Danielewicz: Śląsk gra fajną piłkę

Chociaż Krzysztof Danielewicz urodził się we Wrocławiu i tu stawiał pierwsze kroki w swojej przygodzie z futbolem, przed długi czas był „twarzą” młodych zespołów Zagłębia Lubin. W końcu poprzez Ruch Radzionków i Cracovię utalentowany pomocnik trafił do Śląska.

  • Krzysztof Danielewicz

    Rozmowa z nowym zawodnikiem Śląska Wrocław Krzysztofem Danielewicz / fot. slaskwroclaw.pl


Andrzej Lewandowski: Zaczynał Pan w Parasolu Wrocław. Jak Pan wspomina tamten okres?

Krzysztof Danielewicz: – Na pewno sympatycznie. Zacząłem tam trenować w wieku ośmiu lat. To było takie naturalne zainteresowanie. Wtedy każdy na moim podwórku grał w piłkę. Potem pojawiła się kwestia, czy ktoś chciał sobie potrenować w klubie, czy też to granie na podwórku mu wystarczało. Ja postanowiłem zapisać się do profesjonalnego klubu. Tam po kolei pokonywałem szczeble dziecięcej kariery. Jakieś tam sukcesy mieliśmy i muszę przyznać, że jak na Parasol były one niemałe. Wygraliśmy ligę i przeszliśmy do rozgrywek centralnych. Niestety do ich finałów nie dotarliśmy.

Wspomniał Pan o podwórku. Gdzie ono było?

Krzysztof Danielewicz: – Mieszkałem na osiedlu Kosmonautów przy ulicy Horbaczewskiego, czyli na Gądowie.

I nagle chłopak z Gądowa, przechodzi do Zagłębia Lubin. Dlaczego?

Krzysztof Danielewicz: – Zagłębie wykazało dość poważne zainteresowanie moją osobą. Grając w Parasolu, gdzieś tak od 12 roku życia regularnie trafiałem do kadry Dolnego Śląska w różnych kategoriach wiekowych. Chyba właśnie tam zainteresowało się mną Zagłębie. Parasol na początku troszeczkę blokował ten transfer, ale Zagłębie było na tyle zainteresowane, że nie odpuścili i po trwających rok próbach w końcu udało im się ściągnąć mnie do siebie.

Jak koledzy z dzielnicy zareagowali na Pana transfer do Zagłębia Lubin?

Krzysztof Danielewicz: – Niektórzy się trochę dziwili, ale ci, którzy mnie znali, dobrze wiedzieli, że ja chce grać w piłkę na jak najwyższym poziomie. Gdy byłem w  Zagłębiu, to ten klub miał bezdyskusyjnie najlepszą drużyną młodzieżową w Polsce. Pod ścianami nie musiałem się przemykać, choć koledzy ze szkoły trochę mi dokuczali. Chodziłem do liceum przy ul. Powstańców Śląskich i tam też uczyła się niemal cała drużyna Śląska.

Do seniorskiej drużyny Zagłębia jakoś się Pan nie przebił, ale potem stał Pan się „Cidrem”, czyli przeszedł na wypożyczenie do Ruchu Radzionków.

Krzysztof Danielewicz: – Już w trakcie ostatniego pół roku pobytu w Zagłębiu, bardzo chciałem zmienić klub. Poszedłem w końcu na wypożyczenie do grającego wtedy w I lidze Radzionkowa. Bardzo miło wspominam tamten okres. W szatni panowała super atmosfera. Drużyna była mieszanką rutyny z młodością i mimo problemów finansowych osiągnęliśmy dobry wynik zajmując, nie pamiętam już 7 czy 8 miejsce w I lidze. Zagrałem tam  rundę, w miarę dobrze mi wychodziło i tego owocem był transfer do Cracovii.

W tej Cracovii stał się Pan podstawowym zawodnikiem, najpierw w I lidze, a potem w ekstraklasie.

Krsyztof Danielewicz: – To był dla mnie nowy start. Dzień po mnie przyszedł do klubu trener Wojciech Stawowy. Byłem obecny od początku jego kadencji, poznawałem tajniki jego stylu gry. Bardzo mi się to podobało. Cieszyłem się, że trafiłem do takiego klubu i do takiego trenera. Widziałem, że będziemy grać bardzo fajny futbol. Awansowaliśmy do ekstraklasy, fajną mieliśmy tę pierwszą rundę. Później troszeczkę ta maszyna się zacięła.

Będąc w Cracovii miał Pan propozycję z włoskiej Regginy. To prawda czy plotka?

Krzysztof Danielewicz: – W przerwie zimowej dostałem zaproszenie na testy medyczne. Reggina grała wówczas w Serie B, ale po przemyśleniu uznałem, że to nie jest interesujący temat, bo klub ten był w strefie spadkowej z tej ligi i nie gwarantował mi takiego rozwoju sportowego, na który liczyłbym zmieniając klub.

No i zgłosił się Śląsk i dogadaliście się szybko.

Krzysztof Danielewicz: – To był gorący okres dla mnie, bo stawałem się wolnym zawodnikiem. Było trochę propozycji, ale ja chciałem wybrać najlepiej. Dla mnie najważniejszy był mój dalszy rozwój, więc chciałem trafić do zespołu, który będzie grał w piłkę. Nie chciałem takiej sytuacji, gdzie grając w środku pomocy, będę najczęściej oglądał piłkę latającą mi nad głową.

I od razu zaczął Pan od gry w podstawowym składzie. Tak już będzie na stałe?

Krzysztof Danielewicz: – Liczę na to, że tak będzie, ale to jest futbol, jest rywalizacja i na każdym treningu chłopaki walczą o miejsce w wyjściowej, meczowej jedenastce. U nas w Śląsku ta rywalizacja jest duża. Mi się to podoba, bo im większa rywalizacja, tym łatwiej podnieść swoje umiejętności. To gra w otwarte karty. Kto będzie lepszy na meczach i na treningach będzie grał dalej.

Już trochę czasu Pan w Śląsku trenuje. Na co stać tę drużynę?

Krzysztof Danielewicz: – Na pewno ten zespół ma duży potencjał. Nawet będąc w Cracovii uważałem Śląsk za fajną drużynę. Teraz z bliska potwierdza się to, co wiedziałem wcześniej, że defensywa jest bardzo mocnym punktem tego zespołu. Jeśli chodzi o piłkarzy ofensywnych, to bardzo mi się podoba styl gry Sebastiana Mili, który z piłką potrafi zrobić bardzo dużo. Gra u boku takiego zawodnika może mi tylko wyjść na dobre. Szkoda tylko, że kontuzjowany jest Marco, bo każdy zdaje sobie sprawę, że gdyby był zdrowy, dużo by od siebie dołożył. Nie będę składał deklaracji czy podium, czy puchary, czy też pierwsza piątka. Cel jest na początku taki sam jak każdego innego zespołu, czyli jak najszybciej awansować do czołowej ósemki.

AL



Zgłoś uwagę