Repatrianci chcą osiedlać się we Wrocławiu. Miasto ich zaprasza

Dlaczego chcą wracać? Bo czują się Polakami. Bo mama śpiewała piosenki po polsku i po polsku kazała odmawiać pacierz. Bo pradziadek i dziadek zawsze powtarzali, że nie da się odciąć od swoich korzeni. Bo dziś od lat żyją w ubóstwie, a dzieci nie mają szans na nic lepszego. Najwięcej jest ich w Kazachstanie i często chcą stamtąd trafić na Dolny Śląsk. Wrocław w ciągu 16 lat zaprosił do siebie 100 rodzin repatriantów. 

  • zdjęcie ilustracyjne


 – Dawniej w domu to tylko babcia posługiwała się czystym językiem polskim. Dziadek potem już bardziej surżykiem [mieszanka ukraińskiegio i polskiego – red.], a rodzice z czasem przeszli całkiem na rosyjski. Ale mnie i bratu kazali się uczyć polskiego „na wszelki wypadek” – opowiada pani Jadwiga, wrocławianka od 2005 r. – Nie bardzo wiedzieliśmy, co to miałby być za wypadek, ale gdy podrośliśmy, już było wiadomo, że rodzina chciała nas jakoś wyprawić do Polski.

Ją udało się wysłać – na studia. Dzięki stypendium im. Banacha trafiła na poznańską politechnikę. Ale zawaliła. Nie dała rady, a pod kazachską Astanę, gdzie jej bliscy trafili w latach 30. spod Żytomierza po czystkach Stalina, już wracać nie chciała.

– Pamiętam, jak gadano za moimi plecami, że „Ruska złapała Polaka na litość”, gdy wychodziłam za Romka. Owszem, przyznaję, ten ślub pozwolił mi tu zostać, ale to nie był do końca jakiś tam układ. On mi się już wcześniej spodobał – przyznaje Jadwiga.

Gdy zaszła w ciążę, postanowili z Poznania wyprowadzić się do Wrocławia. Pokochali to miasto. Teraz chciałaby sprowadzić tu rodziców, bo widzi, że oni jako repatrianci mieliby poważny punkt zaczepienia – mieszkanie i wsparcie finansowe na pewno przez dwa lata.

Ale czy oni tego chcą? Jadwiga: – Gdy byliśmy mali, próbowali coś w tym kierunku robić, ale wtedy największą przeszkodą było uzyskanie zaproszenia z Polski. Dziś zwłaszcza duże miasta zapraszają do siebie coraz więcej repariantów ze Wschodu, bo zmieniło się w Polsce prawo. Moi rodzice są jeszcze silni i zdrowi. Na pewno nie chcieliby żyć za darmo cały czas, bo oni wiedzą, co to ciężka praca. 

Oczekiwane powroty

Polacy przymusowo wysiedleni w 1936 r. zamieszkiwali polski region autonomiczny, tzw. Marchlewszczyznę. Zesłano ich w wyniku „oczyszczania” pasa przygranicznego ZSRR przede wszystkim na tereny wiejskie w północnym Kazachstanie.

Niektórzy z nich jeszcze żyją, ale znacznie więcej jest tam ich potomków. Szacuje się, że to ok. 15 tysięcy rodzin, których członkowie nigdy nie mieli obywatelstwa polskiego.

Ale osoby z polskim pochodzeniem są także na obecnym terytorium: Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, Kirgizji, Tadżykistanu, Turkmenistanu, Uzbekistanu czy azjatyckiej części Federacji Rosyjskiej. I w myśl znowelizowanej ustawy o repatriacji wystarczy, że są etnicznymi Polakami, by o wizę krajową się ubiegać.

Na przestrzeni kilkunastu lat (2002-2018) zaproszenie gminy Wrocław do osiedlenia się w naszym mieście przyjęły 94 rodziny repatriantów (244 osoby).

– W tym roku, w lipcu miasto zaprasza do siebie kolejnych sześć rodzin, czyli w sumie 15 osób – mówi prezydent Wrocławia Jacek Sutryk. – Wiemy, jakie to ważne. Jakie ogromne znaczenie ma dla naszych rodaków, żyjących teraz tysiące kilometrów stąd i marzących o powrocie do kraju.

– Musimy pokazywać, że i my pamiętamy o ofiarach terroru, wypędzonych wbrew ich woli z ojcowizny, pozbawionych możliwości powrotu do Polski. Na dalekiej nieprzyjaznej ziemi często prześladowanych za przekonania, przywiązanie do tradycji i wiary, głodzonych i więzionych. Należy im się pamięć, ale i zadośćuczynienie – tym, którzy gehennę przeżyli, ale ich ich potomkom – podkreśla prezydent Sutryk.

Zapraszamy, mierząc siły na zamiary 

Dolnośląskie i Wrocław cieszą się dużym zainteresowaniem potencjalnych repatriantów, zaraz po Mazowieckiem. Tu chcieliby żyć, pracować i uczyć się. Czasem dołączyć do swoich bliskich.

Tak jak pani Maria Kondracka, repatriantka, od prawie dwóch lat już wrocławianka, której niezwykłą historię, a także skomplikowane rodzinne losy intereresująco przedstawił reporter wrocławskiego radia. Posłuchaj 

Nową ustawę o repatriacji Sejm jednogłośnie uchwalił w kwietniu 2017 r. Zakłada ona, że w ciągu trzech lat do Polski ma przyjechać 3,7 tys. repatriantów, a od 2021 r. po tysiąc rocznie. Budżet co roku będzie wydawał na ten cel 40–60 mln zł.

Prezydent Sutryk: – Jako wrocławski samorząd chcielibyśmy zapraszać jak najwięcej rodzin, bacząc jednak na realne możliwości gminy. Staramy się chyba z dobrym skutkiem zdobywać coraz wyższe dotacje z budżetu państwa na zapewnienie repatriantom mieszkań.

– Na mocy porozumienia z wojewodą dolnośląskim w 2015 r. uzyskaliśmy taki zastrzyk finansowy w wysokości 1 217 500 zł, w roku ubiegłym było to 2 128 950,00 zł, a w kwietniu bieżącego roku podpisane porozumienie opiewa już na 6 635 000 zł. Ta kwota zostanie wykorzystana na zapewnienie mieszkań 32 zaproszonym do Wrocławia w 2018 r. rodzinom repatriantów – wyjaśnia Jacek Sutryk.

Mieszkanie i co dalej?

Dalej to już gmina czuwa nad całą resztą. Przyjęta w lutym ub.r. przez Radę Miejską uchwała określa sposób i wysokość przyznawanej z miejskiego budżetu pomocy repatriantom i członkom ich rodzin, którzy zdecydują się zamieszkać na stałe we Wrocławiu.

Mieszkanie, które dotuje rząd, musi ze swojego zasobu wybrać gmina, odpowiednio je dostosować i pokryć koszty podstawowego wyposażenia (5000 zł/1-2 os.; 10 000 zł/3 i więcej osób).

Osiedlającem się repatriantowi (i jego rodzinie) we Wrocławiu zapewnia się transport w granicach miasta w dniu przyjazdu.

Przez minimum dwa lata miasto udziela mu finansowego wsparcia na bieżące utrzymanie (1. rok: 2000 zł/mies. dla osoby samotnej; 3000 zł/mies./2 os.; 4000 zł/mies/3 os; 5000 zł/mies./4 i więcej os.; 2. rok: 1000 zł/mies./os. samotna; 1500 zł/mies./2 os.; 2000 zł/mies./3 os.; 2500 zł/mies./4 i więcej os.).

Gmina zapewnia również miejsce w przedszkolu lub żłobku dzieciom oraz dostęp do kursów językowych dla tych, którzy polszczyzną posługują się słabo lub wcale.

Na gminnej drodze

Dziś są w Polsce trzy drogi, jakie może obrać osoba, która chce wrócić do ojczyzny i zostać jej pełnoprawnym obywatelem. 

Na pierwszej czeka gmina, która postara się o wypełnienie zobowiązań, a potem będzie czuwać nad tym, żeby repatrianci nie zostali pozostawieni sami sobie i mogli liczyć na doraźną pomoc. Dużo oczywiście zależy tu od człowieka, od jego empatii i poczucia solidarności z potrzebującymi wsparcia.

We Wrocławiu bardzo dobrze w tej roli wypada Wydział Spraw Obywatelskich, chwalony m.in. przez radną ubiegłej kadencji Urszula Mrozowską:

– Pracownicy Wydziału Spraw Obywatelskich są wręcz na zawołanie tych ludzi, którzy przyjeżdżają tutaj i są zagubieni w nowych warunkach. Siedem dni w tygodniu, dwadzieścia cztery godziny na dobę, jeżeli cokolwiek sie dzieje, wsiadają w samochody, jadą pomagają. Chylę przed nimi czoła – mówiła między innymi radna w wywiadzie dla rozgłośni radiowej.  

Druga droga dla chcących powrócić do kraju to ośrodek dla repatriantów, a trzecia – zaproszenie przez bliskich, uważana oczywiście za najlepszą, najtańszą i najprostszą. W taki sposób wielu Polaków wyjechało w drugą stronę – czyli do krewnych, którzy kiedyś wyemigrowali za ocean.

Gdy jeden człowiek czyni wiele dobra

Nie można tej Osoby pominąć. Wrocław jest dumny, że jest jego mieszkanką. Laureatką Nagrody Wrocławia, Honorową Mieszkanką Osiedla Plac Grunwaldzki, Damą Orderu Orła Białego – to Zofia Teliga-Mertens.

Sędziwa dziś Pani (ur. w 1926), absolwentka studiów rolniczych we Wrocławiu, działaczka społeczna i charytatywna, jak nikt pomogła polskim rodzinom  z Kazachstanu w repatriacji do kraju.

Sama pochodzi z Wołynia, gdzie jej ojciec za zasługi w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. otrzymał majątek w Woli Rycerskiej. Podczas II wojny światowej Stefan Teliga, nie dotrałszy do armii Andersa, zmarł, a Zofię i jej mamę wywieziono do Kazachstanu.

Zofia Teliga-Martens i prezydent Jacek Sutryk w dniu przyznania znanej wrocławiance tytułu Honorowej Mieszkanki Osiedla Plac Grunwaldzki, źródło: Twitter/J. Sutryk

We Wrocławiu osiedliły się w 1946 wraz z ogromną falą repatriantów ze Wschodu na Ziemie Odzyskane. Za utracone mienie zabużańskie w 1998 r. otrzymały trzy wielorodzinne budynki na osiedlu w Szczytnicy.

Po remoncie wykonanym własnym sumptem Zofia Teliga-Martens postanowiła oddać ten majątek na rzecz Polaków repatriowanych z Kazachstanu. Uszczęśliwiła tym samym 40 przesiedlonych rodzin (ok. 200 osób), które otrzymały na własniość mieszkania na osiedlu, które Zofia Teliga-Martens nazwała „Kresówka”.

O Damie wielkiego serca nakręcono w 2011 r. film dokumentalny pt. „Szklane domy pani Zosi”.

 



Zgłoś uwagę