Weekend na 40. PPA. Aquasonic, Dj set sur ecoute, Sevdaliza

Duńska formacja Aquasonic realizuje marzenia wielu osób o tym, by dowiedzieć się, jak brzmi podwodna muzyka. Spektakl didżejski Francuzów „Dj set sur ecoute” miał dobre momenty, ale okazał się przegadany, a Sevdaliza dała profesjonalny show nagłośniony jak na stadion miejski.

  • aquasonic ppa 2019

    Aquasonic w Capitolu/fot. Mawi

  • aquasonic ppa 2019

    Aquasonic w Capitolu/fot. Mawi

  • aquasonic ppa 2019

    Aquasonic w Capitolu/fot. Mawi

  • ppa 2019

    DJ set (sur) écoute na scenie Teatru Lalek/fot. Łukasz Giza

  • sevdaliza ppa 2019

    Sevdaliza z Leszkiem Możdżerem w Capitolu/fot. Tomasz Walków/PPA

  • sevdaliza ppa 2019

    Sevdaliza w Capitolu/fot. Tomasz Walków/PPA


Syreni śpiew z Danii

Lata temu z czułością naśmiewaliśmy się z piosenki Beatlesów „Octopus's Garden”, bo przy gitarowej solówce Fab Four, z pomocą inżynierów dźwięku, dołożyli bulgoczącą wokalizę. Marzenie o podwodnych brzmieniach zrealizowali jednak Duńczycy z Aquasonic tworząc cały spektakl, w którym grają i śpiewają pod powierzchnią wody, zanurzeni w pięciu gigantycznych akwariach.

Owacja na stojąco była może lekką przesadą, ale gorąca owacja Skandynawom się zdecydowanie należała, zwłaszcza że ich projekt jest nie tylko widowiskowy (każdy z pięciorga artystów ma własne akwarium, a w nim zestaw specjalnie zbudowanych instrumentów), przede wszystkim odkrywczy pod względem brzmieniowym, pobudzający do refleksji, jakie ograniczenia można pokonać z miłości do muzyki i muzykowania.

Bo pięcioro wykonawców – Laila Skovmand, Robert Karlsson, Nanna Bech, Moran Le Bars, Morten Poulsen – tworzy pod wodą arcyciekawe dźwięki – miękkie, nieco wytłumione, matryczne.  Kobiece wokale brzmią momentama płaczliwe, momentami wprawiają widzów/słuchaczy w trans.

Może tak wybrzmiewał w „Odysei” śpiew Syren wodzących żeglarzy na pokuszenie. Co ważniejsze, poza specyficznymi dźwiękami, Aquasonic tworzą za pomocą specjalnych instrumentów (hydraulofonu, kryształofonu, rotakordu) szczególnej urody harmonię.

Dodatkowo ich spektakl jest świetnie przygotowany, ma swoją dramaturgię, nie brak w nim nawet poczucia humoru.

Didżej–muzykolog

Mathieu Bauer i Nouveau théâtre de Montreuil – CDN stworzył „DJ set (sur) écoute” rodzaj spektaklu o historii słuchania muzyki. Razem z zespołem aktorów-muzyków zrobili przedstawienie, w którym przenikają się fragmenty utworów, teksty filozoficzne o muzyce, analizy piosenek.

Pomysł-znakomity, bardzo francuski, bo tam tradycja pisania o muzyce jest wyjątkowo bogata, wokół muzyki powstaje wiele fantastycznych filmów, spektakli, jest wreszcie publiczność, która czuje potrzebę uważnego słuchania.

Jednak wykonanie już mniej zadowalające, bo spektakl zamienia się w pewnym momencie w nużący wykład (tłumaczenia tekstów czytamy w polskim przekładzie na ekranach), a poza muzycznymi wstawkami wykonawcy zdają się grać trochę w szkolnym stylu. 

Czytane teksty szybko zacierają się w pamięci, a ponad półtoragodzinny spektakl dłuży się, nawet gdy od czasu do czasu słyszymy (puszczone z winyla, konsoli, albo zagrany przez artystów) jakiś klasyk (Schuberta, Wagnera), czy piosenkę (nieśmiertelne „Paroles, paroles” Dalidy i Delona).

Całość w zamierzeniu powinna śmieszyć (powściągliwa reakcja publiczności w trakcie spektaklu daje jednak do myślenia), pozostaje jednak niedosyt. Bo można było ten spektakl zagrać krócej i z większym jajem.

Mona Lisa piosenki

Sevdaliza to Holenderka o irańskich korzeniach (urodą przywodząca na myśl Kim Kardashian i to jedyne skojarzenie z amerykańską celebrytką), ze świetnym głosem, własnym stylem i przemyślanym scenicznym wizerunkiem. Nic nie jest tu dziełem przypadku. Wyreżyserowane są światła, kolejne wejścia Sevdalizy, towarzyszącej jej na scenie tancerki, czy kreowanie ujęć na potrzeby „podglądającej” ją kamery live.

We Wrocławiu wystąpiła w Capitolu ze swoim zespołem, ale też zaproszonym Leszkiem Możdżerem (na tę okazję wspólnie napisali jedną z piosenek wieczoru). Artystka jest scenicznym zwierzęciem, scena to jej żywioł, a śpiewanie zdaje się oddychaniem, naturalną potrzebą. Nieprzypadkowo wokalistka ma fanatycznych miłośników, byli widoczni także we Wrocławiu.

Rzecz w tym, że niekwestionowanych zdolności wokalnych i samych piosenek Sevdalizy słuchało się nie najlepiej. Nagłośnienie przygotowano chyba na potrzeby sali przynajmniej dwa razy większej niż w Capitolu, bo w pierwszych rzędach fala dźwięku miała siłę niszczycielską. O specyficznych światłach (prawie jak stroboskopowe) nie wspominając, które artystka wykorzystała przynajmniej w dwóch piosenkach.

Szkoda, bo silny głos wokalistki, nazywanej Mona Lisą piosenki, wspomagany przez zespół chyba nie wymagał generowania aż takiego hałasu.



Zgłoś uwagę