Po premierze „I Capuleti e i Montecchi” w Operze Wrocławskiej.

Dotychczas tę mniej znaną operę Belliniego znaliśmy w Polsce raczej z nagrań płytowych, jako że od dawna jej nie wystawiano (ostatnio w latach 90. w Operze Krakowskiej). Niestety, nowa inscenizacja w Operze Wrocławskiej mocno rozczarowuje – jest nieczytelna, momentami wręcz, w niezamierzony zapewne sposób, komiczna, a historia zwaśnionych rodów i dwojga nieszczęsnych kochanków nie jest w stanie poruszyć.  Szkoda, bo potencjał muzyczny jest tu przeogromny.

  • opera wrocławska

    Scena z I aktu opery Vincenza Belliniego z Romeem (Aleksandra Opała)/fot. Marek Grotowski

  • opera wrocławska

    Julia (Hanna Sosnowska) i Romeo (Aleksandra Opała) w I akcie/fot. Marek Grotowski

  • opera wrocławska

    Romeo (Aleksandra Opała) i Tebaldo (Aleksander Zuchowicz) w II akcie/fot. Marek Grotowski


Dzieje zwaśnionych rodów

Przed premierą reżyser Krystian Lada podkreślał, że „I Capuleti e i Montecchi” to przede wszystkim historia konfliktu dwóch możnych rodów, stąd konkretny tytuł nadany dzieła, zresztą dziwnie niegdyś sparafrazowany w Operze Krakowskiej (jako "Montecchi i Capuleti/Romeo i Julia”). Mylnie, bo kojarząca się dziś wyłącznie z Szekspirowskim utworem, historia w przypadku opery Vincenza Belliniego nie została wywiedziona od angielskiego dramaturga, ale z renesansowych dziejów, z których zresztą Szekspir także korzystał.

Jakkolwiek ważne nie są dzieje Kapuletów i Montekich w operze Belliniego, w scenicznej wersji na deskach Opery Wrocławskiej waśnie dwóch obozów rządzących przestają być istotne, bo sposób ich przedstawienia zdumiewa.

Muzyka, która jest oczarowaniem

Szkoda, bo kiedy zamykamy oczy muzyka mistrza bel canta po prostu odurza, ma niezwykłą siłę przekonywania. Marcin Nałęcz-Niesołowski prowadzi orkiestrę z energią, pewnie, jednocześnie cycelując niekończące się liryczne fragmenty, arie, ansamble. Obsada wokalna staje na wysokości zadania, choć największe brawa należą się mezzosopranistce Aleksandrze Opale w partii Romea za wzorcową realizację naprawdę pięknego śpiewu i Hannie Sosnowskiej – Julii. Wśród Panów in plus wyróżnia się Tomasz Rudnicki jako Lorenzo, choć reżyser, zupełnie niepotrzebnie, obsadza go w roli herolda, który przed II aktem podaje fragment o królowej Maab z Szekspirowskiego „Romea i Julii”. Chór, obecny na scenie niemal przez cały czas, ma świetne wejście, zwłaszcza w I akcie. 

Wykonawcom śpiewanie Belliniego daje sporo frajdy, ale sposób ich eksponowania na scenie nie przekonuje.

Kapuleci z koła łowieckiego

Wygląd Kapuletów to skrzyżowanie koła łowieckiego z pogranicznikami (uniformy), dodatkowo Panowie dzierżą w dłoniach charakterystyczne reklamówki z Baltony z motywem marynarza (!?), a ich capo di tutti capi – Cappelio melancholijnie zagląda do podświetlonej gabloty z wypchaną owcą. Mebel nie byłby istotny, ale postawiono na nim urnę z prochami syna, który poległ w walce z Kapuletami (jego zdjęcie – czyli wizerunek reżysera Krystiana Lady – „podziwiamy” na ścianie, z charakterystyczną czarną wstążką żałobną). Julia, niczym Matka Boska Zielna, ukazuje się w I akcie w sukni ślubnej z bezą tiulu na głowie i naręczem sztucznych kwiatów, szykowana do ślubu z Tebaldem.

Scenografia szkatułkowa

Ród Montekich, dla odmiany, ubiera się swobodnie – odziany jest w dżinsy i podkoszulki, zaś Romeo wyróżnia się łobuzerskim w tym kontekście białym strojem, ma też rude włosy–bliźniaczy kolor z rudymi anglezami Julii).

Scenografia autorstwa Didzisa Jaunzemsa jest w I akcie szkatułkowa – pokój prowadzi wgłąb do kolejnego identycznego pokoju etc. – pomysł ciekawy, ale w akcie II pojawiają się konstrukcje metalowe z przywieszonymi do nich neonowymi lampami i, ponownie, gablota (tym razem w charakterze grobowca z uwięzioną w niej nagą Julią), a dodatkowo jeszcze ekran, na którym wyświetlany jest materiał video z uwiecznionymi wcześniej na plakacie opery dłońmi kochanków splecionymi czerwoną nitką. Ma być modernistycznie, ascentycznie. Staje się eklektycznie, a momentami po prostu dziwnie. I, niestety, dowcipnie, zwłaszcza że nadmiar patosu „położył” już niejedną scenę teatralną.

Historia, która nie wzrusza

Dowcipnie, bo chór przez większą część opery stoi nieruchomo (w osłupienie wprawia ich, zdaje się, przebieg zdarzeń), kochankowie, zamiast się do siebie namiętnie tulić, z zawstydzeniem się muskają. Wprawdzie obydwie role – Julii i Romea śpiewają Panie, ale aktorsko nie są w stanie sprostać rolom. Może dlatego, że choć mają korepetytorów wokalnych, brak wskazówek ze strony reżysera. Ruch sceniczny, element w naszym teatrze operowym coraz częściej zaniedbywany, praktycznie w spektaklu nie istnieje. A szkoda, bo operowanie tłumem na scenie wyróżnia naprawdę sprawnych realizatorów. Najbardziej boli jednak co innego. Pięknie opowiedziana muzyką Belliniego historia w tej inscenizacji przestaje nas po prostu obchodzić.

Jak opowiadać pięknie historię

Nomen omen, przypomina się niewiele wcześniejsza premiera „Orfeusza i Eurydyki” Glucka reżyserowana przez Mariusza Trelińskiego, gdzie od pierwszego do ostatniego momentu nie możemy oderwać oczu od bohatera, który w jednym apartamencie przeżywa dramat straty ukochanej. To wzorcowy sposób opowiadania historii na scenie w taki sposób, by jej ani zanadto nie udziwnić (bo niby po co), nie uprościć, a jednocześnie powiedzieć coś istotnego o naturze człowieka.

Zgłoś uwagę