Hymn o miłości wiecznej.„Orfeusz i Eurydyka” w Operze Wrocławskiej

Miłość tak silna, że nie pokona jej nawet śmierć. Przeciwnie, ukochany będzie swą ukochaną obsesyjnie wskrzeszał każdego dnia. „Orfeusz i Eurydyka” Glucka w reżyserii Mariusza Trelińskiego to niezwykłe przedstawienie o uczuciu niepoddającym się upływowi czasu. W poruszającej interpretacji Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, solistów i chóru. 

  • michał partyka orfeusz i eurydyka opera wrocławska

    Michał Partyka jako Orfeusz i Bożena Bujnicka jako Eurydyka/fot. z youtube.com

  • michał partyka orfeusz i eurydyka opera wrocławska

    Michał Partyka jako Orfeusz/fot. z youtube.com

  • michał partyka orfeusz i eurydyka opera wrocławska

    Michał Partyka jako Orfeusz/fot. z youtube.com


Być jak fan opery

Kilka lat temu namiętnie chodziło się do opery na Mozartowskiego „Don Giovanniego” w reżyserii Mariusza Trelińskiego, bo spektakl był absolutnie wyjątkowy, z perfekcyjną realizacją (w proporcjach fifty-fifty) dramatycznej i komicznej części libretta. Po premierze „Orfeusza i Eurydyki” Glucka, także zrealizowanej przez Trelińskiego, już teraz, bezpośrednio po premierze, można oczekiwać grona fanów, którzy będą rezerwowali bilety na najbliższe przedstawienia.

Opera, która wciąż porusza

Opera Christopha Willibalda Glucka zachwyciła wielu młodych na widowni nie tylko za sprawą genialnej absolutnie muzyki wczesnoklasycznego kompozytora, ale równie genialnie nakreślonej przez Trelińskiego historii związku, który zakończyła śmierć tytułowej Eurydyki. Przed premierą Mariusz Treliński podkreślał, że aby opera wciąż poruszała publiczność musi się zmieniać i być współczesną opowieścią. Dlatego dzieje tragicznej miłości Orfeusza i Eurydyki oglądamy we współczesnym sztafażu – apartamencie zanurzonym w wielkomiejskiej dżungli. Za oknem krajobraz drapaczy chmur i kakofonia dźwięków alarmu samochodowego, czy jadących na sygnale służb. We wnętrzu minimalistycznie, sterylnie, nowocześnie (według świetnego projektu scenografa Borisa Kudlički). Tak samo bohaterowie – nie noszą zbędnych ozdób, ona w pięknie skrojonej prostej sukni, on w stylowym płaszczu, białej koszuli i dżinsach (kostiumy Marka Adamskiego). Prawdopodobnie dobrze sytuowani, tylko dlaczego w tym designerskim apartamencie Eurydyka z rozpaczy uderza pięściami w stół, a wreszcie połyka tabletki i umiera na oczach nadchodzącego Orfeusza. 

Rozpacz codzienna

Nie dostajemy precyzyjnej odpowiedzi, możemy jedynie domyślać się przyczyn jej depresji. Ale nie ten aspekt jest w spektaklu najistotniejszy. Najsilniej Gluck wyeksponował w partyturze ból po stracie ukochanej, czy to w wiedeńskiej włoskiej, którą obejrzeliśmy we Wrocławiu, czy w paryskiej śpiewanej po francusku wersji „Orfeusza i Eurydyki”. Dni mijają (przepięknie oddał to światłem reżyser Marc Heinz), ból nie przemija, wydaje się pogłębiać. Orfeusz rusza więc do piekieł, by Eurydykę odzyskać, ale nawet jej powrót jest torturą. Bo warunkiem jej pozostania z Orfeuszem ma być jego obojętność. Kochanek nie może jej okazać uczuć, co prowadzi do nieuchronnego tragicznego finału.

Wspaniały Orfeusz

Treliński przepięknie opowiada o otchłani, w jaką wpada człowiek, kiedy traci bliską osobę. Widzi ją wszędzie, wciąż przechowuje pozostałe po niej przedmioty, zrobiłby wszystko, aby wróciła. Fenomenalnie kreuje postać Orfeusza baryton Michał Partyka. Cierpienie jego postaci to wypadkowa wielu stanów emocjonalnych i każdy z nich jest wiarygodny, poruszający, do tego stopnia, że nie można oderwać od śpiewaka oczu. Niełatwą rolę ma Eurydyka (Bożena Bujnicka), przez sporą część spektaklu niema, multiplikowana (pojawia się kilkanaście identycznie wyglądających tancerek baletu w choreografii Tomasza Wygody będącej hołdem dla Piny Bausch) w wyobraźni męża. Kiedy wreszcie zaczyna śpiewać, widz wciąż nie wie, czy to sen, czy jawa. Świetnie wkomponowany w przebieg akcji został tu Amor (Hanna Sosnowska), jako doręczyciel jednej z kurierskich firm.

Stylowa orkiestra barokowa

Pod względem muzycznym „Orfeusz i Eurydyka” to także perełka, bo gra Wrocławska Orkiestra Barokowa pieczołowicie przygotowana przez szefa Jarosława Thiela. Wersja wiedeńska opery Glucka jest krótsza od późniejsze o ponad dekadę paryskiej i pozbawiona, ku rozpaczy fanów tego dzieła, m.in. dramatycznego tańca Furii. Ponadto Orfeusz to baryton, a nie tenor (jak w paryskiej wersji), zaś finał jest tragiczny, podczas gdy w późniejszej edycji oglądaliśmy happy end. Niemniej, instrumenty brzmią naprawdę doskonale, a usunięcie charakterystycznej bariery pomiędzy orkiestronem a widownią pozwala na doskonały przepływ dźwięku, przez co zespół nie brzmi jak zamknięty w głuchej przestrzeni. Jednym słowem, od teraz „Orfeusz i Eurydyka” to pozycja obowiązkowa dla bywalców opery i tych, którzy dotychczas nie gustowali w muzyce dawnej. Tę inscenizację pokochają od pierwszego wejrzenia i słyszenia. 

Zgłoś uwagę