Wrocław Extra

Dębscy: Wszystko, co powiesz, może być użyte w powieści...

fot. by Beata Dębska/flickr

Idą przez literacki Wrocław jak burza. Ale czytelnikom kryminalnej trylogii Beaty i Eugeniusza Dębskich w to graj. Polubili bowiem Tomasza Winklera, błyskotliwego detektywa samotnika, a akcja powieści autorstwa wrocławskich pisarzy z każdym kolejnym tomem coraz bardziej wbija w fotel. Fani książek Dębskich pytają więc o ciąg dalszy. My także, i nie tylko o to.

Małgorzata Wieliczko | 02 grudnia 2021

MW: „Szwedzki kryminał”  jeszcze pachnie farbą drukarską, ale wielu jego lekturę ma już za sobą i tęskni za Winklerem. Nie trzymajmy dobrych ludzi w niepewności. Szanowni Państwo, powstanie czwarta część cyklu z byłym gliną czy się jeszcze nie zanosi?

– Jesteśmy w trakcie pisania czwartego tomu, a podpisaliśmy umowę jeszcze na piątą część. Knujemy intrygi na całego. Cieszymy się, że czytelnicy są niecierpliwi i proszą o więcej, ale potrzeba nam czasu! Postulujemy o wydłużenie doby!

W tym ostatnim Wam nie pomożemy, ale duchowe wsparcie macie załatwione. Wiemy, że dadzą Państwo radę, bo „Dwudziesta trzecia”, „Zimny trop” i ta ostatnia – „Szwedzki kryminał” ukazywały się bardzo szybko, jedna po drugiej. Tak szybko piszecie książki?

– Powieści ukazały się tak szybko, bo... były napisane. Trwało to kilka lat, podczas których pisaliśmy, poprawialiśmy, dopieszczaliśmy. I niemrawo szukaliśmy wydawcy. Aż trafiliśmy na Agorę, którą zachwycił „Szwedzki kryminał”, no i logiczne było, że zagarnęli i poprzednie dwa tomy.

Beata Dębska, Eugeniusz Dębski

Beata Dębska – absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, na co dzień prowadzi biuro doradztwa podatkowego. Eugeniusz Dębski – to pisarz ze sporym dorobkiem, mający na koncie ponad sto opowiadań i dwadzieścia powieści, z których część doczekała się przekładów na języki rosyjski, czeski, węgierski i niemiecki, laureat Śląkfy (polskiej nagrody fantastycznej, przyznawanej przez Śląski Klub Fantastyki) – jako Twórca Roku 1994, również kilkukrotnie nominowany do Zajdla – najważniejszej polskiej nagrody dla twórców literatury fantastycznej.

A jak knujecie te swoje intrygi? Zamykacie się razem, lub osobno, zostawiacie kartę: „Wracamy za miesiąc”, a potem toczycie spory, kto pisze początek, kto dialogi, a kto zakończenie?

– Blokuje nas brak czasu i takiego komfortu, że wyjeżdżamy na dwa tygodnie do naszego domku w lesie i tylko piszemy. My wykradamy godziny i minuty na pisanie, bo praca „ w podatkach” to fucha na 24 na dobę! Oczywiście, że się spieramy, kłócimy i forsujemy swoje wersje i pomysły, ale w którymś momencie przychodzi „pan kompromis”, jak w życiu. Bez tego nie skończylibyśmy żadnej z powieści.

No to musicie teraz zdradzić trochę smaczków z Waszej literackiej kuchni – gdzie szukacie inspiracji na wątki, postaci, dialogi... Buszujecie w aktach sądowych, policyjnych, macie wtyki w prokuraturze...?

– Zaczyna się od długich rozhoworów o fabule. Może niech zabiją… Nie, ukradną. Co ty? Komu to potrzebne. Coś ostrego! Brzytwę? Głupi! Kidnaping? Nie, dzieci wymagają specjalnej troski, trudno z nimi uciekać… No to może zabiją obu? O, to jest dobre, i ją też! Mając zgrubny szkielet, podwieszamy na nim bombki: jedną tu, drugą niżej, a tu gwiazdka, a tu wisielec… Po jakimś czasie stoi w pokoju taki upiór i my go opisujemy. To Fabuła. Dialogi leżą u jej stóp, są podnoszone i wstawiane, gdzie trzeba.

W miarę rozwoju akcji pojawiają się zapotrzebowania na detale. Ostatnio byliśmy na strzelnicy, postrzelaliśmy z P99, rozmawialiśmy z byłym policjantem. Mamy też znajomych innych gliniarzy, którzy zawsze wyjaśnią, że potrzebny nam prokurator, i kontroler w razie strzelaniny, i tak dalej… Internety też sypią wiedzą. Zwracaliśmy się o pomoc do dziewczyny pracującej w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji w sprawie badań DNA.

Dębscy, pisarze

Cały świat Waszych kryminalnych opowieści trzyma się na silnych męskich barkach niejakiego Tomasza Winklera. Czytelnicy mają rację – ten gość daje się lubić. Może przypominać trochę Chandlerowskiego Philippa Marlowe’a. Też jest lubiany, do tego były „pies”, przystojniak, co prawda dużo pali i nie odmawia whisky, ale zadanie wykona tak, by sprawiedliwości stało się zadość. Czy wymyślając Winklera, mieli Państwo na oku jakiś wzorzec znanego detektywa?

– To jednak czuje się tę fascynację Chandlerem? Oboje uwielbialiśmy powieści Chandlera, a Marlowe zawsze wydawał nam się świetną postacią. Myślę, że niejeden bohater kryminałów był wzorowany na tym szorstkim, dowcipnym facecie. Jednak minęło kilka dekad i nasz Tomek nie może być dokładnie taki, jak on. Ostatnio wróciłam do Chandlera, czytając fragmenty jego powieści, i… okazało się, że jest tam wiele seksistowskich dowcipów, odzywek i zachowań w stosunku do kobiet, które dziś już nie są akceptowalne. I to wspaniale, że to się zmieniło i możemy mieć bohatera, który jest męski, a zarazem czuły i wrażliwy. Jest feministą, kocha kobiety!

Ale Chandler nie wymyślił babci Romy... Kto wpadł na pomysł, żeby jej wnuk, Tomek Winkler, nie tylko z nią mieszkał, ale i w pewnym sensie współpracował?

– Chandler wymyślił extrasamotnika. Klinicznego. W żadnej z powieści nie dzwoni do przyjaciela, kolegi nawet, nie ma rodziny, znajomych. W ostatniej powieści ma żonę, ale w połowie nie on to napisał, a jeśli nawet, to nie bardzo to Philipowi się udało. Myśmy nie chcieli takiego puchacza, dlatego musiał być ktoś do pomocy. Z wielu opcji wybraliśmy ciepłą babcię, kochającą wnuka, racjonalistkę, dowcipną i inteligentną. Kto by nie chciał takiego wsparcia w trudnej chwili? Pierwsza zakrzyknęła Beata: Babcia! Została babcia z dobrym skutkiem i z pożytkiem dla Tomka i dla nas!

To teraz słów kilka o... lokalizacji. Nie unikniemy tego, bo chodzi o Wrocław. Wasze powieści dołączają do listy kryminałów innych autorów, gdzie to miasto jest także jednym z „bohaterów” ich książek. 

– Nasze powieści nie są tak zwanym kryminałem miejskim. Wrocław stanowi tło zdarzeń i nie opisujemy go z historyczną szczegółowością. Myślę, że to naturalne, że opisuje się to miejsce, które najlepiej się zna. Mamy taką zasadę, że jakiekolwiek miasto czy wioska występuje w powieści, musimy je odwiedzić i sprawdzić, jak obecnie wygląda, jakie tam są knajpki, czy jest jakieś kino. Dlatego Tomek działa na terenie Dolnego Śląska, bo to nam ułatwia pracę. Wrocław jest moim rodzinnym miastem, a Eugeniusz mieszka tu już kilkadziesiąt lat. Nie mieliśmy wyjścia, a właściwie wybraliśmy najprostsze rozwiązanie. Cała Polska kocha Wrocław!

Każda kolejna książka Waszego cyklu zyskuje na mocy – akcja bardziej się zapętla, trup pada gęściej i więcej krwi się wylewa, podobnie jak przekleństwa wszelakie. Jest mroczniej i okrutniej. Dlatego że dobry kryminał potrzebuje takiego „mięsa”?

– Logiczne, że każda kolejna powieść musi mieć więcej dobrego niż poprzednia. Co by to była za frajda czytać takie same lub bardzo podobne kryminały? Nie mierzymy krwi na litry, ale uważamy, że świat zbrodni to jednak bardziej rzeźnia niż cukiernia. Wulgaryzmy w środowisku przestępców i gliniarzy obowiązkowe, bo dialogi straciłyby wiarygodność. W powieściach kryminalnych jest bardzo wiele podgatunków. Nie piszemy cozy mystery [w których nie ma naturalistycznie opisanych morderstw ze szczególnym okrucieństwem czy ostrych scen seksu – red.], chociaż wiem, że powieści w tym stylu mają wielu fanów, tam fabuła może się nawet obejść bez trupa. U nas można chyba mówić o kryminale typu noir, a tam bez „mięsa” nie da rady.

Szwedzki kryminał

Dębscy: – Nasza recepta na kryminalny bestseller? Wyrazisty bohater, obrzydliwy przestępca, ślepe tropy, żeby czytelnik mógł trochę sam popracować, a na koniec zaskakujący finał i co najważniejsze – wymierzona sprawiedliwość, bo jak śpiewał Kazik –  „Zbrodnia to nie zbrodnia, kiedy nie jest ukarana…

Którą książkę, z tych trzech dotychczasowych, uważacie za najbardziej udaną? 

– Gdybyśmy mieli wybierać najlepszą powieść z cyklu, to „Szwedzki kryminał”, i to wcale nie dlatego, że to najmłodsze dziecko, najmłodsze, ale najdojrzalsze.

Czy istnieje jakiś „pierwszy recenzent” tego, co tworzycie, zanim oddacie tekst wydawcy?

– Pierwszymi recenzentami jesteśmy dla siebie nawzajem. Jest nas dwoje, piszemy razem i gdy powieść jest skończona, to zawsze jest już przez kogoś przeczytana. Najpierwszym czytelnikiem jest nasz redaktor Paweł Sajewicz, cudownie się z nim współpracuje, bardzo twórczo podchodzi do tekstu i kocha naszych bohaterów prawie tak, jak my. Mamy też wielbiciela, który bardzo zaangażował się w losy bohaterów, wnikliwe czyta każdy tom i podsuwa cenne wskazówki. Pozdrawiamy Macieja Sz.!

I zapewne panu Maciejowi Sz. też nie umknęło, że pani Beata „weszła w kryminał” jak w masło, i to z powodzeniem, mimo że jej nazwisko jest dość świeże na literackich salonach. Co spowodowało, że się na nich pojawiło? „Zazdrość” o już wieloletnie dokonania małżonka czy to on jednak sprawił, wiedząc, jakie talenty ona skrywa? 

– Wspominałam już o tym w  wielu rozmowach. Eugeniusz w swoim cyklu o Owenie Yeatesie złożył hołd Chandlerowi i napisał powieść sensacyjną, tylko że z elementami fantastyki. W innym cyklu – „Moherfucker”, gdyby wyjąć z powieści potomków Cthulhu  i guimony, też zostaje świetny kryminał. Nie jestem fanką fantastyki i zachęcałam męża do napisania rasowego kryminału. Zgodził się, ale poprosił o współudział, taki był warunek. Zatem, propozycja nie do odrzucenia.

...a czytelnicy są wdzięczni, że Pani ją przyjęła. A jakiej, oprócz tej literackiej, wspólnej pasji jeszcze się Państwo oddają?

– My spędzamy większość czasu razem. Bardzo rzadko się rozstajemy. Prowadzimy razem biuro doradztwa podatkowego, wspólnie podróżujemy. Bardzo lubimy razem gotować, a że ja jestem wegetarianką, a Gienek mięsożercą, zawsze powstają dwie wersje tej samej potrawy.

Dębscy, pies

Wspólnie opiekujemy się naszą zwierzęcą szajką w osobach Fanki – goldenki seniorki, piętnastoletniej blondyny, Ryśki – popielatej mądrej „norweżki”, która uwielbia jeść, i Puszkina – naszego norweskiego juniorka, rudego dzieciaka – najszybszego w rodzinie łapacza much i konesera włoskich serów.

Wiele podróżowaliśmy po świecie, ale pandemia bardzo to zmieniła. Jednak znalazło się coś „na zastępstwo”. Kupiliśmy domek w środku wielkopolskich lasów i staliśmy się sezonowymi wieśniakami. Okazało się, że bardzo lubimy siedzieć w grządkach. Hodujemy warzywa, pielęgnujemy drzewa owocowe, nałogowo sadzimy wszędzie zioła. To prawdziwy raj i bardzo chętnie tam piszemy i wymyślamy fabułę naszych powieści.

A kto w tej rodzinno-pisarskiej spółce jest szefem, pani Beato?

– Nikt z załogi nie odważył się zaproponować tego drugiego na to eksponowane stanowisko. Piszemy w demokracji. Zbieramy laury wspólnie i wspólnie sypiemy popiół na głowy, z tym że z mojej natychmiast się osypuje!

Rozmawiała: Małgorzata Wieliczko, zdjęcia: by Beata Dębska/flickr

Krótki przepis duetu literackiego Dębskich na świetną powieść kryminalną

  • Czytać konkurencję, czaić co zepsuli, żeby uniknąć błędów. Czytać konkurencję, żeby zobaczyć, co im wyszło i dlaczego. Dużo myśleć, notować, podglądać. Na przystanku stoi ciekawy typ – a już go do powieści! W telewizji ktoś pokazuje ładną przełęcz – o, przyda się! Potykasz się na schodach i lecisz na zbity p…! I dobrze, zapisujesz doznania!
  • Zawsze mówimy znajomym i przyjaciołom: Masz prawo milczeć. Wszystko, co powiesz, może być użyte w powieści, potem nie masz prawa do adwokata. Czy rozumiesz swoje prawa? A horror zaczyna się, gdy już masz tekst, a nie masz wydawcy. Good luck!

Dębscy, aytograf

Wiele innych pytań możecie zadać Beacie i Eugeniuszowi Dębskim osobiście – w sobotę, 4 grudnia, podczas spotkania z autorami na 29. Wrocławskich Targach Dobrych Książek w Hali Stulecia o godz. 13.30 (sala Niebieska). Nie zapomnijcie o autografach!

Czytaj też: Dębscy mają Winklera i nie wahają się go użyć...