Wrocławskie małżeństwo ukończyło triathlon na Hawajach [WYWIAD]

Olimpia i Michał Wojtyło, wrocławskie małżeństwo, które kilka dni temu wystartowało w triathlonowych mistrzostwach świata na Hawajach łącznie ma za sobą ponad 110 występów w tej niezwykle wymagającej dyscyplinie. Choć na Hawajach byli z dala od podium, warto wspomnieć o ich motywacji, wspólnej pasji i godzeniu sportu z obowiązkami rodzinnymi.


Patryk Załęczny: Jak zaczęła się wasza przygoda z triathlonem? To od początku wspólna pasja, czy któraś ze stron zaraziła tym hobby drugą?

Michał Wojtyło: - Jesteśmy parą, która poznała się na linii startu amatorskich zawodów MTB, więc szczerze można powiedzieć, że w jakiś sposób połączył nas właśnie sport. W niedługim czasie później usłyszeliśmy o programie Radiowej Akademii Triathlonu. To było około 7 lat temu. Wówczas ten sport w Polsce dopiero raczkował. Oboje przeszliśmy kwalifikacje i po 1,5 roku przygotowań przekroczyliśmy pierwszą linię mety zawodów Ironman w Klagenfurcie. Obecnie triathlon jest stylem życia, którym chcemy się dzielić z innymi, prowadząc Grupę Triathlonową RAT.

Za wami liczne występy na arenach międzynarodowych. Jak to się stało, że znaleźliście się aż na mistrzostwach świata?

- Triathlon to wymagająca konkurencja, na którą składają się trzy trudne do połączenia ze sobą dyscypliny – pływanie, jazda na rowerze oraz bieganie. Zawody organizowane są na różnych dystansach, od sprinterskich po długodystansowe. Najbardziej spektakularny z nich nosi nazwę Ironman (3,86 km pływania, 180,2 km jazdy na rowerze i 42,195 km biegu). To właśnie na tym koronnym dystansie rozgrywane są mistrzostwa świata na hawajskiej wyspie Kona. Te zawody są marzeniem każdego z amatorów triathlonu. Co ciekawe, to właśnie na tej niewielkiej wyspie narodził się pomysł tego morderczego dystansu, więc w pewnym sensie jest to taka nasza triathlonowa Mekka. Warto podkreślić, że w tym roku Ironman obchodził swoją 40. rocznicę. Nie mogło nas tam zabraknąć.

Jak udało wam się wywalczyć kwalifikacje?

- Aby móc wystartować w tym zawodach trzeba poniekąd znaleźć się w czołówce najlepszych triathlonistów na świecie. W naszym przypadku kwalifikacje wywalczyliśmy podczas Ironman Wisconsin. Chcielibyśmy tutaj serdecznie podziękować naszej rodzinie z USA, która pomogła nam nie tylko finansowo, ale przede wszystkim wspierała nas na trasie zawodów.

Ukończyliście hawajski triathlon. Jesteście zadowoleni z występu?

- Samo ukończenie mistrzostw świata napawa olbrzymią dumą. Start na Konie jest wisienką na triathlonowym torcie wieloletniej pracy. Jadąc na zawody mieliśmy świadomość, że walczymy z najlepszymi na świecie. Co gorsza, w warunkach atmosferycznych, które dla nas były zupełnie obce. Ekstremalne temperatury, prażące słońce, niewyobrażalnie wysoka wilgotność i silny wiatr. Mogę jednak powiedzieć, że daliśmy  siebie wszystko. Dodatkowo cieszy nas fakt, że na start zabraliśmy pierwsze rowery czasowe polskiej produkcji, które na trasie pozwoliły wykręcić bardzo dobre czasy. To była wspaniała przygoda i na pewno niczego nie żałujemy.

Jak wspomniałeś triathlon to trzy różne dyscypliny. Każdą z nich traktujecie na równi?

- W naszym przypadku to pływanie jest tym za czym najmniej przepadamy, a prawdziwa frajda zaczyna się po wyjściu z wody. Na mistrzostwach świata ta część triathlonu odbywa się ze startu wspólnego. Oznacza to niezwykły ścisk w wodzie, który w naszym żargonie nazywamy „pralką”. Gdy wszyscy zawodnicy prezentują zbliżony poziom wytrenowania, pralka pierze zawodników przez godzinę. Tu nie ma taryfy ulgowej, a szturchnięcia czy fale nie są dla nikogo wymówką. Natomiast część rowerowa to nasz konik, w szczególności tutaj, gdzie asfalt jest idealnie gładki, a widoki zapierają dech w piersiach. Jedyną przeszkodą staje się wyłącznie temperatura, przez którą w każdej godzinie wyścigu niezbędne było polewanie wodą i picie około 2-3 bidonów wody.

W trakcie zawodów pojawiła się myśl, że nie dacie rady i trzeba przerwać swój występ? Czy jednak tak wielka motywacja ani przez moment nie pozwoliła zwątpić w siebie?

- Śmiało mogę powiedzieć, że pierwsze kryzysy dopadły nas w trakcie biegu, gdyż asfalt szybko stał się patelnią dla naszych stóp. Trzeba przyznać, że dystans biegowy pokonaliśmy o około 40 minut gorzej, niż planowaliśmy. Mimo tego w naszych głowach nie pojawiła się myśl o zejściu z trasy. Wiedzieliśmy, że śledzą nas setki osób, dostaliśmy także dziesiątki wiadomości przed startem, także nie mogliśmy tych wszystkich ludzi zawieść.

Jak wygląda wasz cykl przygotowań do takich zawodów?

- W tym sezonie przygotowania zaczęliśmy dopiero od stycznia. Plany pokrzyżowały jednak kontuzje. Jesteśmy bardzo specyficzną rodziną. Oboje trenujemy do długiego dystansu, mamy także małe dziecko, pracę i klub triathlonowy. To wszystko trzeba jakoś pogodzić. W gorącym okresie, na miesiąc przed startem udawało nam się trenować maksymalnie 15 godzin tygodniowo i to przede wszystkim dzięki pomocy najbliższych. Normalnie 10 godzin to maksimum na jakie możemy sobie pozwolić, aby nie zaniedbywać rodziny i pracy. To nasze priorytety, a dopiero na kolejnych miejscach są treningi i wyniki.

Jakie macie plany na przyszłość? W tym roku planujecie jeszcze jakieś starty?

- Przede wszystkim chcemy robić to, co kochamy i zarażać swoją pasją innych. Już teraz odezwało się do nas kilka osób z prośbą o pomoc w ułożeniu „rodzinnego harmonogramu”. W tym roku startowo już mamy wolne, ale trzeba przyznać, że naprawdę był to długi sezon i w końcu nadszedł czas na kilka dni wakacji. Natomiast w przyszłym roku zapisaliśmy sobie w kalendarzu dwie ważne daty. Jedziemy do Klagenfurtu z ponad 20 zawodnikami z naszej grupy, a na drugą część sezonu w planach mamy mistrzostwa świata w Nicei, na które moja żona Olimpia zakwalifikowała się podczas tegorocznych zawodów w Gdyni, zajmując pierwsze miejsce w swojej grupie wiekowej.



Zgłoś uwagę