Wrocław Extra

Maciej Kulhawik. Czy Król Wrocławia żyje jak król?

W iluzji zakochał się jako sześciolatek. Pierwsze karciane sztuczki poznał w gimnazjum. Piętnaście lat ćwiczeń pozwoliło mu stać się pełnokrwistym iluzjonistą, błyskotliwym performerem o pseudonimie Król Wrocławia i pożądanym na firmowych imprezach showmanem. Można by sądzić, że portfel mu się nie domyka. Ale Maciej Kulhawik, oprócz „tytułu”, z królewskich atrybutów ma jedynie... królewski gest. Chce oddać 300 tys. zł na badania nad depresją.

Niecodzienny gest, niecodzienny darczyńca, chciałoby się rzec. Ale Maciej Kulhawik nie wyciągnie tych 300 tys. zł z kapelusza, jak królika za uszy. Chce je wygrać w popularnym tv show „Mam Talent” i jest na najlepszej drodze do tego celu, ponieważ trafił już do półfinału programu. 26 października br. będziemy oglądali, jak po raz kolejny zadziwia jurorów i widzów swoją magią.

– To moje pierwsze i jedyne podejście do tego programu. Wcześniej trochę drażnił mnie fakt, że trafiają tam ciągle ci sami ludzie, po kilka razy. Myślę, że jest to też męczące dla publiczności. Szczerze powiedziawszy, byłem przeciwny, bo nigdy nie chciałem być wrzucany do worka z innymi iluzjonistami – wyznaje Maciej. – Raczej uważałem, że sam, swoim stylem życia, ciężką pracą i setkami pokazów dojdę do definiowanego przez siebie sukcesu.

Do pokazania jego niezwykłych umiejętności w „Mam Talent” 28-latek z Wrocławia został jednak nakłoniony przez przyjaciela, Antoniego Płuciennika, który przekonał Macieja, że dzięki temu misja iluzjonisty, czyli zdobycie i przekazanie znaczącej kwoty na badania nad nowymi metodami leczenia zaburzenia lękowego, ataków paniki i lekoopornej depresji, może zyskać szerszy oddźwięk i co ważne – społeczne wsparcie. Dziś już wiadomo, że będzie ono mierzone liczbą SMS-ów, którymi widzowie zechcą nagrodzić Macieja.

Albo ja, albo ona – depresja...

– Zmagam się z zaburzeniem lękowym całe życie. Ostatnie 12 lat nieustannie walczę z atakami paniki i depresją. Trudno to sobie wyobrazić z uwagi na radosny charakter – mój i mojej pracy. Latami zmagałem się z tą moją „zmorą” podczas pokazów, starając się jednocześnie, by publiczność niczego nie dostrzegła – wyznaje Maciej.

Ataki paniki u siebie liczy już w setkach. Niestety, dały mu odczuć swoją wyniszczającą psychicznie i fizycznie siłę do tego stopnia, że musiał szukać profesjonalnej pomocy. Nie tylko terapia, ale i niestety farmakologia pomagały mu w powolnym wyjściu ze swoistej matni.

Dziś jest coraz lepiej. W każdym razie Maciej poczuł się gotowy, żeby podzielić się swoją historią z resztą świata. Pokazał, że można ciężką pracą i wytrwałością pokonać swoje nawet największe ograniczenia.

W świetle reflektorów, stanął twarzą w twarz z obcymi przecież, choć życzliwymi ludźmi, by wyjawić i motyw, i cel, dla jakiego staje do rywalizacji w programie, a potem zaprezentował swoje niezwykłe umiejętności iluzjonisty. Publiczność i jurorzy byli pod wielkim wrażeniem.

Magister inżynier prezentuje!

Maciej, mimo że urodził się w Zielonej Górze, ma Wrocław we krwi. Stąd pochodzi jego rodzina – mama i brat, a babcia mieszka w dolnośląskiej stolicy od 1956 r.

– Zawsze uwielbiałem przyjeżdżać do babci w odwiedziny, a we Wrocławiu zakochałem się bez pamięci kiedy wróciłem tu na studia – opowiada.

Zawodu wyuczył się solidnego – jest magistrem inżynierem budownictwa po Politechnice, ale przyznaje, że te studia wybrali mu raczej rodzice.

– Bo kto w wieku siedemnastu lat wie, co chce zrobić ze swoim życiem? – pyta retorycznie i zaraz dodaje: – Na pewno nie ja. Zawsze byłem dobrym uczniem. Może nie najlepszym, ale zawsze solidnie pracującym. Na szczęście zostało mi to do dziś. W głębi duszy od zawsze wiedziałem jednak, że chcę być performerem.

Okazało się jednak, że te solidne politechniczne studia to nie był do końca czas stracony, bo stały się miejscem, gdzie Maciej mógł testować swoje showmańsko-performerskie umięjetności:

– Czułem, wiedziałem, co kiedy powiedzieć i w jakim kontekście, żeby cała 400-osobowa sala na wykładzie zaśmiała się na zawołanie. Sprawiało mi to dużo frajdy i przyjemności. Rozwijałem więc tę pasję, a z czasem moja widownia rozrosła się do ludzi oglądających moje uliczne pokazy czy uczestników rozmaitych imprez, na które zaczynałem być zapraszany jako „atrakcja wieczoru”.

Chciałem być jak Copperfield...

Maciej już jako sześciolatek wodził palcem po ekranie telewizora za cudami, jakie wyprawiał guru iluzji David Copperfield. – Wierzyłem, że to, co robi, dzieje się naprawdę. Jako brzdąc brałem karty do ręki, naśladowałem jego ruchy i… nic się nie działo – wspomina. – Ale z jakiegoś powodu bardzo to ciągle za mną „chodziło”, w głębi duszy wiedziałem, że zostanę iluzjonistą.

Ten duch ożył ze zdwojoną siłą, gdy Maciej był w gimnazjum. – Kolega pokazał mi rozmaite karciane sztuczki i na nowo rozpalił we mnie ogień magii i iluzji. A gdy wyjaśnił, jak to się robi i że rzeczywiście można się tego nauczyć, wsiąkłem bez reszty i od tamtego czasu już nie wypuszczałem kart z rąk. Trzymam je już dobre piętnaście lat – śmieje się Król Wrocławia.

Jak zasiadłem na wrocławskim tronie

– Zawsze chciałem mieć chwytliwą ksywkę. Nazwisko mam trudne i niełatwo je zapamiętać. Nawet moi koledzy nie wiedzą, jak to się pisze, a i pani Foremniak, wyczytując mnie jako jednego z półfinalistów, pominęła literkę „h” w moim nazwisku i wyszło „Kulawik” – wyjaśnia Maciej, wspominając, jak został Królem Wrocławia.

– Mianował mnie nim jeden z ludzi ulicy, których, eufemistycznie mówiąc, sponsoruję czasem po pokazach. Krzyknął: „Królu! Jak poszło? Dostanę dzisiaj dychę?”. I wtedy zapaliła się lampka w mojej głowie: „Król Wrocławia”, o kurde, ale dobre! Wiedziałem, że to idealnie kontrastuje z moim błaznowaniem na rynku i jeśli ktoś myśli, że jestem nadętym bufonem, nazwywając się w ten sposób, najpewniej nie widział nigdy mojego pokazu – uśmiecha się performer. – Lepiej grać ze słabym planem niż bez żadnego, więc przedstawiam się tak wszędzie, gdzie się da. Dużo prościej mnie znaleźć, wpisując gdziekolwiek w internecie „Król Wrocławia” niż błędnie moje nazwisko.

Od 2014 r. ulicznych pokazów Król miał grubo ponad 1000. Jego znakiem firmowym i jednocześnie elementem artystycznego image'u, widocznym już z daleka, są czerwone buty.

W setkach da się już policzyć jego komercyjne występy. – Uwielbiam je, bo nigdy nie wiem, co mnie czeka. Czasem występuję pod drzewkiem w parku, czasem w stodole, a czasem w najdroższej restauracji w Warszawie. Na maksa kręci mnie to, że odnajduję się w każdej z tych sytuacji, ale moje serce bije najmocniej na ulicy. To kocham zdecydowanie najbardziej.

Mimo że pokazuję sztuczki, to nie oszukuję

– Prawda i autentyczność to moja życiowa dewiza i hasło mojego vloga „W czerwonych butach”, w którym dokumentuję swoją ścieżkę jako performera. Dawno już przestałem się przejmować tym, co ludzie o mnie myślą, bo wiem, że nie dzieje się to zbyt często. Każdy jest zajęty myśleniem o sobie i swoich własnych problemach. Więc jeśli moją autentycznością mogę „wybić kogoś z jego kolein myślowych”, to zawsze tego spróbuję. Uważam, że tylko będąc autentycznym i wrażliwym, mogę kogokolwiek do siebie przekonać. Ludzie mają już po dziurki w nosie udawania – twierdzi Maciej Kulhawik, co by nie mówić – jednak magik.

– Magik? Jasne. W ogóle mi to nie przeszkadza, gdy częściej używa się tego określenia niż iluzjonista czy prestidigitator, na którym można połamać sobie język. Nie jestem mistycznym czarnoksiężnikiem, żeby się obrażać, że ktoś nie traktuje z szacunkiem mojej sztuki. Uważam siebie za nadwornego wrocławskiego błazna i jakkolwiek by to określali – cieszę się, że ludzie w ogóle chcą o tym mówić, o tym, co zobaczyli przed chwilą. Setki razy spotykałem się z określeniem: „Oooo, to ten magik z rynku! Supershow! Fajna sztuczka z cytryną!”. I jestem z tego bardzo dumny, że ludzie pamiętają! Nawet po wielu latach.

Wspierajmy naszego Króla!

Marcin Kulhawik wie, że nie może prosić, by wysyłano na niego SMS-y, tak by został zwycięzcą „Mam Talent”, bo jeszcze niczego nie pokazał w półfinale. Ma jednak nieśmiałą nadzieję, że będziemy oglądali program – w sobotę, 26 września, o godz. 20.00.

– Jeśli spodoba im się mój występ – a przygotowałem coś, czego jeszcze na świecie nie było – i zechcą zagłosować na mnie, będę czuł się megaszczęśliwy. Swój sukces osiągnąłem już dawno. Występując na ulicy. Robię to, co kocham, dla ludzi, którzy chcą mnie oglądać. Przygoda z programem jest fantastyczna i dostarcza mi niebywałych emocji, jakich jeszcze w swoim życiu nie przeżywałem, bo wierzę, że razem możemy zrobić coś wspaniałego. Przyjść innym z pomocą. Jest coś bardziej ludzkiego na tym świecie?

Małgorzata Wieliczko

Zdjęcia: archiwum prywatne M. Kulhawika