Adam Domanasiewicz - lekarz z najwyższej półki

Cała Polska usłyszała o nim, kiedy w 2006 roku w szpitalu w Trzebnicy pracował w zespole lekarzy, który po raz pierwszy w kraju przyszył pacjentowi rękę, pochodzącą od zmarłego dawcy. Cały świat o Domanasiewiczu usłyszał w ubiegłym roku, gdy przeprowadził pionierską operację przyszycia ręki mężczyźnie, który urodził się bez kończyny.

Beata Jackowska: Co poświęcił Pan dla medycyny?

Adam Domanasiewicz: Och, prawie wszystko. Byłem dobrze zapowiadającym się alpinistą i himalaistą. Doskonale adaptowałem się do dużych wysokości. Pod koniec studiów zdobyłem swoją największą wysokość: ponad 7 tysięcy metrów. I na pewno, gdyby nie chirurgia, to kontynuowałbym tę karierę.

Na pewno poświęciłem też możliwość zarobienia dużych pieniędzy. Początek mojej działalności medycznej, okres najbardziej intensywnego szkolenia się, pochłonął mnie zupełnie. W tym czasie moi koledzy zakładali właśnie pierwsze biznesy. Pamiętajmy, że to zbiegło się z okresem przemiany ustrojowej. I wszyscy moi przyjaciele, którzy nie pokończyli studiów, albo ukończyli studia, ale nie pracują w swoim zawodzie, mają się bardzo dobrze.

Duże pieniądze zarabia się na chirurgii plastycznej. Myślał Pan o tym?

Nie. Po studiach dostałem wprawdzie stypendium na chirurgii plastycznej. Ale zawsze bardziej ciągnęło mnie do tego rzeczywistego, namacalnego ratowania ludzkiego życia i zdrowia. Dlatego tkwiłem w tej chirurgii ogólnej, która w wydaniu trzebnickim, pod profesorem Kociębą, oznaczała chirurgię ogólną w pełnym tego słowa znaczeniu. Operowaliśmy pacjentów od stóp do głów. Robiliśmy operacje ortopedyczne, traumatologiczne, operacje naczyniowe i neurochirurgiczne, oczywiście te urazowe. W naszym szpitalu kraniotomia, popularnie nazywana trepanacją czaszki, była standardem, którą wykonywał każdy chirurg.

Romantyzm tej działalności tak dalece mnie pociągnął, że nie zauważyłem, kiedy zleciało parę lat. Wszyscy w wokół się wzbogacili, pobudowali domy, pourządzali. A ja owszem. Dorobiłem się opinii dobrego lekarza, ale mieszkałem w bloku i jeździłem starym autem. Ten najlepszy czas na robienie biznesu przesiedziałem na dyżurach, spędziłem w przychodniach. Dobra chirurgia wymagała poświęceń. Dyżury chirurgiczne miałem średnio co trzy dni. Wtedy szpital w Trzebnicy był jedynym ośrodkiem w Polsce, który przyszywał kończyny. Przywożono nam pacjentów z całej Polski. Praca była dosyć ciężka, ale przynosiła masę satysfakcji. Pozwalała się i wyżyć, i nauczyć.

Medycynie poświęciłem też zdrowie. Na 50-leciu mojej szkoły spotkałem się z kolegami z klasy, z którymi nie widziałem się 30 lat. I oni wyglądali zasadniczo lepiej ode mnie. Od ciągłego stania przy stole operacyjnym mam chory kręgosłup. Siwe włosy, zmarszczki i nadciśnienie – to też efekt mojej miłości do chirurgii.

A rodzina? Lekarz, który ma nieustający dyżur w szpitalu, jest mężem i ojcem, którego ciągle nie ma w domu.

To jest kolejna rzecz na mojej liście. Taki tryb życia absolutnie koliduje z możliwością uprawiania, że tak powiem: szczęśliwej rodziny. Po prostu głównie człowieka nie ma w domu. Największą cenę zapłaciły i płacą moja żona i córka, i mama. 

Czy dla swojej córki jest Pan złym ojcem? Czy nieobecnym ojcem?

Myślę, że nieobecnym. Poświęciłem mojej córce zbyt mało czasu. Nie miałem wyjścia. Gdybym ten czas roztrwonił na jakieś inne działalności, to miałbym do siebie pretensje. Ja poświęciłem ten czas leczeniu. Ale muszę przyznać, że pacjenci i szpital zabrali dzieciństwo mojej córce.

Czy córka ma to Panu za złe?

Trudno powiedzieć. Myślę, że specjalnie szczęśliwa z tego powodu nie jest. Okazji, aby pójść ze mną do zoo, na spacer, pojechać do lasu czy pojeździć na rowerze, było bardzo mało. Dla mnie, jako ojca, traumatycznym przeżyciem było, gdy w szkole podstawowej Ady był egzamin na kartę rowerową. I okazało się, że moja córka nie potrafi jeździć na rowerze. Od tego okresu, kiedy jeździła na takim dziecinnym trójkołowcu, ja nie znalazłem czasu, aby nauczyć ją jeździć na „dorosłym” rowerze. Rower był. I owszem, ale Ada nie umiała na nim jeździć. Ojciec jej nie nauczył. Wtedy, aby dorównała do swojej klasy, uczyłem ją w trakcie moich dyżurów. Ćwiczyliśmy, jeżdżąc wokół szpitala. Biegałem z kijem od szczotki włożonym za siedzenie roweru, umocowanym tak, aby moja córka się nie przewróciła.

Ale zna Pan córkę?

Oczywiście w jakiś sposób jestem dla niej jakimś autorytetem i kochanym ojcem. Ale tak naprawdę bliskie kontakty ma ze swoją mamą. Do niej dzwoni, aby powiedzieć o swoich sukcesach, z pytaniami i z rozterkami.

Jednak Ada studiuje medycynę – poszła w Pana ślady. To chyba coś znaczy?

Myślę, że zachowała trochę zdrowego rozsądku. Nie zmuszałem jej do pójścia na medycynę. Nie wywierałem jakiejś bezpośredniej presji. A presja pośrednia wynikała tylko z próby uświadomienia, że jest to po prostu przyzwoita praca, której człowiek nie musi się wstydzić. I daje stosunkowo dużo niezależności od systemu politycznego, od sytuacji gospodarczej i tak dalej, i tak dalej. Ważne jest tylko, aby ją dobrze wykonywać. A bycie inżynierem, bankowcem, ekonomistą czy nawet dziennikarzem może dawać satysfakcję, ale nie musi. Można wpaść w jakieś układy, które człowieka wkurzają, od których jednak nie można się uwolnić. I wtedy człowiek nie jest z siebie zadowolony. W medycynie jest to zadowolenie zagwarantowane. Jeśli robisz coś dobrze, poświęcasz się i dobro pacjenta jest dla ciebie najważniejsze, samo to staje się nagrodą.

A czy Adam Domanasiewicz popełnia błędy? Kiedy popełnił Pan swój pierwszy medyczny błąd?

Może to zabrzmi bardzo buńczucznie, ale wielu błędów nie popełniłem. Pamiętam jednak sytuacje, które można zakwalifikować jako błąd. Pamiętam starszą panią, którą przysłano do nas na chirurgię z oddziału internistycznego. Miałem ją zbadać na bolesność brzucha. I pamiętam, że ta pani miała na sobie takie długie barchanowe gacie. W historii choroby było napisane, że kobieta była operowana na przepuklinę. Nie chcąc tej staruszki stresować i ją z tych majtek odzierać, zbadałem brzuch. Coś mi się jednak nie spodobało, więc zostawiłem ją na oddziale na obserwacji. Założyłem, że skoro miała operację na przepuklinę, to ma ją zoperowaną. Zakładałem też, że skoro przyszła z oddziału internistycznego, to była tam myta i oglądana. I na tym polegał mój błąd. Okazało się, że pacjentka miała recydywę przepukliny i była to przepuklina uwięźnięta. Zoperowaliśmy ją dopiero rano, gdy objawy stały się bardziej jaskrawe i kiedy mój starszy kolega ściągnął jej te barchanowe gacie.

Takie sytuacje się zdarzały, ale nie mam sobie do zarzucenia błędu zaniedbania, zaniechania. Potrafiłem się wrócić do szpitala z samochodu, ba, potrafiłem się wrócić z domu, bo sobie coś przypomniałem. To nie oznacza, że wszystko mi się udało wyleczyć. Czasami, mimo próby zdobienia wszystkiego, jak należy, zachowania wszystkich procedur, coś poszło nie tak. Przyroda to jest jednak przyroda. Takim tkwiącym mi w pamięci „błędów” jest chłopak, który umarł mi na stole operacyjnym podczas misji w Afryce. Byłem w sytuacji bez wyjścia. Wiedziałem, że wyjeżdżamy za kilka dni i że następny chirurg będzie dopiero za sześć tygodni. I ten pacjent po prostu go nie doczeka.

Musiałem operować. A była to ryzykowna operacja w tamtych warunkach. Chłopak miał nieznanego pochodzenia olbrzymi guz kończyny górnej. Przeolbrzymi. Wszystkie badania, które udało nam się wykonać w tamtych warunkach, wskazywały, że to nie jest nowotwór. Także stan kliniczny pacjenta. Zachowanie unerwienia ręki, brak obrzęków, brak zastoju limfatycznego. Pełna funkcjonalność kończyny górnej. Chłopak miał po prostu wiszący pod pachą olbrzymi guz. Około 40 cm średnicy. Wydawało mi się, że skoro ten guz rozwinął się do tak olbrzymich rozmiarów, nie dając przerzutów do wątroby (a to udało mi się ustalić podczas badania USG), nie dał przerzutów do płuc, to nie jest to nowotwór. Nie miał też łączności z kością ramienia. Zdecydowałem się na operację, bo ten guz ropiał. Najpierw czuć było smród, a dopiero potem pojawiał się ten chłopak. Bałem się, że pacjent umrze z powodu zakażenia. Miałem jednak za mało krwi i zbyt prymitywne znieczulenie. A operacja trwała kilka godzin i on się nam zatrzymał na stole. Nie udało się go reanimować. Wszystko zrobione było według wszelkich norm. Jednak mam poczucie dyskomfortu. Mam świadomość, że gdybym go nie zoperował, on by także umarł. Jednak zoperowałem go i on umarł mi na stole. Takich historii kilka mam…

To był Pana pierwszy zgon podczas operacji?

No nie. Do 2015 roku pracowałem na oddziale chirurgii ogólnej. Trafiali do nas pacjenci w terminalnych stanach – w zaawansowanej chorobie nowotworowej, po ciężkich wypadkach komunikacyjnych. Tak więc jakiś tam własny cmentarz mam. Analizując retrospektywnie te przypadki: czy mogłem zrobić coś więcej? Zawsze starałem się robić na maksa. W tej kwestii śpię spokojnie. Jeżeli mam swój cmentarz, to na pewno leżą tam ludzie, którzy nie mają do mnie pretensji.

Teraz, kiedy o Panu wie świat medyczny na całym świecie, podejmuje Pan decyzje trudniej czy łatwiej?

Zdecydowanie trudniej. Z bardzo prozaicznej przyczyny. Mam więcej do stracenia, niż do zyskania. Każda decyzja musi być przemyślana, bo łatwo stracić to, co się ma. Porażka byłaby tu jakby podwójnie liczona. Ciężar gatunkowy byłby znacznie większy. A z drugiej strony muszę się pilnować, żeby nie spuścić z tonu, na zasadzie, że już swoje osiągnąłem i będę szedł na łatwiznę. Tak jak piłkarze, którzy zdobędą jakiś wysoki wynik i później grają tylko na utrzymanie. Odbijają piłkę, żeby dotrwać do końca meczu bez ryzykownych sytuacji. Ja nie mogę spuszczać z tonu i nie mogę dać się ponieść wodzie sodowej i jakiejś brawurze.

A ciągnie Pana do bycia lekarzem celebrytą?

Bycie rozpoznawalnym i uznawanym w jakichś tam kręgach opiniotwórczych na pewno jest miłe, ale jakoś specjalnie mnie to nie ciągnie. Nie dążę, nie inicjuję takich sytuacji. Jest to jednak naturalna kolej rzeczy, która towarzyszy mojej pracy. Jeżeli coś kończy się spektakularnym sukcesem, po którym robi się głośno, to moje kontakty z mediami stają się intensywniejsze. Ale nie zabiegam. Przede wszystkim nie mam na to czasu. 

Czy jest Pan w pracy ryzykantem?

Wiele osób tak mnie postrzega. Mój poprzedni szef, profesor Jabłecki, bardzo często mówił: „Ta operacja nie ma szans powodzenia, chyba że przeprowadzi ją Domanasiewicz, bo on ma szczęście”. To było takie podkreślenie, że przypadkiem mi się udaje, bo mam szczęście, i dlatego coś, co nie ma szans powodzenia normalnie, może mi się udać. Prawda jest jednak taka, że ja do każdej operacji starannie się przygotowuję i staram się, aby ona przebiegała według narzuconego przeze mnie scenariusza, a nie scenariusza narzuconego przez ciąg nieszczęśliwych wypadków. Mam jednak skłonność, żeby wciąż robić nowe rzeczy, przełamywać schematy. Uczę się i czasami robię coś po raz pierwszy.

Jako pierwszy na świecie przeprowadził Pan operację przyszycia ręki pacjentowi, który urodził się bez kończyny?

Troszeczkę nazwę się bohaterem z przypadku. Marzyłem o tym, myślałem, planowałem to, wyobrażałem sobie, jak to będzie wyglądało. Ale jednak ten scenariusz podyktowało życie. To, że pojawił się pacjent z wadą wrodzoną, który był zdecydowany na operację, i to, że znalazł się dawca, który pasował do niego. Uważałem, że jeśli te dwa przypadki się przytrafiły, to już niepodjęcie tej rękawicy byłoby po prostu grzechem.

Nie jest Pan ryzykantem przy stole operacyjnym, ale w życiu prywatnym robi Pan wszystko, co jest na granicy brawury.

No rzeczywiście. Jeżdżę konno, ale czy jazda konna jest niebezpieczna? Bywają wprawdzie ciężkie wypadki na koniu. Sam miałem złamany kręgosłup…

Ale Pan jeździ konno, wymachując mieczem…

Tak. Biorę udział w rekonstrukcjach bitewnych. I tam faktycznie można zaliczyć wypadek. Ale liczę, że zbroja mnie jakoś ochroni. Kiedyś koń wysadził mnie z siodła i uderzyłem głową w mur. Gdybym nie miał na głowie hełmu, nie rozmawialibyśmy w tej chwili.

Złośliwi mówią, że w tych bitwach produkuje Pan swoich kolejnych pacjentów.

 (śmiech) Niektórzy znajomi, których poznałem w tych rekonstrukcjach, zostali moimi pacjentami, ale nie bezpośrednio w wyniku moich działań. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że my rekonstruujemy bitwy. Nie walczymy naprawdę. Nie toczymy walk na śmierć na życie. To jest teatr. Wypadki zdarzają się niezamierzone.

Ale bycie rycerzem to nie wszystko...

No tak. Wspinam się, jeżdżę motocyklem, nurkuję. Planuję kurs spadochronowy. Ale w tym wszystkim staram się być ostrożny, bo najbardziej chciałbym być kiedyś starym emerytowanym chirurgiem, emerytowanym rycerzem, emerytowanym motocyklistą. Wtedy kupię sobie jacht i będę żeglować po świecie do końca moich dni.