Niezwykła wystawa Ewy Kuryluk w Pawilonie Czterech Kopuł

„Białe fałdy czasu” miały mieć premierę już w ubiegłym roku, ale pandemia zmieniła plany. Teraz warto skorzystać i koniecznie zobaczyć, jakie arcydzieła powstawały na bawełnianej surówce, jedwabiu z wykorzystaniem farby akrylowej, czy czerwonego ołówka. – Efekt jest naprawdę niesamowity – zapowiada jedna z kuratorek Barbara Banaś. I, uwaga, jak zapowiadają przy wejściu organizatorzy, wystawa nasycona jest elementami erotycznymi!

  • ewa kuryluk, pawilon czterech kopuł, wystawa

    Praca Ewy Kuryluk na wystawie w Pawilonie Czterech Kopuł/fot. MAT


Ewa Kuryluk to artystka wyjątkowo wszechstronna – pisarka, poetka, historyk sztuki, malarka, autorka instalacji, fotografka – a w jej twórczości wiele tych zainteresowań jest fantastycznie wdrożonych w proces twórczy.

Tu tworzenie kredką na materiale jest równie wartościowe, co olejem na płótnie, o czym przekonamy się oglądając wystawę „Białe fałdy czasu”. Ważne jest też coś jeszcze. Autorka prac podkreśla, że dla artysty sztuka jest życiem, a życie sztuką. Oglądając prace Ewy Kuryluk odczujemy to w wyjątkowy, wręcz sensualny sposób.   

Wystawa: Ewa Kuryluk. Białe fałdy czasu

Wystawa: Ewa Kuryluk. Białe fałdy czasu

Wystawa
Termin od 27 czerwca 2021 do 3 października 2021

Miejsce Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej

Zobacz

– Sztuka Ewy Kuryluk jest wielowarstwowa i potrzeba intymności oraz spokoju, aby ją podziwiać – przyznaje Iwona Dorota Bigos, kierownik Pawilonu Czterech Kopuł, oddziału Muzeum Narodowego we Wrocławiu, w którym do 3 października można oglądać wystawę „Białe fałdy czasu”. 

Wystawa prac Ewy Kuryluk. Czego nie przegapić  

„Teatr miłości”, 1986-1987

Jedna z największych instalacji Ewy Kuryluk, pierwsza, która została sfinansowana przez amerykańską fundację. – Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, w innej Ameryce niż dziś, mało znanej artystce z Polski ze skonfiskowanym paszportem przyznano niewielki grant, za który mogła kupić całą surówkę bawełnianą i wziąć dwa miesiące wolnego, aby ją zarysować w swoim niewielkim pokoiku na Manhattanie – opowiada artystka. Cała praca była olbrzymia, prezentowana w dokach bostońskich, które stały się wielką przestrzenią podzieloną na różne galerie. 

„Maszyna pamięci”, 2021 

Pierwsza wersja tej pracy znajduje w kolekcji amerykańskiej, nie mogła zostać dostarczona ze względu na pandemię. Ewa Kuryluk zrobiła więc drugą, która stanie się własnością Muzeum Narodowego we Wrocławiu. – Po takiej wystawie artysta powinien zostawić coś w muzeum na znak swojej wdzięczności, jak zawsze robię – podkreśla Kuryluk. 

W pracy wykorzystała chusty z „Teatru miłości”, na nich znajdziemy m.in. badge „Solidarność”, jakie sprzedawane były po 2 dolary (rozeszło się kilkadziesiąt tysięcy, „aż ambasada zaczęła podrabiać piny i koszulki i robić zamęt” – wspomina Ewa Kuryluk). Są klucze do pierwszego nowojorskiego mieszkania, tom dzieł zebranych Osipa Mandelsztama, ulubionego poety artystki. Jest wreszcie czerwony ołówek – ten, którym Kuryluk narysowała swoje prace większość prac na wystawie. Potem produkująca go firma zbankrutowała.

„Villa dei Misteri”, prace z lat 1980-1984

Tytuł wspólny dla prac wymusiła pierwsza wystawa nowojorska Ewy Kuryluk w 1984 roku. Villa dei Misteri to pompejańska willa, w której zachowały się najpiękniejsze rzymskie freski, do których odwoływało się wielu artystów – w Polsce także Jerzy Nowosielski. 

„Podróż”, 1980

Wiosną 1980 Ewa Kuryluk należała do grupki artystów naukowców (sponsorem było UNESCO), którzy pojechali na wymianę kulturalną do Chin. Przebywali m.in. na Uniwersytecie w Nankinie. – To było nie lada doświadczenie – przyznaje artystka. Z pewnością zmieniło jej życie, bo podczas wycieczki w Szanghaju, na wystawie sklepowej zobaczyła biały jedwab i kupiła całą belę, nawet 50 metrów, pięknej jakości. Na jedwabiu zrobiła pracę „Podróż” nazwaną od podróży, jakie z namiotem polskiej produkcji odbywała z ukochanym Helmutem Kirchnerem. 

„Czarne krzesła”, 1985

Praca jest także rezultatem podróży do Chin. Przed wyjazdem Ewa Kuryluk kupiła jeszcze czarny szantung, surówka jedwabiu, zabrała ze sobą do Ameryki i na zaśnieżonym dziedzińcu Uniwersytetu Princeton zrobiła instalację na siedmiu krzesłach. Teraz odtworzyła tamtą pracę w trochę w inny sposób. 

„Ogród Effi Briest”, 1982

Instalacja przygotowana z końcówki białego, przywiezionego z Chin jedwabiu. Oparta jest na ulubionej powieści Ewy Kuryluk „Effi Briest” Theodora Fontane, historii młodej dziewczyny zniszczonej przez pruski rygor i bigoterię. – Ogród zrobiłam na podstawie małego ogródka w okolicy swojej pierwszej pracowni na Manhattanie, gdzie było bardzo cichutko i przyjemnie – opowiada artystka. Pomysł, aby malować białym akrylem na białym materiale jest oryginalny. – To dosyć przewrotne połączenie naturalizmu z abstrakcją albo ideą platońską cienia – tłumaczy Ewa Kuryluk. 

„Ja, biały Kangór”, 1978 

Pierwsze prace Ewy Kuryluk na materiale (tkaninie podszewkowej). Tytuł nawiązuje do przezwiska. Zainteresowanie materiałem pojawiło się, kiedy artystka odeszła od malarstwa wczesną wiosną 1978 roku w Londynie. – Nie z własnej woli, a na skutek poważnej kryzysu, który sprawiał, że malowałam obrazy coraz ciemniejsze, a potem już czarne – opowiada. Wtedy zainteresowała się „szmatkami”, a nowej pasji kibicowała londyńska sąsiadka Franciszka Themerson. W sklepie dla dzieci Ewa Kuryluk kupiła stempel, od tego zaczęła, potem podstawą prac stały się jej własne fotografie, które przenosiła na materiał, tworząc rodzaj realizmu. – Dla większości artystów sztuka jest życiem, a życie sztuką, choć nie zawsze to widać tak wyraźnie – zwraca uwagę Ewa Kuryluk. 

„Rysopisy”, 1991

Pytana niegdyś o to, kiedy upadnie komunizm Ewa Kuryluk sugerowała, że w 2012 roku, ale stało się to dużo szybciej. W 1988 roku napisała po angielsku powieść „Century 21”, której akcja rozgrywa się w różnych epokach i miejscach. Słowa, obrazy i postaci z powieści przeniosła na kilkadziesiąt zwojów (na wystawie obejrzymy kilka).

„Trio dla ukrytych”, 2000

Ostatnia instalacja za życia matki Ewy Kuryluk, polsko-niemieckiej Żydówki o tragicznej historii, o której artystka dowiedziała się dopiero po jej śmierci. – Matka była pianistką amatorką, miała absolutny słuch, a muzyka była ratunkiem w życiu, które okazało się dla niej koszmarem, z pobytami w szpitalu psychiatrycznym, elektrowstrząsami – opowiada Ewa Kuryluk. Jej matka kochała malarstwo Giovanniego Battisty Tiepola, miała związki z Wenecją, w pracy „Trio dla ukrytych” córka umieściła wszystkie te elementy. Tłem dla muzyków w maskach jest japońskie drzewo sakaki, na którym wiesza się karteczki z prośbami do bogów. 



Zgłoś uwagę