wroclaw.pl strona główna Kulturalny Wrocław – najświeższe wiadomości o kulturze Kultura - strona główna

Infolinia 71 777 7777

13°C Pogoda we Wrocławiu
Ikona powietrza

Jakość powietrza: dobra

Dane z godz. 15:00

wroclaw.pl strona główna
Reklama
  1. wroclaw.pl
  2. Kultura
  3. Aktualności
  4. „Beksiński we Wrocławiu” zostaje na dłużej. Rozmawiamy o wystawie, obrazach i artyście

Wystawa 45 obrazów Zdzisława Beksińskiego w IASE (kompleks Hali Stulecia) jest przedłużona do 3 marca. Rozmawiamy o niej z kuratorką Dorotą Szomko-Osękowską: „Sztuka bliska współczesnemu człowiekowi”. Tworzył ją artysta lubiący smutek, melancholię i dramatyzm, który malował śmierć, by chociaż na chwilę o niej zapomnieć.

Reklama

Sanok to miejsce pielgrzymek miłośników Zdzisława Beksińskiego. Natomiast we Wrocławiu są teraz obrazy, których tam nie można zobaczyć, ponieważ nie są częścią ekspozycji stałej. Do nas przysłaliście takie dzieła na eksport.

Tak, we Wrocławiu jest wyjątkowy zestaw, który na co dzień przechowujemy w magazynach i nie pokazujemy w naszym muzeum. To jednocześnie oznacza, że gdy organizujemy wystawy w innych miastach, nasza kolekcja się nie uszczupla. Stała wystawa pozostaje nienaruszona.

Przypominam, że w Sanoku, do którego serdecznie zapraszam, prezentujemy ponad 600 prac z wszystkich okresów twórczych. Zobaczymy więc te dziecięce i młodzieńcze, po dojrzałe dzieła, kończąc na ostatnim obrazie, który autor ukończył w dniu śmierci [21 lutego 2005 roku - przyp. red.]. Zobaczymy również zrekonstruowaną z oryginalnych sprzętów pracownię warszawską, gdzie będziemy mogli głębiej wniknąć w codzienny, intymny świat mistrza; zobaczyć przedmioty, którymi otaczał się na co dzień. Muzeum Historyczne w Sanoku to skarbnica wiedzy o życiu i twórczości Beksińskiego, najlepsze miejsce do zgłębiania jego sztuki.

Jak wyglądały, przebiegały przygotowania do wydarzenia we Wrocławiu?

Wybieraliśmy obrazy tak, żeby całość była różnorodna, przekrojowa i interesująca. Większość dzieł pochodzi z dwóch okresów: fantastycznego i z ostatnich dwudziestu lat twórczości. Staraliśmy się zachować pomiędzy nimi balans. Uatrakcyjniliśmy prezentację jedną pracą abstrakcyjną z końca lat pięćdziesiątych, na pewno mniej znaną publiczności, pochodzącą z czasów poszukiwań języka plastycznego. Ten okres był ówcześnie wysoko oceniany przez krytyków sztuki. Uznaliśmy, że warto go zaakcentować.

Prezentowany zestaw przypomina więc dzieła z momentu doskonalenia warsztatu, wypracowywania własnego języka artystycznego, mierzenia się z nurtami sztuki współczesnej, jak również z okresu dojrzałości malarskiej. Jest to retrospektywa, która umożliwia dostrzeżenie rozwoju tej sztuki, przemian dokonujących się na przestrzeni dekad. Dodatkowo Fundacja Beksiński przygotowała pokaz multimedialny, który jest uzupełnieniem wystawy.

Co mówił artysta, a raczej czego nie mówi o swoim malarstwie?

Artysta w żaden sposób nie ułatwiał odbioru swojej sztuki. Nie dawał wskazówek ani żadnego klucza, nie nadawał pracom tytułów, niczego nie tłumaczył. Jak mówił, realizował wizje, które w sposób spontaniczny, pozaracjonalny, narzucają się jego wyobraźni. I domagają realizacji. Tylko tyle.

On sam nie potrafił, i chyba nie chciał, o tej sztuce mówić, analizować jej, tłumaczyć. Twierdził, że jeśli próbuje coś wyjaśniać, to cały sens umyka, rozpływa się… Mówił, że to co maluje, jest niewyrażalne w słowach. Można to jedynie przeżyć, odczuć, doświadczyć. Dawał dużą przestrzeń wolności dla odbiorcy.

Do czego zachęcał widzów patrzących na jego obrazy?

Do tego, żeby nie doszukiwali się ukrytych znaczeń i symboli, bo – jak twierdził – ich tam nie ma. Zachęcał, żeby odbierać zawartą tam tajemnicę poprzez uczucia i emocje. Określał swoją sztukę autoportretem wewnętrznym, duchowym. Wskazywał więc, że jest bardzo osobista i indywidualna, opowiadająca o jego własnych przeżyciach i niepokojach. Jednocześnie jest niezwykle uniwersalna, ponieważ dotyka tajemnicy życia, śmierci, przemijania. Tych kwestii, które dotyczą każdego człowieka.

Ta sztuka skłania do zatrzymania się, refleksji, konfrontuje z tym, co nosimy w sobie. Zadaje trudne pytania, które są fundamentalne dla każdego człowieka. Nie pozostawia nas obojętnymi. A równocześnie zachwyca walorami plastycznymi, poziomem warsztatowym, potęgą wyobraźni i wizji artystycznej. Beksiński powtarzał, że całe życie dąży przede wszystkim do namalowania pięknego obrazu.

Co obrazy mówią nam o autorze?

„Lubię melancholię, smutek, dramatyzm…” i te stany ducha wyrażał poprzez swoją sztukę. Kwestie egzystencjalne były dla niego niezwykle istotne. Rozważania o charakterze metafizycznym zajmowały mu większość czasu przy malowaniu.

Beksiński do końca powtarzał, że jest skrajnym pesymistą, największym, jakiego można sobie wyobrazić. Lękał się nicości i nieustannie towarzyszył mu niepokój metafizyczny, co wybrzmiewa w jego twórczości. Mówiąc o pesymizmie, nicości zawsze jednak dodawał, że ma nadzieję, że się myli. To światło, które wyłania się z nierzadko mrocznych wizji, często kojarzone jest z czymś pozytywnym, z jasnością. Jedni widzą w tym nadzieję, inni wręcz przeciwnie. Odbiór zawsze jest zderzeniem wizji artysty z wrażliwością odbiorcy. Sam artysta mówi nam tylko tyle, ile chce powiedzieć.

Dla mnie ta sztuka mówi przede wszystkim o tym, że życie jest pełne wzniosłości i powagi, i każdy z nas – indywidualnie – powinien się nad nim głęboko zastanowić. 

Na wystawie spotykamy Beksińskiego malarza. Pani nazywa go artystą totalnym. Dlaczego?

Należy pamiętać, że był artystą niezwykle wszechstronnym, dla którego sztuka była formą egzystencji, całym życiem. Tworzył nieustannie i wciąż poszukiwał nowych środków wyrazu. Zaczynał od fotografii w latach pięćdziesiątych, w sześćdziesiątych pojawiła się rzeźba, monotypia, heliotypia, cały czas towarzyszył mu rysunek, pod koniec lat dziewięćdziesiątych pojawiły się prace komputerowe, fotomontaże. Ale to jeszcze nie wszystko.

Pisał krótkie opowiadania inspirowane antypowieścią francuską, które nie tak dawno ukazały się drukiem i zostały docenione przez literaturoznawców. W młodości tworzył próby muzyki konkretnej, które porzucił, mając świadomość, że sprzęt, który pozwoliłby mu na zadowalający efekt, nigdy nie będzie dla niego dostępny. A on był perfekcjonistą.

Największa eksplozja talentów, pomysłów, eksperymentów nastąpiła jeszcze w latach sanockich. Natomiast w okresie warszawskim skupił się już przede wszystkim na malarstwie, które było dla niego najważniejszą formą wypowiedzi, dającą przestrzeń wolności dla wyobraźni, dla realizacji wizji, które „nosił w sercu i pod powiekami”.

Co ma pani na myśli, mówiąc o muzyce konkretnej?

To muzyka skonstruowana z naturalnych dźwięków, takich jak odgłosy ulicy, mowa ludzka, śpiew ptaków, dźwięki przyrody. Najogólniej mówiąc: odgłosy przyrody i cywilizacji. Modyfikowane, przetwarzane, montowane, poddawane jakimś rytmom. Ta muzyka była więc niezwykle eksperymentalna, a eksperyment w tamtym czasie artystę bardzo pociągał.

Jakie paralele można znaleźć u niego pomiędzy muzyką a malarstwem?

Emocjonalność i bezpośredniość. Muzyka to najbardziej uniwersalny, bezpośredni język emocji. Artysta ją kochał. Pragnął, aby w podobny sposób oddziaływała na widza jego sztuka. Nie poprzez analizę. Chodziło mu o emocje płynące z przeżywania, doświadczania obrazów, które miały poruszać, wstrząsać, docierać do najgłębszej wrażliwości. Muzyka jest tym językiem emocji, który porusza najczulsze struny duszy ludzkiej, dlatego Beksiński „chciał malować tak, jak pisze się muzykę”.

Do czego odwoływał się w swoim malarstwie, skąd czerpał inspiracje?

Inspirowało go zapewne wszystko, czego w życiu doświadczał, w tym otaczający go świat drobnych rzeczy, literatura i oczywiście muzyka. Nie były to inspiracje dosłowne czy bezpośrednie. W korespondencji często przywoływał cytat z Księgi Koheleta: „marność nad marnościami i wszystko marność…” czy słowa z Psalmu 23: „chociażbym chodził ciemną doliną… ”. Największą inspiracją był jednak jego świat wewnętrzny: pytania i niepokoje, które w sobie nosił. Powtarzał, że głównym motorem jego twórczości jest strach przed śmiercią i przemijaniem. Mówił: „maluję śmierć, żeby chociaż na chwilę o niej zapomnieć”.

W zasadzie nie inspirował się jakoś wyraźnie innymi malarzami czy obrazami. Na pewnym etapie widać pewne wpływy Picassa, Klee, Moore’a. Przetwarzał je jednak na własny indywidualny język plastyczny. Mówił o pojedynczych obrazach, które zrobiły na nim olbrzymie wrażenie w młodości, jak choćby „Wyspa Umarłych” Bocklina lub dzieła Turnera, które widział jedynie na reprodukcji. To wrażenie zapamiętał jednak na całe życie.

Miał ulubione tematy?

Główne tematy, które podejmował, to postać ludzka i zwierzęca, głowa, architektura. Uważał, że najprostszy motyw jest najbardziej czytelny dla odbiorcy, a dla niego jest najlepszym polem do wariacji. Zawsze myślał o obrazie w sposób abstrakcyjny, stąd najlepszy prosty temat i cała gra malarska rozgrywająca się wokół, za każdym razem inna, niepowtarzalna.

Był typem domatora. Nie uczestniczył w życiu towarzyskim, niechętnie opuszczał mieszkanie. Nie pojechał nawet do Nowego Jorku, kiedy miał okazję na stypendium Guggenheima. Dlaczego odmówił?

Tłumaczył to prozaicznie i trochę z przymrużeniem oka: nie znam języka, jedyne buty jakie posiadam to traktory, nie mam garnituru. Ale mamy świadomość, że powód był głębszy. Artysta za chwilę był już na innym etapie myślenia o swojej sztuce. Rodziła się jego niezwykle indywidualna wizja artystyczna. Nie potrzebował już ciągłych poszukiwań, eksperymentów. Chciał mówić swoim własnym językiem, mimo że wiedział, że może wiele stracić. Autentyzm przekazu i prawda w sztuce były jednak silniejsze.

Obrazy wiszące we Wrocławiu są na płytach pilśniowych. Wcale nie malował na płótnie? Wiadomo dlaczego?

W młodości spróbował malować na płótnie, ale żadnego obrazu na tym podłożu nie ukończył. Malował tylko na płytach pilśniowych. Początkowo miał do nich większy dostęp, gdyż na płótno nie było go stać. Po jakimś czasie przyzwyczaił się na tyle, że nie chciał już rozstawać się z płytami.

Janusz Barycki, prezes fundacji, powiedział mi przy obrazach, że Beksiński nie w każdym miejscu jest mile widziany. Tak rzeczywiście jest?

Oczywiście, że tak. Do dzisiaj nie wszystkie środowiska artystyczne akceptują sztukę Beksińskiego, nierzadko wciąż postrzegając ją przez pryzmat lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy w Polsce dominował eksperyment, nowoczesność, abstrakcja. Beksiński, pomimo bardzo pozytywnych recenzji, porzucił tę konwencję i skłonił się ku sztuce przedstawieniowej, kojarzonej z surrealizmem, symbolizmem, fantastyką, która w tamtym czasie była nieco passé. Malował w duchu dawnych epok, których czas już minął. Potraktowano to jak zdradę, pozytywnie odnosząc się jedynie do fotografii awangardowej lat pięćdziesiątych i dzieł tworzonych w duchu abstrakcji.

Dodatkowo Beksiński – wraz z objawieniem nowego oblicza swojej sztuki – często oskarżany był o kicz, o epatowanie śmiercią, straszenie. On natomiast w tamtym czasie często posługiwał się persyflażem, groteską, natomiast odbierany był śmiertelnie poważnie.

Z czego wynikały negatywne oceny krytyków?

Ta niechęć może też wynikać z faktu, że Beksiński nie ukończył ASP, pomimo że się dostał. Za namową ojca wybrał jednak architekturę. W pewnych kręgach może uchodzić za nieprofesjonalnego artystę, bez przygotowania zdobytego na uczelni. Sam uczył się warsztatu, zdobywał wiedzę, zgłębiał tajniki malarskie. Chyba można to dzisiaj uznać za zaletę – w perspektywie tego, co osiągnął.

Wydaje się, że w wielu środowiskach nadal postrzegany jest przez pryzmat okresu fantastycznego. A ta sztuka przecież się zmieniała, dojrzewała, ewoluowała ku malarskości, pracy nad formą. Trzeba mieć też na uwadze, że najzwyczajniej w świecie nie do każdego odbiorcy, nie do każdej wrażliwości ta twórczość będzie przemawiać. Aktualny czas świadczy jednak dobitnie, że nieustannie przyciąga, fascynuje, intryguje i porusza kolejne generacje odbiorców. Jest więc w pewnym sensie bliska współczesnemu człowiekowi.

Z Dorotą Szomko-Osękowską, kuratorką wystawy we Wrocławiu, historyczką sztuki, kustoszką w Muzeum Historycznym w Sanoku, rozmawiał Błażej Organisty.

Ekspozycja „Beksiński we Wrocławiu”, składająca się z 45 obrazów i prezentacji wideo, miała skończyć się 18 lutego, ale została przedłużona do 3 marca. Do obejrzenia w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych, obok Hali Stulecia.

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama
Powrót na portal wroclaw.pl