Rubinowe gody. Po premierze we Wrocławskim Teatrze Komedia

Małżeństwo z czterdziestoletnim stażem, wykupiony przez córkę weekend w luksusowym hotelu, szansa na odnalezienie siebie na nowo. Tylko, jak to zrobić, kiedy oboje popadli w rutynę wspólnego życia i przestali siebie dostrzegać. W nowym spektaklu Wrocławskiego Teatru Komedia drzemie spory potencjał, nie do końca wprawdzie wykorzystany, choć to raczej wina tekstu niż doborowej obsady. 

  • Grażyna (Małgorzata Szeptycka) i Marian (Paweł Okoński) w luksusowym hotelu

  • Akcja „Rubinowych godów” rozgrywa się w hotelu z gorliwym konsjerżem (Radosław Kasiukiewicz)

  • Grażyna (Małgorzata Szeptycka) i Marian (Paweł Okoński) oraz ich niespodziewany gość (Rafał Kwietniewski)


Historia niemal z życia wzięta. Doświadczona para, która została przez córkę zobligowana do pobytu w wielogwiazdkowym hotelu. Dobrze wiemy, że w trzy dni rzadko udaje się wskrzesić wygaszoną czasem już dawno namiętność, albo zapomnieć o przyzwyczajeniach, zrelaksować się i po prostu korzystać z życia. W „Rubinowych godach” przed małżeństwem perypetie, by Grażynę i Mariana wybić z rytmu, by znowu poczuli zew przygody. Nawet nie wychodząc z pokoju. 

Początkowo będzie trudno, bo małżonkowie są typowi – żyją ze sobą, ale trochę obok siebie, zabiegają o rodzinę, a przez lata kierat zdominował ich codzienność. Na przyjemności często brakło czasu, okazji, zapewne i pieniędzy. Weekend to szansa, by poznać siebie na nowo. Paradoksalnie Grażyna i Marian potrafią sobie radzić, trochę po swojemu, ale to akurat nikomu nie przeszkadza. Pewnie jakiś procent par na widowni podobnie spędzałoby luksusowy weekend.

Bohaterowie, jak na zaradnych Polaków przystało, potrafią wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, by mimo wszystko dobrze się bawić, trochę podnieść temperaturę wzajemnych relacji, a w finale jeszcze...pomóc swoim dzieciom. W ich perypetiach bierze czynny udział coraz bardziej zaintrygowany konsjerż i nie tylko, ale nie zdradzajmy. Można natomiast powiedzieć, że będzie nie tylko romans, ale i polityka na szczeblu krajowym. 

Komedię Krzysztofa Kędziory w reżyserii Wojciecha Dąbrowskiego ogląda się dobrze, widownia śmieje się dużo i często, może dlatego, że sytuacje sceniczne przypominają te domowe, a głównych bohaterów (w tych rolach Małgorzata Szeptycka i Paweł Okoński) nie sposób nie polubić, nawet jeśli bywają nadekspresyjni. Wsparciem są postaci drugoplanowe, bo Radosław Kasiukiewicz jako konsjerż przechodzi sam siebie, by w finale jeszcze mocno zaskoczyć, a Rafał Kwietniewski gra tajemniczą postać...przynajmniej do czasu.

A jednak są tu sceny, kiedy nie przestajemy mieć wrażenia, że typową sytuacyjną komedię można było opowiedzieć nie tylko śmiechem. Kiedy Marian (Paweł Okoński), wybierając się na basen, w lustrze ogląda z niepokojem, jak zmieniło się jego ciało, albo wykrzykuje w pewnym momencie swoje zaniepokojenie, jest w tym coś prawdziwego, intrygującego, o wiele ciekawszego niż wzajemny ping-pong słowny małżonków, który widza rozbawi, ale raczej nie zobliguje do refleksji.

Marzeniem byłaby w Polsce komedia w duchu brytyjskim, w której z odpowiedniego dystansu, przyprawiając wszystko lekko przynajmniej czarnym humorem, obejrzelibyśmy historię o ludziach odkrywających, że się naprawdę zestarzeli, a jednocześnie mają energię, poczucie humoru i wzajemną miłość, by ten temat solidnie przepracować.   



Zgłoś uwagę