Tytan poezji zakodowanej. Tymoteusz Karpowicz

skont.pl

W tym przypadku powiedzenie, o nieco zszarganej szkolną sztampą reputacji: Co poeta miał na myśli? – nabiera szczególnego znaczenia, stając się twardym orzechem do zgryzienia nawet dla badaczy i krytyków literackich. Tymoteusz Karpowicz, twórca poezji lingwistycznej, uznawany za ostatniego wielkiego polskiego modernistę, był bowiem poetą trudnym, a jego czasem kilkakrotnie zakodowane utwory potrafili odczytywać nieliczni. Kształcił się i mieszkał we Wrocławiu. Teraz w jego dawnym wrocławskim domu będzie fundacja, powołana przez literacką noblistkę Olgę Tokarczuk.

Małgorzata Wieliczko | 03 grudnia 2019

15 grudnia br. minie 98 lat od urodzin Tymoteusza Karpowicza – poety, dramatopisarza, eseisty, tłumacza. Dokładnie osiem lat temu, na 90-lecie urodzin autora, nakładem wrocławskiego Biura Literackiego ukazała się pierwsza część „Dzieł zebranych” – kompleksowego podsumowania spuścizny zmarłego w 2005 r. Karpowicza.

W wielotomowym wydawnictwie którego kolejne tomy ukazywały się sukcesywnie do roku 2015, znalazły się m.in. utwory poetyckie i dramatyczne, zredagowane pod kierunkiem Jana Stolarczyka. Wydawnictwo miało dostęp do obszernych archiwów Karpowicza – były w nich m.in. rękopisy poezji, dramatów, esejów, a także materiały nigdzie wcześniej niepublikowane – z w wrocławskiej willi poety, a także tego sprowadzonego w 2010 r. z USA i wykupionego przez gminę Wrocław (w ramach projektu „Dziedzictwo literackie”, wspierającego badania nad spuścizną literacką najważniejszych twórców związanych z dolnośląską stolicą).

Tymoteusz Karpowicz zmarł w Oak Park pod Chicago, gdzie został pochowany razem ze swoją żoną Marią. Prochy małżonków, zgodnie z wolą poety, zostały sprowadzone przez miasto do Polski i 3 sierpnia tegoż roku spoczęły na cmentarzu Osobowickim.

Na marmurowym nagrobku widnieje cytat z wiersza poety: „I nie da się otworzyć wszechświata szerzej niż ludzkich ramion”.

Bezręki chłopak spod Wilna

Urodził się w Zielonej, podwileńskiej wsi, 15 grudnia 1921 r. W jego chłopskiej rodzinie się nie przelewało, więc trudów fizycznej pracy Tymoteusz zaznał bardzo wcześnie. Prawdopodobnie właśnie ona stała się przyczyną utraty przez niego lewej dłoni, chociaż dokładne okoliczności tego wydarzenia nie są tak naprawdę znane. Sam poeta miał podawać różne jego wersje. Mówi się więc, że stracił rękę w sieczkarni, a także, że ucięły ją płozy sań. 

Z pracą fizyczną nie rozstawał się nawet wtedy, gdy był już znanym poetą, a nawet poważnym wykładowcą amerykańskiego uniwersytetu. Czy to pielęgnacja ogrodu, czy rozmaite naprawy, a nawet przebudowa domu – były dla Karpowicza ważne, także w kontekście pokonywania zwykłych ludzkich słabości, udowodnienia sobie, że mimo niepełnosprawności potrafi tyle samo, a może i więcej niż ktoś, kto ma zdrowe obie ręce.   

Z Kresów na Pomorze...

W wyniku powojennych przesiedleń Karpowicz, mający za sobą szkołę powszechną, ale już doświadczenie publicystyczne i jeden wiersz opublikowany w „Prawdzie Wileńskiej”, razem ze swoją kresową wsią trafił najpierw do Lęborka. Potem, dostawszy rekomendację znajomego z „Prawdy Wileńskiej”, do której pisywał, trafił do pracy w szczecińskiej rozgłośni Polskiego Radia.

W Szczecinie miał także swój debiut prozatorski („Legendy pomorskie”) i poetycki – w 1948 r. opublikował zbiór „Żywe wymiary”.

Wrocławska kariera

W 1949 r. Karpowicz wita się po raz pierwszy z Wrocławiem i podejmuje studia polonistyczne na Uniwersytecie. Wyrabia tam sobie mocną pozycję, zostaje asystentem prof. Tadeusza Mikulskiego, ale w zasadzie nie publikuje. Taki stan trwa do 1956 r. 

Wraz z odwilżą puszczają też na rynku czytelniczym „lody twórcze” Karpowicza. W 1957 r. ukazuje się tomik „Gorzkie źródła”, a zaraz potem „Kamienna muzyka”. Dużo w nich tematów społecznych, politycznych czy analiz okresu w Polsce minionego. Krytycy zauważyli w tych utworach zapowiedź poważnej, dojrzałej twórczości, poety, który na celowniku swojego dzieła stawia język.

Kolejne utwory pokazują, jak trudnym, elitarnym twórcą Karpowicz się stawał. Czerpiąc ze źródeł mowy, tworzył teksty wielokrotnie zakodowane, na których interpretację można by i poświęcić kawał życia. To przyniosło mu i ogromny poklask, ale i niezrozumienie szeregu odbiorców. Widziano w Karpowiczu kontynuatora awangardy w wydaniu Przybosia czy Leśmiana i porównywano  z Białoszewskim. Wielu na lingwistycznej poezji Karpowicza próbowało się wzorować.

Pracował dla „Nowych Sygnałów” i warszawskiej „Poezji”. Gdy trafił do miesięcznika „Odra”, któremu oddał dobrych kilkanaście lat życia (1958-1976), w tym jako szef działu poetyckiego, był już czołową postacią literackiego Wrocławia. Także jako prezes wrocławskiego oddziału Związku Literatów Polskich, którym został w 1957 r., postawił na młodych artystów i bardzo ich promował. To dzięki niemu poezja zyskała takie nazwisko, jak Rafał Wojaczek.

Tymoteusz Karpowicz w obiektywie Czesława Czaplińskiego, 1983 r., źródło: polishartworld-com

Doktor Karpowicz jedzie uczyć o Norwidzie

Karpowicz publikował poezję rzadko, a w zasadzie nieregularnie. Podczas gdy „Znaki równania” wyszły w 1960,  „W imię znaczenia” w 1962, a „Trudny las” w 1964, to poemat „Odwrócone światło” ukazał się w 1972 r. Za te pierwsze zebrał peany od krytyków, którzy docenili sięganie do problematyki filozoficzno-kulturowej oraz za zabiegi lingwistyczne.

Z „Odwróconym światłem” stało się zgoła inaczej. Zostało przyjęte chłodno. Niektórzy krytycy pisali, że ten traktat filozoficzny połączony z poezją jest klęską autora, któremu nie wiadomo, o co chodzi, że czytelnik zupełnie nie radzi sobie z chaosem, jaki autor mu zafundował. Skrajne opinie były też takie, że Karpowicz zabrnął ze swoimi twórczymi możliwościami na skraj przepaści.

Mimo że niejednokrotnie Karpowicz powtarzał, m.in. w wywiadach, że głównie pisze dla siebie i opinia czytelnika nie jest czymś, co go wzrusza, ponieważ tak postrzega artystyczną, literacką wolność, odrzucenie jego monumentalnego poematu bardzo mu dopiekło.

W 1973 r., tuż po obronie pracy doktorskiej na polonistyce, Karpowicz korzysta więc z pierwszej nadarzającej się okazji – propozycji stypendium i prowadzenia zajęć o Norwidzie w Stanach Zjednoczonych – i wyjeżdża z Polski. Jak się potem okaże – na zawsze, wpadając tylko do Wrocławia – tak jak w 2000 r., by odebrać Nagrodę Prezydenta miasta – gdzie zostaje jego dom przy ul. Krzyckiej i żona Maria, która najpierw z mężem do Ameryki pojechała, ale na emigrację nie mogła się zdecydować.

Amerykański sen 

Karpowicz postawił wszystko na jedną kartę – podrzucił polską przeszłość, żeby zbudować sobie przyszłość w nowym miejscu, za oceanem. Razem z żoną zamieszkali w małym miasteczku Oak Park w stanie Illinois.

Jakiś czas potem poeta próbował swoją decyzję tłumaczyć tym, że był prześladowany za swoje poglądy polityczne i tak naprawdę z kraju wygnany. Ci, którzy go znali, widzieli jednak w tym „exodusie” odzew na poczucie niespełnienia, niemożności, a nawet zamknięcia się w artystycznym schemacie, poza którym tak naprawdę nie było już nic twórczego.

Pracę znalazł Karpowicz na Uniwersytecie Illinois w Chicago, udało mu się opanować język tak, by swobodnie prowadzić wykłady. W roku 1978 objął już na tej uczelni katedrę literatury polskiej. Dość szybko także zyskał sobie przychylność studentów, młodych twórców, którzy ujrzeli w Karpowiczu swojego mistrza, mimo że on sam za dobrze na amerykańskim uniwersytecie się nie czuł, nie udzielał się zbytnio wśród tamtejszej Polonii. 

Pamiętał jednak, żeby promować polską literaturę, nie tylko podczas zajęć na uczelni. Organizował więc, przeznaczając też na to własne pieniądze, międzynarodowe konferencje, poświęcone Norwidowi i Przybosiowi. Oddając się pracy akademickiej, trochę jednak odłożył na bok pisanie, a w zasadzie tworzył powoli. Co prawda niektóre poematy były bardzo obszerne, ale Karpowicz potrafił je pisać nieraz przez kilkanaście, a nawet więcej lat. 

Wykładał do roku 1992, kiedy to został przesunięty na emeryturę.

Pierwszy tom „Dzieł zebranych” Karpowicza, wydanych przez Biuro Literackie, ukazał się w 2010 r., źródło: biuroliterackie.pl

Życie w okopie sztuki

W Ameryce, którą podziwiał m.in. za rozległość, zmienność krajobrazu, z czasem najlepiej czuł się pod własnym dachem. Dom przebudowywał, robił sam różne sprzęty i udogodnienia, doglądał ogrodu, a potem przetwarzał warzywa i owoce w nim zebrane. Był swoistego rodzaju „Zosią samosią” – upartą, ambitną, dążącą do perfekcji. 

Jego nazwisko i legenda literacka w Polsce jednak nie znikały. Pamiętali o nim wrocławianie. Mirosław Spychalski i Jarosław Szoda, wówczas jako telewizyjni realizatorzy, zdołali skutecznie skontaktować się z Tymoteuszem Karpowiczem i nagrać z nim wywiad dla TVP 2. Z powstałego materiału urodziła się także książka pt. „Mówi Karpowicz”. Obie rzeczy dotyczą nie tylko twórczości poety, ale też codziennego życia w Oak Park.

Można na ich podstawie się przekonać, i to z nieskrywanym zdumieniem, jakim tytanem pracy był Karpowicz i dlaczego odizolował się od świata, za towarzyszy mając głównie tysiące książek i przeróżnych fiszek, które miały go wspierać w poszukiwaniu wiedzy o człowieku, świecie i sztuce, a jednocześnie wyzwolić z od lęków i dać poczucie artystycznej wolności.

Karpowicz powiedział wtedy do mikrofonu m.in.: „Zbudowałem okopy, by znaleźć się sam na sam ze sztuką, ze światem wiedzy o człowieku, wyzwalającym go ze stanów lękowych. Od lat próbuję osiągnąć punkt, w którym poczuję się wolny. I ciągle mi się to nie udało”.

Powroty (nie)spełnione

Po długiej przerwie, w końcu Karpowicz pokazał się światu, wydając w roku 1999 „Słoje zadrzewne”. To zbiór, pochodzących z różnych lat twórczości, poetyckich fragmentów i utworów, zaświadczających o wysiłku lingwistycznym poety, jego zakodowanym różnymi znaczeniami i kulturowymi symbolami myśli.

Ten tom zyskał sobie uznanie w kraju – otrzymał nagrodę wrocławskiej „Odry”, a także nominację do Nagrody Literackiej „Nike”. To sprawiło, że Karpowiczem zaczęto interesować się na nowo, zwłaszcza pokolenie, które mało słyszało o poecie, a jego – przecież nie tylko lirycznej (pisał też dramaty, np. „Wracamy późno do domu” czy „Zielone rękawice”, robił przekłady z rosyjskiego) – twórczości nie znało. 

W 2000 r., po tym jak otrzymał nagrodę od wrocławskiego prezydenta, Tymoteusz Karpowicz był namawiany do powrotu do dolnośląskiej stolicy. Odmówił. Może ciągle w poczuciu żalu za niewłaściwe – w jego mniemaniu – niedocenienie jego pracy, myśli, filozofii...

Śmierć żony Marii w 2004 r. wzmogła jeszcze bardziej wyalienowanie się Karpowicza z życia twórczego i towarzyskiego, choć to ostatnie nigdy nadmiernie „rozbuchane” nie było. Zamknął się w swoim amerykańskim domu, nie odbierał telefonów, w zasadzie się głodził. Powiedział życiu „pas”. Zmarł rok później. Samotny. 29 czerwca 2005 r. w Chicago.

Podobizna Tymoteusza Karpowicza na muralu, którego autorem jest Filip „Skont” Niziołek, na dawnej poczcie paczkowej przy ul. Janickiego, powstały z okazji ESK Wrocław 2016, źródło: skont.pl

Karpowicz patronuje

„Tymoteusz Karpowicz to patron nieoczywisty. Dla nas idealny. Postać-legenda, ale nie na tyle głośna, by nazwać ją kultową. Poeta równie ważny, co niezrozumiany. Mocno związany z Wrocławiem, ale jednocześnie zdecydowanie umykający wszelkiej lokalności. Wymagający, a przez to przynoszący wyjątkową satysfakcję czytelnikowi. Poetycki rewolucjonista, tworzący nową definicję słowa 'eksperyment'. Postać szalenie dla nas ważna” – tak piszą założyciele Fundacji na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, powołanej do życia w 2009 r.

W zakresie jej działań znalazła się witryna literacka fundacja-karpowicz.org, a także powstała na Rynku przed prawie dziesięcioma laty księgarnia Tajne Komplety. Była też księgarnia filmowa w DCF-ie (pod nazwą Nieme Kino), potem w Kinie Nowe Horyzonty jako Tajne Komplety – Nowe Horyzonty. Z innymi przejawami działalności wrocławskiej fundacji można zapoznać się na jej stronie.

Tokarczuk w domu Karpowicza

Przejęty przed laty miasto domu Marii i Tymoteusza Karpowiczów przy ul. Krzyckiej 29, który już wówczas został przeznaczony na miejsce związane z działalnością kulturalną, doczekał się niesamowitego „zagospodarowania. Stanie się siedzibą Fundacji Olgi Tokarczuk, laureatki Literackiej Nagrody Nobla 2018.

Wrocławski dom Karpowiczów, stan z listopada 2019 r., fot. Marek Księżarek

Fundacja, której partnerem jest Wrocławski Dom Literatury, podejmie nie tylko działalność kulturalną i artystyczną, ale zajmie się również projektami ekologicznymi, na rzecz równego traktowania oraz na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Noblistka, która 10 grudnia 2019 r. otrzyma medal noblowski, przeznaczyła na cele fundacji 350 tys. złotych.

O „Słojach zadrzewnych” i nie tylko – zobacz ciekawą rozmowę z Tymoteuszem Karpowiczem, przeprowadzoną przez Stanisława Beresia, dla Telewizji Literackiej TVL