Nowa książka Jurija Andruchowycza. Pasjonujący leksykon łotrzykowski

Nic dziwnego, że tom „Kochankowie Justycji” wrocławską premierę miał podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, bo choć wydawca – wrocławskie Warstwy – zapewniało, iż nie jest to kryminał, jego bohaterowie odnaleźliby się na kartach każdej powieści tego gatunku. Ale książka ukraińskiego pisarza to także przednia literacka gra i uczta dla spragnionych wspaniałych opowieści z historią w tle.

  • kochankowie justycji jurij andruchowycz wydawnictwo warstwy

    Okładka „Kochanków Justycji” Jurija Andruchowycza Wydawnictwa Warstwy w stylu art nouveau


Pisarz, który kocha Wrocław

Nową książkę Jurija Andruchowycza (która ukraińską premierę miała w ubiegłym roku) opublikowało wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, co wydaje się absolutnie naturalne, kiedy pamięta się o silnym związku, jaki poetę, prozaika, wreszcie muzyka, łączy ze stolicą Dolnego Śląska.

Jego tomy poetyckie wydawało tu Biuro Literackie, a od momentu zdobycia Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus w 2006 roku Andruchowycz bywał w mieście często zarówno z powodów literackich, jak i koncertowych (z zespołem Karbido). Upodobał je sobie w szczególny sposób, a jego wypowiedź „I tylko we Wrocławiu wszystko bywa tak, jak lubię” został nawet nadrukowany na lnianych torbach promujących Europejską Stolicę Kultury w 2016 roku.

Genialne tłumaczenie nowej książki

Wspaniale, że Warstwy wywalczyły publikację „Kochanków Justycji”, a jeszcze lepiej, że do przekładu pozyskano dwie fenomenalne tłumaczki – Olę Hnatiuk i Katarzynę Kotyńską (która zresztą dokonała translacji nagrodzonej Angelusem powieści ukraińskiej pisarki Oksany Zabużko). Dzięki nim spisane przez Andruchowycza łotrzykowskie biografie czyta się jak popis literackiej wirtuozerii najwyższej próby.

W podtytule „Kochanków Justycji” czytamy, że to powieść parahistoryczna w ośmiu i pół odcinkach. Można podejrzewać zatem zarówno aluzję do słynnego filmu Adriana Lyne'a o wielkiej namiętności, jak i skrupulatne oddanie stanu rzeczy, bo ostatni z rozdziałów (autobiograficzny) wydaje się wprawką po lekturze sążnistych poprzednich fragmentów.

Biografie historycznych awanturników

Pisanych przez blisko 30 lat, bo w rozmowie z Michałem Nogasiem dla magazynu „Książki” Andruchowycz przyznał, że pierwszy rozdział popełnił na początku lat 90., kiedy z lakonicznej notatki lwowskiego powieściopisarza i historyka Władysława Łozińskiego o podolskim awanturniku i gwałcicielu Samijło Niemiryczu stworzył całe opowiadanie. Otwiera ono teraz „Kochanków Justycji” zatytułowane „Samijło albo szlachetny łotr”. 

Ale postać osławionego szlachcica intrygowała ukraińskiego autora do tego stopnia, że zainspirowała wiersz „Samijło Niemirycz. Awanturnik posadzony do wieży za gwałt. Samemu sobie”, w którym pisał: „Może po pijaku, może złapał cię schiz/bo nie widzę powodów, dla takiego łajdactwa/więc leż w łańcuchach, cegły zębami gryź/ty co piłeś, strzelałeś, miałeś kupę bogactwa.”

Przez kolejnych siedem i pół rozdziałów powieści (choć można także uznać książkę za zbiór opowiadań) Andruchowycz przybliża nam zbrodnie (także i zbrodnie serca) od XVII wieku do czasów autorowi współczesnych (czyli jego dorastania). A że opowiada z coraz większą swadą i wciąga nas w literacką grę, w której podrzuca nam kolejne tropy, lektura staje się prawdziwym wyzwaniem.

Historia Ukrainy pisana krwią

Jeśli ufać autorowi (bo nieraz wodzi nas na pokuszenie i zwodzi na manowce) dopowiadał literacko kolejne historie, które zgromadził w tomie aż trzydzieści lat. Ufać Andruchowyczowi w tym akurat względzie należy, bo widać wyraźną różnicę w stylu kolejnych opowieści, poeta (a tu prozaik) czuje się najwyraźniej coraz bardziej swobodnie, opowiada z większą swadą, poczuciem humoru, pozwala sobie na dygresje, z których zwycięsko wraca do głównych wątków.

Andruchowycz zbiera w „Kochankach Justycji” nie tylko zbójeckie biografie, ale pisze szczególną historię Ukrainy z wieloma jej historycznymi zakrętami dziejów (nie unika tematu ukraińsko-polskich konfliktów, przygląda się im jak badacz, nie oskarża, stara się tłumaczyć).

Historię niekoniecznie wielkich miast (jak Lwów), ale też mieścin, wiosek, czasem górskich samotni, w które zapędzają się bohaterowie. To świat, w jakim wynalazki cywilizacji przeplatają się płynnie z tajemniczymi rytuałami molfarów, magów i uzdrowicieli z Karpat Wschodnich. 

Faust, Sinobrody

W tomie przeplata autentyczne, wyszukane drobiazgowo w archiwum informacje (jak w bodaj najbardziej drobiazgowym opowiadaniu o ukraińskim nacjonaliście Sansarze) z wykreowanymi, by autrakcyjnić fabułę.

Stąd pewnie wizja „wyposażonego w psy bojowe oddziału szturmowego braci dominikanów” A.D. 1641 z rozdziału o fałszywym mnichu Albercie Wiroziemskim. Stąd faustowskie echa w historii kupca Mario Pongratza, który dla ukochanej żony pragnie wiecznej młodości. Stąd nawiązania do postaci Sinobrodego z baśni Charles’a Perraulta w makabrycznym życiorysie Juliusa Grodta, w którego posiadłości znikają kolejne kobiety.

Cyrk Wagabundo z Iwano-Frankowska

Łącznikiem dla wszystkich historii pozostaje całkowicie fikcyjna trupa cyrkowa Wagabundo, który towarzyszy bohaterom przez kolejne stulecia. Skąd wiadomo, że nieprawdziwa? Bo tak nazywa się centrum kultury, jakie Jurij Andruchowycz stworzył w Iwano-Frankowsku i wykorzystał nazwę w „Kochankach Justycji”.

Ale chyba nie należy sobie zawracać głowy dociekaniem, czy wszystkie opisane historie zdarzyły się naprawdę. Należy dać się im uwieść jako czytelnik i mieszkaniec środkowej Europy, której kraje tak wiele łączy.

Konkurs-do wygrania 4 książki „Kochankowie Justycji”



Zgłoś uwagę