Wystawa niezwykłych prac Elżbiety Terlikowskiej w Muzeum Teatru [WIDEO]

„O nieznanym imieniu”, bo taki tytuł nosi wystawa, może być ostatnią prezentacją prac Elżbiety Terlikowskiej w jej rodzinnym Wrocławiu, jak zapowiada artystka. Ale warto ją zobaczyć nie tylko z tego powodu. Bogato zdobione ornaty inspirowane obrzędowością hiszpańską i portugalską, ale także japońską to wielka pochwała kiczu, barokowej dekoracyjności, piękna parada. Wystawę obejrzymy do 11 października.


Od malarstwa do scenografii

Fani Elżbiety Terlikowskiej i jej zawsze bogato zdobionych prac z trudem uwierzą, że niegdyś była uczennicą Jerzego Hałasa, bo przez lata zrobiła wszystko, aby uciec od jego estetyki, od charakterystycznej czystej formy.

Ale artystka niezmiennie powtarza, że to właśnie profesor nauczył ją dyscypliny, czystości kompozycji, zwracania uwagi na kolor. – Czuję z nim wielki estetyczny związek, dużo mu zawdzięczam, choć pewnie nie byłby zachwycony tym, czym się teraz zajmuję – nie ma wątpliwości Elżbieta Terlikowska. 

Zdecydowanie bliżej jej do innego z akademickich nauczycieli, Władysława Hasiora, na którego zajęciach dostała najwyższą notę za pracę na zadany temat „Góra Giewont, Boże Narodzenie”. – Od tamtego momentu zaczęto na mnie zwracać uwagę – przyznaje artystka. 

Jednak malarstwo z czasem porzuciła dla innej aktywności. – Przede wszystkim czuję się scenografem, kostiumografem. Mam za sobą 300 realizacji, to mój zawód – podkreśla. Tęsknota za zapachem oleju i terpentyny pozostała, ale, jak tłumaczy Elżbieta Terlikowska, trzeba byłoby mocno rozhuśtać rękę. – Kupiłam nawet dwa blejtramy, ale  już przynajmniej dwie dekady nie miałam pędzla w dłoni. Teraz robię kolaże, lubię wyciąć, skleić, kocham ten moment, kiedy praca ma punkt kulminacyjny – zwraca uwagę artystka. 

Praca w chwilach szczęśliwości

Na wystawie w Muzeum Teatru obejrzymy prace, które Elżbieta Terlikowska wykonuje po godzinach. – Sobie a muzom, w chwilach prywatnej szczęśliwości, kiedy siedzę w pracowni i robię to, co zechcę, a nie interesuje mnie los tych obiektów – opowiada artystka. 

A los prac bywa ciekawy, bo po każdej wystawie nie milknie telefon z pytaniem, czy można je kupić. Nie inaczej będzie pewnie przy okazji wystawy „O nieznanym imieniu”, zwłaszcza że zwiedzających mogą zachwycić misternie zdobione ornaty, które Elżbieta Terlikowska wyszywa, wykleja, kształtuje zafascynowana obrzędowością kościelną, estetyką barokowych świątyń hiszpańskich i portugalskich.

– To pewna piękna parada, którą jestem zafascynowana, a szczególnie wspaniałe są też wota, relikwie, to dla mnie niesamowite, bo przez dekoracyjność nadaje śmierci inne znaczenie, oswaja ją – wyjaśnia autorka. – Za sprawą dekoracyjności wszystko jest piękne, zarówno życie, jak i śmierć. 

Obok inspiracji iberyjskich są też charakterystyczne dla twórczości Elżbiety Terlikowskiej odwołania do sztuki japońskiej. – Choć sztuka japońska eliminuje, w porównaniu ze sztuką chińską, która dekoruje, u mnie ornaty japońskie jednak dodają, są mocno zdobione – tłumaczy artystka. 

Artystyczna praca rzemieślnicza

Wszystkie dzieła Elżbieta Terlikowska szyje sama. – Nie mam nawet maszyny do szycia. Wprost przeciwnie, lubię kiedy coś jest krzywe, niedokończone, tu wystaje nitka, tył ornatu nie jest idealnie wykończony, nie zasłaniam tego – mówi. Wykorzystuje nie tylko prawdziwe ornaty, większość dzieł planuje od podstaw. Materiały z których są wykonywane prace to często czysty przypadek – prezent od przyjaciół, łup upolowany w second handzie. 

Obecną wystawę obejrzymy w Muzeum Teatru do 11 października. Potem planowane są kolejne. Japońskie eksponaty zostaną zaprezentowane w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, a wszystkie ornaty obejrzeć będzie też można wkrótce w Muzeum Włókiennictwa w Łodzi.

– Obiecałam sobie, że „O nieznanym imieniu” to moja ostatnia wystawa we Wrocławiu i może tak będzie – zastanawia się Elżbieta Terlikowska.  



Zgłoś uwagę