Pianista Piotr Anderszewski o utworach, książkach

Przeczytać, zrozumieć, przetłumaczyć

Piotr Anderszewski jest jednym z najwybitniejszych polskich pianistów w historii, wrażliwym i uważnym czytelnikiem utworów Bacha, Beethovena, Mozarta, Chopina, Schumanna, Szymanowskiego. We wtorek 7 stycznia, wspólnie z NFM Filharmonią Wrocławską, zagra III Koncert fortepianowy Beli Bartóka. Tylko w rozmowie z wroclaw.pl opowiada natomiast o pracy nad utworami, idealnym koncercie, tremie czy książkach, które go poruszyły.

Magdalena Talik | 05 stycznia 2020

Magdalena Talik: Wrocław jest pierwszym przystankiem na Pana trasie koncertowej po Stanach Zjednoczonych z NFM Filharmonią Wrocławską. Występował Pan tu już kilkakrotnie, ale czy miał Pan szansę choć trochę poznać samo miasto?

Piotr Anderszewski: W sumie mało znam Wrocław, osobowość tego miasta, jego mentalność. To dziwne miejsce, do którego po wojnie przyjechało dużo osób ze Wschodu, także ze Lwowa. A siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat wstecz był tu zupełnie inny język, inni ludzie. Kiedy się widzi poniemieckie budynki, architekturę, która nie jest związana z naszą kulturą – takie miejsce mnie fascynuje. 

Piotr Anderszewski w styczniu 2008 roku we Wrocławiu/fot. mat. własne 

Pamiętam, kiedy w 2008 roku, w dawnym gmachu Filharmonii Wrocławskiej, grał Pan koncerty Haydna i Mozarta z Kremeratą Balticą. Po koncercie mówił Pan z lekkim wyrzutem: „Ale ten fortepian…”. Wielu pianistów przywiązywało się, niemal fanatycznie, do dobrego instrumentu, jak Glenn Gould czy Krystian Zimerman. Pan także?

Nie ma czegoś takiego, jak sam instrument, jest instrument i sala. Gramy na instrumencie w pewnej przestrzeni i ta przestrzeń jest zmienna – w zależności od tego, ile osób przyjdzie na koncert, jak się ubiorą, jakie jest ciśnienie powietrza na zewnątrz – to wszystko wpływa na dźwięk.

Oczywiście, fajnie jest mieć fortepian, z którym się człowiek czuje wygodnie, ale nie do końca wiem, dlaczego mam poczucie komfortu akurat z tym konkretnym fortepianem. Tak naprawdę chyba w ogóle mnie instrument nie interesuje. To tylko jeden z elementów komunikacji, a pragnę, by się stała i była prawdziwa. 

A kwestia idealnego koncertu? Podobno tylko na trzy wieczory w miesiącu pianisty przypada szczyt jego formy, o ile w ogóle można próbować to oszacować.

Chciałbym wiedzieć, od czego to zależy, ale, niestety, tak nie jest. W pierwszej kolejności, rzecz jasna, praca nad utworem, bez tego nic się nie stanie, ale później to jedna wielka wypadkowa.

Jestem, na przykład, przekonany, że publiczność też tworzy koncert. Ale dlaczego tego konkretnego wieczoru, nie wiem. Zdarzały mi się występy, kiedy czułem od pierwszej minuty, że publiczność jest jakby ze mną, że od pierwszych nut mamy jakąś wspólną komunię, poczucie, że coś innego niesie to wszystko. A nieraz gram, jak najlepiej mogę, walczę, a czuję, że słuchaczy ze mną i tak nie ma. Naprawdę tego nie rozumiem.

Ale może lepiej, aby nie było wiadomo, bo coś magicznego przestałoby istnieć.

Podczas wrocławskiego koncertu, ale i trasy po Stanach, będzie Pan wykonywał III Koncert fortepianowy Beli Bartóka. Kiedyś mówił Pan, że nie tyle wybiera kompozytora, ile to kompozytor wybiera Pana. Ale Bartók nie jest Panu szczególnie bliski.

Rzeczywiście, choć koncertu nauczyłem się bardzo dawno temu i po prostu on funkcjonuje w mojej osobowości. Bywają takie utwory.

Piotr Anderszewski w NFM-koncert z orkiestrą symfoniczną

Piotr Anderszewski w NFM-koncert z orkiestrą symfoniczną

Koncert / Klasyczna
Termin 7 stycznia 2020 19:00

Miejsce Narodowe Forum Muzyki (NFM) Wrocław

Zobacz

Wspomniany koncert gra Pan od ponad dwudziestu lat. Jak, przez lata, powracać do utworu i wciąż być nim pobudzonym na tyle, by go powtarzać w trasie – z różnymi orkiestrami, dyrygentami?

Dotyka pani w ogóle problemu mojego zawodu – powtarzalności. To jedna z przykrych jego stron, a jednocześnie paradoks – im więcej się gra dany utwór, im większego się nabiera dystansu, tym mniejszy ma się do tego dzieła zapał, a jednocześnie lepiej się je wykonuje publicznie. 

Stan zakochania nie może trwać wiecznie?

Jeśli powtarza się utwór i coś w nim odkrywa, to stan zakochania wraca. Tak jest, być może, też z osobami. Jeśli się kogoś zna trzydzieści lat i ten ktoś nagle zrobi gest, powie coś, co bardzo lubimy, wtedy to doceniamy. To także atrybut arcydzieła, że po dwudziestu latach nadal może dotknąć. Już człowiek tyle razy to grał, na wszystkie strony przenicował i nadal pozostaje jakaś świeżość. 

Ale, aby grać utwór, najpierw muszę odczytać, zrozumieć, przetłumaczyć każdą zawarta w nim nutę. I czytać nawet nie samą nutę, ale to, co było tej nuty powodem – co zdarzyło się w głowie kompozytora, że umieścił nutę na papierze. Bo tekst jest tylko pewnym kodem, zapisanym rezultatem tego, co się u kogoś wcześniej działo. Ciekawe jest właśnie to, co się stało, a nie to, co zapisał kompozytor. Zapis lepiej odtworzy komputer, ale tego, co zaszło w kompozytorze, komputer nie dotknie.

Na Pana odczytania kolejnych utworów niecierpliwie zawsze czekamy. Ale w grafiku na 2020 rok brak recitali solowych, wyszczególnione są wyłącznie koncerty z orkiestrą. Zrezygnuje Pan z grania solo, jak niegdyś Martha Argerich, która nie chciała występować na scenie sama?

Nie, ponad rok przerwy jest po to, aby mieć czas na odkrywanie nowych utworów solowych. Przygotowanie całego recitalu zabiera ogromną ilość energii, a często nie mam głowy, żeby się zastanawiać, nad czym będę pracował, na co mam ochotę. W tym roku gram wyłącznie koncerty fortepianowe, które już wielokrotnie wykonywałem i chciałbym troszkę poszukać repertuaru, jak Pani powiedziała, który by mnie wybrał. 

Ma Pan już na myśli konkretnego kompozytora?

Myślę o Brahmsie. Zabrałem ze sobą nuty – opus 119 i już sobie przy nim dłubię. Ciekawe, że do dwudziestego roku życia kochałem Brahmsa, a później już coraz mniej.

Pamiętam, że niegdyś lubił Pan też Rachmaninowa.

Ale inaczej, zresztą nadal mam do Rachmaninowa jakąś dziwną słabość. Natomiast do Brahmsa przez ostatnie lata czułem wręcz niechęć. A w moim przypadku często w takiej niechęci coś się kryje. I teraz mam czas, aby przy tym temacie poszperać, bo to wielki kompozytor i nie chciałbym przejść obojętnie obok możliwości takiego spotkania.

Ale najpierw trzeba znaleźć do repertuaru jakiś klucz. Nie racjonalny – że to świetnie zbudowany utwór, wspaniały i takie ogólniki, tylko klucz osobisty.

Kiedy zaczęła się moja fascynacja Schumannem, zaważył detal utworu. Detal coś w człowieku dotknie i potem to zaczyna rosnąć. Czuję, że tak będzie z Brahmsem, ale to zupełne początki. Tak również było niegdyś z Szymanowskim.

A z Chopinem?

Zawsze kochałem Chopina. Nawet dziś rano przypominałem sobie fragmenty Koncertu fortepianowego f-moll, zachwycając się I częścią. Inną sprawą jest grać Chopina. Zwłaszcza kiedy jestem na scenie, ósma wieczór, fortepian jaki bądź i muszę psychicznie się czegoś uchwycić, żebym się, po prostu, nie rozwalił. A u Chopina często w ogóle nie wiem czego mogę się uchwycić. Ale to takie osobiste uwagi.

Wspomina Pan scenę. Po tylu latach w największych światowych salach koncertowych trema nadal dokucza?

Są troszkę lepsze okresy, ale trema to zwierzę nieokiełznane. Próbowałem różnych sposobów, bo można trochę się przygotować. Jednak kiedy przyjdzie trema, jest totalna bezradność. Zdarzyło mi się parę razy świadomie tremę zdominować, siłą woli. Ale to rzadkie przypadki. 

Poza sceną widzę w Panu człowieka, którego pasjonuje wiele rzeczy, zwłaszcza czytanie. Pamiętam, jak w jednym z wywiadów przywołał Pan twórczość szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera, dostrzegając w jego biografii związki z życiorysem Roberta Schumanna. Literatura dużo dla Pana znaczy?

Sam się zastanawiam, jak to jest z literaturą i dlaczego jest taka ważna. Dużo bardziej zresztą proza niż poezja. Poza niewieloma wyjątkami, mam bardzo małą wrażliwość na poezję. Może muzyka jest dla mnie poezją i ta pisana słowem mnie drażni? Ale to moja ogromna strata.

A jeśli chodzi o prozę, coraz wyraźniej widzę, że to kwestia formy i stylu, na które jestem bardzo wrażliwy. Ogromne wrażenie wywarł na mnie zupełnie nowatorskim, osobistym stylem Louis-Ferdinand Céline. Jego książki utwierdziły mnie w przekonaniu, że w literaturze interesuje mnie możliwość wejścia w świat innego artysty.

Zawsze miałem, niestety, problemy z Proustem. Tomy „W poszukiwaniu straconego czasu” są zupełnie fantastyczne, genialne, ale odnoszę wrażenie, że problemy Prousta nie są moimi. Teraz zaczyna mnie interesować twórczość szwajcarskiego pisarza Charlesa-Ferdinanda Ramuza, dzieje się tam coś stylistycznego, dopiero zaczynam lekturę.

A, i oczywiście Flaubert! Ostatnio byłem pod wrażeniem „Madame Bovary”, którą czytałem po raz pierwszy. Straszna książka, ponura, nie ma żadnej nadziei! Ale niezwykły styl pisania, tak powściągliwy, bez żadnej niepotrzebnej prowokacji, cynizmu. Napisane przejrzyście, naturalnie, z pewnym humorem. I nawet ten humor nie jest głośny.

Piotr Anderszewski wystąpi 7 stycznia w Narodowym Forum Muzyki/fot. Simon Fowler/Warner Classics/Erato

Wiem, że i Pan był blisko napisania książki. W Londynie przygotowywał Pan chyba tom „Homo Britanicus, czyli jak krowa stała się drapieżnikiem, a tygrys roślinożercą”.

Ojej, Pani mi o tym przypomina. Oczywiście, nic z pisania nie wyszło. Miałem wtedy obsesję na punkcie Anglii i niechęć do tego kraju, potem to się zmieniło. Teraz mam niechęć do Ameryki.

Ale ma Pan, z pewnością, definicję Homo Americanus.

Nie chcę, zwłaszcza przed trasą koncertową po Stanach, mówić rzeczy okropnych. Ale w Europie, czy nawet w Japonii – starych i prawdziwych cywilizacjach – jest zawsze zderzenie między tym, kim jesteśmy – co czasem trudno określić, bo jesteśmy jedyni w swoim rodzaju – i tym, co mamy – to akurat możemy zdefiniować i wymienić.

Kim jestem i co mam – to dwie zupełnie różne rzeczy, a mam wrażenie, że w Stanach Zjednoczonych to jedna rzecz – jestem tym, co mam. Oczywiście, ogromnie uogólniam, mówię o pewnej mentalności, nie mówię o człowieku, bo wszędzie są fantastyczni ludzie, ale o jakimś parciu, cywilizacji, która dąży do wymienialności. 

rozmawiała Magdalena Talik

główne zdjęcie Piotra Anderszewskiego/fot. MG de Saint Venant licenced to Virgin Classics

Sylwetka Piotra Anderszewskiego i przewodnik po jego wybranych nagraniach tutaj