thomas Mann – człowiek, który wyczarował siebie i niemiecką literaturę

Jeśli oglądaliście „Ojczyznę” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego lektura znakomitej, poświęconej Thomasowi Mannowi powieści „Czarodziej” Colma Tóibína (w mistrzowskim przekładzie Jerzego Kozłowskiego, Wydawnictwo Rebis) będzie doskonałym uzupełnieniem świetnego filmu.

Wbrew informacjom polski reżyser nie nakręcił filmu ani według, ani na motywach książki Irlandczyka, choć skierował do autora specjalne podziękowanie w napisach końcowych (bo jeden z rozdziałów był impulsem dla rozwinięcia historii podróży Thomasa Manna po powojennych podzielonych Niemczech przedstawionej w „Ojczyźnie”). 

Książka „Czarodziej” pozostaje kolejną w dorobku Tóibína literacką próbą zmierzenia się z biografią wybitnego pisarza. Wcześniej podjął ją w „Mistrzu”, powieści, której bohaterem czyni tytana literatury angielskiej Henry'ego Jamesa (ukazała się także nakładem Rebisu i również w przepięknym tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego).

Niezwykle wnikliwy, by nie powiedzieć intymny portret Thomasa Manna, człowieka i pisarza, Tóibín tworzy w oparciu o starannie wybrane wydarzenia z życia jego bohatera. Te, które kształtują jego charakter, światopogląd, mają wpływ na przyszłe książki, choć niewiele tu opisów męki twórczej. To raczej próba odtworzenia tych momentów, które okazały się punktem zwrotnym. 

Jak poznanie żony Katii i jej brata, który w równym stopniu zainteresował pisarza, to relacja małżeńska Mannów, fascynacja Manna muzyką Mahlera, intelektualny trening dzieci, czy emocjonalny chłód w starciu z tragicznymi wydarzeniami. 

Czyta się „Czarodzieja” pasjami, choć to nie tylko lektura dla fanów Thomasa Manna, może przede wszystkim i przewrotnie dla tych, którzy nie rozumieją, a nawet świadomie ignorują jego książki. Jako antidotum na tę obojętność.    

<p class="MsoNormal">Colm T&oacute;ib&iacute;n, &bdquo;Czarodziej&rdquo;, przełożył Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Rebis</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Colm Tóibín, „Czarodziej”, przełożył Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Rebis

Rośliny potrafią (prawie) wszystko

Amerykańscy naukowcy słyną z imponujących budżetów na badania i ciekawego, łatwego sposobu opowiadania o rzeczach naprawdę skomplikowanych.

Ale bywa, że nie trzeba naukowca, ale osoby, która po prostu jest ciekawa i głodna zadawania pytań, jak amerykańska dziennikarka Zoë Schlanger, która przez lata zajmowała się w mediach tematem zmian klimatycznych.

W pewnym momencie, znużona, zainteresowała się wiadomością, że genom paproci z Nowej Kaledonii zawiera 160 miliardów par zasad, co oznacza, że to aż 50 razy więcej niż zawiera genom człowieka. 

Zadzwoniła do jednego ze specjalistów zajmujących się paprociami, a ponieważ uczestniczył akurat w konferencji dla ekspertów w tej dziedzinie, poprosił do telefonu pozostałych kilkoro naukowców. 

Zoë Schlanger uznała rozmowę z nimi za najbardziej fascynującą w swojej dziennikarskiej karierze. Liczyła się nie tylko wiedza rozmówców, ale ich autentyczna pasja i miłość dla zgłębiania sekretów paproci.  

Dla Amerykanki, która od lat chętnie otaczała się roślinami, jasne było jeszcze jedno – że rośliny potrafią robić rzeczy niewyobrażalne. 

I udowadnia to w szalenie interesującej książce „Światłożercy. Jak tajemnicza inteligencja roślin zmienia nasze rozumienie życia na Ziemi” (przełożyła Ewelina Zarembska, Wydawnictwo Helion), przy okazji rozprawiając się z mitem, który forsowali w swojej książce „Secret Life of Plants” (z początku lat 70. XX wieku) Peter Tompkins i Christopher Bird próbując udowodnić, ze można nawiązać emocjonalną więź z rośliną i można jej puszczać muzykę np. Beethovena. 

Dziś wiemy, że tamte badania nad zachowaniem roślin nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. A Schlanger przybliża najnowsze badania i prowadzi nas przez świat flory z radością prawdziwej pasjonatki.  

Idealna lektura na wakacje. Nie tylko dla botaników! 

<p>Zo&euml; Schlanger, &bdquo;Światłożercy&rdquo;, przełożyła Ewelina Zarembska, Wydawnictwo Helion</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Zoë Schlanger, „Światłożercy”, przełożyła Ewelina Zarembska, Wydawnictwo Helion

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama