Wystawa prac Marka Oberländera i Jana Lebensteina w Muzeum Narodowym

Wystawa prac Marka Oberländera i Jana Lebensteina nieprzypadkowo rozpoczyna się 1 września, w rocznicę wybuchu II wojny światowej. – Trudno znaleźć artystów, którzy tak mocno, tak świadomie i w tak niezwykły sposób dali dowód tego, co niesie ze sobą tragedia, jaką jest wojna. To doświadczenie powracało w ich twórczości, doprowadziło do wyboru stylistyki, formy artystycznej – podkreśla Piotr Oszczanowski, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Ekspozycja potrwa do 3 stycznia 2021 roku w gmachu głównym. 

  • marek oberlander, muzeum narodowe, wroclaw

    Marek Oberländer, Figura 34, 1962/fot. Mat

  • marek oberlander, muzeum narodowe, wroclaw

    Marek Oberländer, Figura (portret), 1965/fot. Mat

  • marek oberlander, jan lebenstein muzeum narodowe, wroclaw

    Magdalena Szafkowska, kuratorka wystawy przed figurami osiowymi Jana Lebensteina/fot. Mat

  • marek oberlander, muzeum narodowe, wroclaw

    Prace Marka Oberländera na wystawie w Muzeum Narodowym/fot. Mat


Artyści, którzy wejrzeli w głąb duszy

W tytule wystawy „Marek Oberländer i Jan Lebenstein. Totemiczny znak figury ludzkiej” kuratorka Magdalena Szafkowska zwraca uwagę na określenie „totem” – znak, uproszczony symbol, jaki zastępuje rzeczywisty wizerunek, „odnosi się raczej do tego, co tkwi wewnątrz duszy, psychiki żywej istoty poddawanej silnym emocjom”.

Trudno o trafniejszy wspólny mianownik dla prac artystów, którzy, dotknięci wojenną traumą, najchętniej przedstawiali figury, sylwetki, a w ciągu minionych lat ich dzieła bywały niejednokrotnie porównywane (Marka Oberländera niesłusznie uznawano nawet przez pewien czas za plagiatora młodszego Jana Lebensteina). Dziś, kiedy wysokiej klasy sztuki Oberländera nikt już nie kwestionuje, pozostaje tylko przybliżyć go szerszej publiczności.

Świetnie przygotowana wystawa w Muzeum Narodowym (tym razem w gmachu głównym Muzeum Narodowego zamiast w Pawilonie Czterech Kopuł) to niepowtarzalna okazja, by nadrobić zaległości z powojennej polskiej sztuki.

– Ta wystawa ma oczywiste przesłanie – uświadomić nam, jak kruchą, słabą i delikatną istotą jest człowiek, jak mocno przeżywa wszelkie dramaty i jak odnajduje się w rzeczywistości – zwraca uwagę Piotr Oszczanowski.

Obejrzymy 106 prac, w zdecydowanej większości Marka Oberländera (oraz 20 autorstwa Jana Lebensteina), wszystkie ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu, które posiada największy fragment spuścizny obydwu artystów. Zarówno wczesne dzieła Jana Lebensteina (wykonane na papierze milimetrowym), które po okazyjnej cenie udało się zakupić w 2014 roku, jak i te najbardziej reprezentatywne dla jego twórczości (łącznie 110). Dzieła Oberländera (dziś łącznie 194) trafiły do zbiorów w 1978 roku (tuż przed śmiercią podarował je artysta), zaś druga część dzięki wkładowi jego żony, Haliny Pfeffer-Oberländer, pierwowzoru legendarnej Kici-Koci z utworu Mirona Białoszewskiego.

Marek Oberländer i Jan Lebenstein. Totemiczny znak figury ludzkiej

Marek Oberländer i Jan Lebenstein. Totemiczny znak figury ludzkiej

Wystawa
Termin od 1 września 2020 do 3 stycznia 2021

Miejsce Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Zobacz

Wstrząsających niejednokrotnie prac Marka Oberländera nie oglądaliśmy na wystawie monograficznej we Wrocławiu od 40 lat, wtedy były pokazywane w Muzeum Narodowym. –Teraz zaproponowałam figury, sylwetki i postacie, które tworzą najbardziej porażający okres w jego sztuce, pokazujący jak artysta zmagał się ze swoją traumą wojenną – tłumaczy kuratorka wystawy Magdalena Szafkowska, od lat specjalizująca się w badaniu twórczości Marka Oberländera i Jana Lebensteina.  

Zbieżne biografie, sztuka naznaczona traumą

Biografie obydwu artystów są w wielu miejscach zbieżne – urodzili się na Kresach, a II wojna światowa dokonała w życiorysach obu malarzy niewyobrażalnych spustoszeń. Lebenstein stracił ojca, a tuż po wojnie brata i nigdy nie poznał okoliczności ich śmierci. Cała rodzina Oberländera zginęła w obozie w Bełżcu, przy życiu pozostała jedynie siostra, do której po wojnie przyjechał. Zniszczeniu uległy rodzinne pamiątki i zdjęcia, a Oberländer po wojnie próbował odtworzyć z pamięci twarz swojej matki.

W jego przypadku o życiu zadecydował fakt wcielenia do Armii Czerwonej, choć skutki wywiezienia do obozu pracy na południe od Uralu, przeżywał latami, a efektem stresu i traumy było pięć zawałów serca.

Obydwaj malarze znaleźli się w tym samym czasie w liceum plastycznym w Warszawie, potem wspólnie studiowali w ASP, przez moment nawet u tego samego profesora. Potem drogi artystów się rozeszły. Lebenstein wyjechał do Paryża, tam osiadł. Oberländer wyemigrował do Szwecji, gdzie doskonalił warsztat, wystawiał, spotkał się z ogromnym uznaniem. Później wyjechał do Paryża, gdzie dołączyła do niego ukochana Halina. Pobrali się, ale nie było im dane być razem. Kiedy żona musiała wrócić do chorego ojca w Polsce, już więcej się nie zobaczyli. Ostatnim przystankiem Marka Oberländera była Nicea, tam zresztą odwiedził go Mariusz Hermansdorfer, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Niezwykłe prace w Muzeum Narodowym

Figury osiowe Oberländera i Lebensteina mogą wydawać się podobne, ale oglądając prace z uwagą odkryjemy, jak bardzo się różnią. Magdalena Szafkowska zwraca uwagę, że wyobrażenia postaci ludzi straszliwie okaleczonych pojawiają się już w pracach Goyi, Picassa, Muncha, który tworzył postacie bez wyrazu, bez twarzy. Dla artystów tworzący w II połowie XX wieku niezaprzeczalną cezurą była wojna. – Sprowadziła ludzi do pozycji trybików, niczym nieznaczących postaci, które usiłowano pozbawić indywidualności – tłumaczy kuratorka wystawy.

Marka Oberländera do przyjęcia formy totemicznej zainspirował znaleziony kręg psiego kręgosłupa i wspomniana już potrzeba odtworzenie twarzy zmarłej i zapomnianej matki. Jego styl był też znakiem czasu. – Tadeusz Kantor podkreślał, że nie powinno się malować ludzkiej postaci realistycznie, zwłaszcza po II wojnie światowej – wyjaśnia Magdalena Szafkowska.

Figury osiowe Jana Lebensteina zyskały mu popularność za granicą, kupowano je w Paryżu i w Nowym Jorku. Jeden z marszandów chciał nawet zamówić hurtem kilkadziesiąt prac, aby ozdobić banki. – Lebenstein, który nienawidził wszelkiej komercji i nigdy nie pracował na zamówienie, poczuł się tak dotknięty, że w ciągu sekundy zarzucił rysowanie figur osiowych, które przyniosły mu taką sławę – opowiada kuratorka. 

Wystawie towarzyszy przepięknie przygotowany katalog, ułożony dokładnie w tej kolejności, jak przebiega wystawa (także kolorystycznie). Możemy zatem, zwiedzając, przeglądać na bieżąco i czytać świetnie przygotowaną merytorycznie książkę Magdaleny Szafkowskiej.



Zgłoś uwagę