Jak dziś pisać o malarstwie – mądrze i z pasją!
Historyk sztuki powinien być w dzisiejszych czasach po trosze także popularyzatorem swojej dziedziny. I nie oznacza to, że musi opuścić gardę i próbować przypodobać się sprytnymi sztuczkami szerokiej publiczności.
Przed laty publikowane w „Wysokich obcasach” przez prof. Marię Poprzęcką krótkie teksty o obrazach bywały źródłem i wiedzy i rozbudzonej fascynacji nieznanymi autorami.
Dziś absolutnie cudownie edukuje nas, uwrażliwia, otwiera na sztukę Grażyna Bastek, historyczka sztuki, pracowniczka Muzeum Narodowego w Warszawie, wykładowczyni akademicka. Jej książki stają się z miejsca bestsellerami, a te wydane przez PWN to prawdziwe dzieła sztuki edytorskiej (przepiękny „Ilustrownik”, a teraz wznowione po kilku latach, w jednym tomie i oszałamiającej szacie graficznej „Rozmowy obrazów”).
Autorka, niestrudzona popularyzatorka, ale przede wszystkim wciąż pasjonatka sztuki, zachęca, by na sztukę przede wszystkim patrzeć. To pierwszy krok. Obrazy z nami rozmawiają, choć uwiecznione na nich postaci czy przedmioty nie mają głosu.
Ale obrazy, co autorka skrupulatnie odnotowuje w esejach i wielu starannie przygotowanych zestawieniach, rozmawiają też same z sobą. Zwłaszcza jeśli malarze pragną nawiązać (czasem nawet po upływie wieków) dialog z arcydziełami swoich poprzedników, coś nowego dopowiedzieć, odnieść się do określonego, niegdyś nakreślonego problemu.
Grażyna Bastek zwraca uwagę na wiele ciekawych tematów, kontekstów, odniesień, jak m.in. motyw zwierciadła, sposób kształtowania perspektywy w obrazach, który tak bardzo unowocześnił malarstwo i zmienił nasze patrzenie, misterne komponowanie pejzaży, a także motyw wody i mgły. Pisze o obrazach najdroższych i o genialnym fałszerzu.
Tom „Rozmowy obrazów” jest jak róg obfitości, do którego można sięgać w razie estetycznej potrzeby. Niekoniecznie czytając rozdziały chronologicznie. Czytelników ucieszy wiele polskich odniesień, których brak w książkach zagranicznych autorów o sztuce. To eseje o wedutach (i Canaletcie z kolekcji Zamku Królewskiego), czy jedynych obrazach Rembrandta w polskich zbiorach, tych podarowanych przez Karolinę Lanckorońską (znajdujących się także w kolekcji Zamku Królewskiego w Warszawie).
Album, który skłania do zakochania się w sztuce.
Galeria zdjęć
PIW ma 80 lat! – a jubileusz świętuje książkami
Nie wyobrażam sobie swojego dorastania i rodzinnej historii bez książek Państwowego Instytutu Wydawniczego (a zwłaszcza kultowej serii Proza Światowa z okładkami ilustrowanymi przez wybitnych artystów), który w tym roku świętuje jubileusz 80-lecia.
Wydawnictwo zainaugurowano w 1946 roku i od tamtej pory, szczęśliwie nieprzerwanie (choć pamiętamy, ku przestrodze, momenty grozy sprzed dekady) dostarcza czytelnikom tego najbardziej wartościowego literackiego paliwa.
Propozycje wydawnicze na ten rok są imponujące (by zdradzić m.in. tom korespondencji Stanisława Różewicza i Jerzego Nowosielskiego, opowiadania wybrane Rudyarda Kiplinga, „Listy urodzinowe” brytyjskiego poety Teda Hughesa, „Mikrogramy” Szwajcara Roberta Walsera czy dramaty Sarah Kane).
Na urodzinowy deser polecam na ten moment Norwega Frode Gryttena, jednego z najbardziej dziś znanych pisarzy z tego kraju, który dał nam niedawno noblistę Jona Fosse.
Czy to jest książka o śmierci, jak sugerowali niektórzy krytycy? Zapewne, ale „Dzień, w którym umarł Nils Vik” (w pięknym przekładzie Katarzyny Tunkiel) jest może przede wszystkim ostatnim momentem afirmacji życia i miłości. Główny bohater, zaprawiony w życiu bliskim naturze, ale i surowym klimacie, płynie promem przerobionym niegdyś z łodzi żaglowej w ostatni rejs. W tej podróży do kresu towarzyszą mu bliscy – zmarła żona i pies, którego od dawna już nie ma.
Takiej literatury nam trzeba na dzisiejsze czasy zgiełku i chaosu. Potrzeba nam priorytetów, ważnych rozmów, miłości. I te sprawy tylko w tym tomie.
A druga z jubileuszowych książek to powieść Łukasza Suskiewicza „Kauri”. Mocna historia zainspirowana tragicznymi wydarzeniami z połowy XVIII wieku na Oceanie Indyjskim, gdy po katastrofie francuskiego statku transportującego niewolników, rozbitkowie – zarówno uwięzieni (malgaskie kobiety), jak i załoga (marynarze z Francji) zostają zmuszeni do egzystowania na mikroskopijnym spłachetku ziemi.
Znakomita książka o rzeczywistości, o której chcielibyśmy wymazać i zapomnieć, ale z krzywdą trzeba się zmierzyć. O wielkiej woli życia, sile miłości i o trudnej historii.
Baudelaire wciąż szokuje!
Pamiętam do dzisiaj, jaka sensacją była dla mnie w liceum lektura wiersza „Padlina” ze słynnego tomu „Kwiaty zła” Charlesa Baudelaire'a (1821-1867) w przekładzie Mieczysława Jastruna rozpoczynającego się od wersów:
„Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna,
W tej letni, tak piękny poranek:
U zakrętu leżała plugawa padlina
Na ścieżce żwirem zasianej”.
Książkę kupiłam potem w jakimś nędznym, niestety, wydaniu, bez informacji o okolicznościach, w jakich powstał szokujący tom poezji, bez dokładnej noty biograficznej autora.
Tym bardziej cieszy mnie, że w prestiżowej serii Biblioteka Narodowa (Wydawnictwo Ossolineum) ukazały się właśnie „Kwiaty zła” w opracowaniu Tomasza Swobody, prof. Uniwersytetu Gdańskiego, tłumacza literatury francuskiej (obok Baudelaire'a także Rolanda Barthes'a, Georges'a Bataille'a, Marcela Prousta). To wydanie jest zawsze gwarancją jakości.
Nota biograficzna została przygotowana z wielką pieczołowitością, poznamy nie tylko twórczość literacką (której część stanowiły przekłady utworów...Edgara Allana Poego), ale też życie prywatne, narastające latami perturbacje rodzinne i osobiste rozterki poety, który chętnie założyłby rodzinę, ale ostatecznie wiązał się z kobietami, które tej stałości nie gwarantowały.
I przekonamy się, jakim skandalem było w 1857 roku opublikowanie „Kwiatów zła”, o których krytycy pisali, że należy zbadać stan umysłowy autora, a Baudelaire'owi wytoczono proces o obrazę moralności i ukarano grzywną. Ale w obronie autora i jego tomu stanął sam Victor Hugo spiesząc z wyrazami uznania. I choć „Kwiaty zła” ostatecznie nie poprawiły sytuacji finansowej Baudelaire'a stały się tomem niezwykle ważnym i dyskutowanym.
My mamy szansę czytać w tym tomie pełny przegląd przekładów – od dawnych (m.in. Wiktora Gomulickiego) po współczesne (choćby prof. Ryszarda Engelkinga, który przez lata wtajemniczał prof. Swobodę w tematykę twórczości Baudelaire'a) i z uwzględnieniem tłumaczeń dokonanych m.in. przez wspomnianego Mieczysława Jastruna, Czesława Miłosza czy Wisławę Szymborską – poetów.
Otwierajmy zatem tom i poznajmy niezwykłego francuskiego poetę, który wstrząsnął niegdyś Francją i światem literatury.
Piszą: Tadeusz Różewicz i Jerzy Jarocki (do siebie)
Tom listów „Widocznie tak musi być między żywymi artystami. Korespondencja 1966-2011” (Wydawnictwo Warstwy) wybitnego poety, prozaika i dramaturga Tadeusza Różewicza i znakomitego reżysera Jerzego Jarockiego zebrany odczytany z rękopisów i opracowany przez historyczkę literatury Annę Romaniuk to nie tylko kolejna w Wydawnictwie Warstwy odsłona wymiany listów Tadeusza Różewicza z drugą artystyczną znakomitością (po świetnych, kurtuazyjnych, a i pełnych zaskoczeń listach z Czesławem Miłoszem w tomie „Braterstwo poezji”).
Obecna książka jest ważna, bo odsłania kulisy – zarówno prawie 50-letniej ciekawej przyjaźni, ale też współpracy na linii dramaturg-reżyser, wyjątkowo cennej, biorąc pod uwagę, że Jerzy Jarocki zrealizował na scenie większość najważniejszych scenicznych utworów dramatycznych Tadeusza Różewicza z „Pułapką” włącznie.
Świetnym pomysłem był wstęp do korespondencji, za który posłużyła autoryzowana przez obydwu twórców rozmowa o życiu i o scenie, jaką Jerzy Jarocki przeprowadził z Tadeuszem Różewiczem (w charakterze gościa) w Teatrze Starym w 1992 roku.
Następujące po niej listy z lat 1966-2011 służą zarówno wymianie informacji wokół przygotowywanych spektakli Różewicza, ale dotyczą nieustającego głodu teatru w ogóle i życia.
Z biegiem lat tytułowanie wzajemne „Pan” zmienia się w „Tadeuszu Drogi” i „Jurku Kochany”, znajomość w przyjaźń. Zawsze bardzo otwartą w wyrażaniu poglądów, a czasem i krytykowaniu drugiej strony.
Tom, który wielu czytelników, także Różewiczowskich fanów, zaskoczy!
Tadeusz Różewicz podglądany (także z marginesów)
Profesor Wojciech Browarny z Uniwersytetu Wrocławskiego jest od lat badaczem twórczości wrocławskiego poety, prozaika, dramaturga. Napisał o nim m.in. bardzo dobrą książkę „W drodze. Wrocław śladami Tadeusza Różewicza”, opracował też w serii Biblioteka Narodowa prozatorskie utwory autora „Pułapki”.
Najnowszy tom „Stulecie Tadeusza Różewicza. O pisaniu i wspominaniu” (nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego) jest efektem lat wertowania archiwum Tadeusza Różewicza zawierającego ponad sto wypełnionych po brzegi teczek, a zdeponowanego w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich.
Znalazły się tu najważniejsze materiały – rękopisy, dokumenty, ale też artefakty, którymi, jak wskazuje przykład profesora Browarnego, zajmować się nie tylko trzeba, ale i po prostu warto. Bo lektura jest okazją do przyjrzenia się zarówno Różewiczowi przy pracy twórczej (a tu zdarza się, że jeden rękopis jest poddawany przez niego korekcie w perspektywie blisko 50 lat!), ale też Różewiczowi – człowiekowi, który na marginesach nie tylko notuje, i rysuje, ale margines staje się dla poety rodzajem życiowej postawy. Zawsze nieco z boku.
Profesor Browarny przybliża też związki Tadeusza Różewicza z Wrocławiem, jego mieszkania, znajomych, ale także to, co pozostało – wspomniane już archiwum zdeponowane w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich, czy ekspozycja w Muzeum Pana Tadeusza.
A na okładce znakomite, bezcenne zdjęcie Tadeusza Różewicza na wrocławskich Jatkach autorstwa Adama Hawałeja, który przez lata fotografował artystę.
Wydawnictwo Warstwy z nową (świetną) serią książek
Pod koniec ubiegłego roku Wydawnictwo Warstwy (które w 2026 roku świętują 10 lat pod skrzydłami Wrocławskiego Domu Literatury) ogłosiło nową serię (eseistyczną) i od razu zaprezentowało w niej dwa tytuły. Oba szalenie interesujące, z pięknymi okładkami autorstwa dobrze znanego wrocławskiego grafika Jakuba Zasady.
„Podwójne zęby szalonego Carla. Szkice z frontu” Dariusza Sośnickiego, poety nominowanego do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius, ale też redaktora i autora piszącego do cenionych periodyków (m.in. ukochanego przez wielu wielbicieli literatury Dwutygodnika) to prawdziwa torpeda dla wszystkich, którzy kochają wytrawne i jednocześnie naprawdę przystępne teksty o książkach i pisarzach.
W zebranych tu blisko 20 materiałach – szkicach i recenzjach (wcześniej ukazały się w Dwutygodniku i „Czasie Kultury”) uszeregowanych w rozdziały o poezji, prozie i eseju, dostajemy przekrój tego, co najbardziej zafrapowało Sośnickiego w wybranych dziełach. A śledzi warsztat autorów, czasem światopogląd, często idee stojące za utworami. Są tu teksty o poezji Marcina Świetlickiego, o przełomowej, gorzkiej prozie Dunki Tove Ditlevsen i surrealistycznej Rumuna Maksa Blechera, o „niewydanym debiucie” Wisławy Szymborskiej, zupełnie niepodobnym do niej, a jednak...
Czyta się ten tom na jednym wdechu, choć muszę uprzedzić czytelników – zdarza się rodzaj spojlerów i, co gorsza, nie mamy tego autorowi za złe. Zwłaszcza kiedy np. o książce „Zakochany” Alfreda Hayesa (którą uwielbiam) pisze z krytycznym zacięciem i z zachwytem.
Uwiodła mnie historia o wybitnym brytyjskim poecie W. H. Audenie w małej austriackiej wiosce Hinterholz, do której uciekał z wielkiego świata i gdzie był szczęśliwy. Podróżny esej, ale pisany z miłością do Audena.
Może za sprawą tej miłości do literatury dlatego nie można się od tej książki oderwać.
Druga z książek w nowej serii Warstw to „Inacząc” Jerzego Franczaka, pisarza, eseisty, akademika. Autor swoją pasją do literatury dzieli się z nami proponując dyskusję o fragmentach tekstu wyjętych z książek (jest też refleksja wokół zdań otwarcia powieści).
Jak na rasowego akademika przystało Franczak wybrane frazy drobiazgowo analizuje pod względem warsztatowym – bada gatunek, stylistykę, tematykę. A potem nieoczekiwanie zaczyna pytać, czy ta opowieść mogła zostać napisana i rozegrana inaczej (tytułowe "inaczenie" to staropolskie zmienianie).
Przyznam, zabawa jest przednia i lepiej nie podglądać ciągu dalszego, tylko dać się zaskoczyć popisowi erudycji, ale i znajomości opisywanych autorów (to m.in. fragmenty zaczerpnięte z książek Francuzów Jeana Echenoza, Romaina Gary'ego, Amerykanki Joyce Carol Oates, Brytyjczyków Rose Tremain i Edwarda St Aubyna).
Kalejdoskop wybranych książek jest nie tylko dowodem na czytelnicze zainteresowania Jerzego Franczaka, ale po prostu na głód literatury doskonale skrojonej, przemyślanej, dającej pole do wirtuozerskiego popisu krytyka. I to w dobrym stylu.
O mężczyźnie na skraju załamania
Norweżka Nina Lykke zachwyciła polskich czytelników fenomenalną, mocno obnażającą rzeczywistość, szczerą do bólu powieścią „Ostatnie stadium” (wydaną nakładem Pauzy) o samotnej (choć w związku) lekarce, która staje się outsiderką swojej klasy społecznej i zamiast na przedmieściach pomieszkuje w swoim gabinecie.
Knut Pettersen, bohater najnowszej powieści skandynawskiej autorki zatytułowanej „Nie jesteśmy tu dla przyjemności” (w bardzo dobrym przekładzie Karoliny Drozdowskiej, Wydawnictwo Pauza), starzejący się i już mało poczytny pisarz też najchętniej ukrywałby się, tyle że w swoim mieszkaniu w Oslo, zadręczając narzekaniem sąsiada Franka.
Zwłaszcza od czasu, kiedy został zgrillowany w książce (i opisany jako agresywnie molestujący mężczyzna) napisanej przez mocno przedsiębiorczą autorkę, z którą niegdyś znalazł się w dwuznacznej sytuacji.
Przypadek zdarza (a właściwie rozpaczliwa chęć zarobienia), że postanawia przyjąć zaproszenie na festiwal literacki w znanym kurorcie narciarskim Lillehammer. Problemem jest spotkanie autorskie, w którym ma wziąć udział, bo jedną z rozmówczyń ma być wspomniana autorka, która go niemal cywilnie uśmierciła.
Przygotowania i podróż zamieniają się w serię reminiscencji wokół życia Knuta, jego nieudanego małżeństwa z Lene, kompletnego braku kontaktu z synem Lukasem, ale też wokół nękającej go niemocy twórczej, społecznego zniechęcenia i życiowego zgorzknienia.
Rzecz jest znakomita, bo Lykke ma mistrzowską rękę do tworzenia bohaterów życiowych rozbitków (a w tym przypadku mężczyzny na skraju załamania), którzy nas irytują swoją indolencją, ale są świetnym materiałem badawczym i punktem wyjścia do satyry wysokiej próby. Na facetów, środowisko literackie, oczekiwania wobec życia.
Lektura nie do przegapienia!
Jak ryba w wodzie – o naukowcu, który zadziwiał
Przyznam, najpierw uwiodła mnie okładka projektu wrocławskiej ilustratorki Gosi Herby.
Dopiero potem zajrzałam do środka zachęcona biografią bohatera jej książki, ale też specjalizacją autorki (dziennikarz naukowy!).
Zgodnie z tytułem i okładką rzecz jest trochę o rybach, bo David Starr Jordan, główny bohater tomu „Dlaczego ryby nie istnieją” (w przekładzie Hanny Pasierskiej, Wydawnictwo Czarne) to ichtiolog, taksonom (szeregujący gatunki biologiczne), jeden z ojców założycieli Uniwersytetu Stanforda (pierwszy prezydent tej uczelni), ale przede wszystkim pasjonat nauki i człowiek wielkiego ducha.
Co ciekawe, już w pierwszych zdaniach Miller zdradza, jak David Starr Jordan, na skutek dramatycznego trzęsienia ziemi, naukowiec traci bezcenne, zebrane podczas morskich podróży eksponaty naukowe. Niezrażony, przystępuje do ratowania tego, co jest możliwe.
Potem Lulu Miller wraca do początków biografii i już przedstawia bohatera chronologicznie. W sposób naprawdę szalenie przystępny, co zresztą (jeśli chodzi o biografie, także naukowców) jest zaletą wielu amerykańskich autorów. Plus wyjaśnianie trudnych terminów i nieoczywistych profesji w sposób, który jest przystępny dla każdego czytelnika. Bo czyta się fantastycznie!