55. Santander Jazz nad Odrą Festival. Koncert otwarcia: Jazzmeia Horn

Niedawno skończyła 28 lat, ale to, jak śpiewa i pojmuje moc muzyki, każą stawiać ją obok tych (no, może jeszcze mały kroczek za), którzy cieszą się największą estymą w jazzowym świecie. Na pewno jednak Jazzmeia Horn, główna bohaterka piątkowej, 26 kwietnia, inauguracji 55. Santander Jazz na Odrą Festival, jest jedną z najjaśniejszych gwiazd wokalistyki jazzowej swojego pokolenia.

  • Jazzmeia Horn podczas koncert w Imparcie, 55. Santander Jazz nad Odrą Festival, fot. Andrzej Rakowski

    Jazzmeia Horn podczas koncert w Imparcie, 55. Santander Jazz nad Odrą Festival, fot. Andrzej Rakowski


Nie ma co ukrywać, w sali Impartu przy Mazowieckiej – zwłaszcza przy pełnej widowni, tak jak podczas koncertu Jazzmei Horn – jest ciut za ciepło i za duszno. Ale za to wszystko idealnie słychać i to już zasługa sprzętu nagłaśniającego dobrej klasy, zainstalowanego na potrzeby tego wydarzenia, najnowszego systemu marki JBL A8, którym chwalił się podczas otwarcia festiwalu dyrektor generalny Strefy Kultury Wrocław Krzysztof Maj

Właśnie ta świetna akustyka pozwoliła w pełni docenić umiejętności wokalne amerykańskiej piosenkarki jazzowej i autorki tekstów, nominowanej w 2017 r. do nagrody Grammy w kategorii Best Jazz Vocal Album za płytę pt. „A Social Call”.

Wizytówką Jazzmei Horn (nawiasem mówiąc, bardziej adekwatne dla tej pani imię i nazwisko chyba trudno byłoby „wymyślić”) jest bowiem niezliczona liczba dźwięków i odpowiadających im nastrojów. To postać niezwykle żywiołowa, już od progu sceny niepozostawiająca wątpliwości co do swoich afrykańskich, etnicznych korzeni. Cała barwna jak ptak, z charakterystycznym turbanem na głowie, który wielu obecnym na koncercie skojarzył się z inną niesamowitą piosenkarką, królową neo-soulu Erykah Badu. Moim zdaniem nie tylko ten turban łączy wizerunkowo obie panie – one są po prostu do siebie fizycznie podobne (choć dziś wiekowo dzieli je jakieś dwadzieścia lat).

Ale tak jak Badu, Horn jest artystycznym zjawiskiem, taką swoistą torpedą, która – gdy tylko poczuje odpowiedni grunt – wysadza w powietrze wszelkie schematy i nienaruszalne przepisy.

Jazzmeia Horn i Barry Stephenson (bass), fot. Andrzej Rakowski

Znamy pobieżnie jej muzyczną drogę, która zaprowadziła tę artystkę do prawdopodobnie najbardziej pożądanej nagrody, o jaką może ubiegać się młody muzyk jazzowy – w międzynarodowym konkursie jazzowym Thelonious Monk Competition w roku 2015, a potem oczywiście do wspomnianej nominacji Grammy.

Otóż, przygodę z muzyką Jazzmeia zaczęła jako 3-letnie dziecko, mocno dopingowana przez trwającą blisko Kościoła, pełną muzycznych talentów rodzinę, zwłaszcza przez babcię pianistkę, która grała w zasadzie tylko gospel, ale kochała jazz.

Z tym „prawdziwym” jazzem zaś Horn zetknęła się chyba po raz pierwszy w liceum i jak wspomina w jednym wywiadów, „przeżyła wówczas swoisty szok kulturowy”, gdy nauczyciel podsunął jej utwory Jeffersona, Jarreau czy Bensona. I co ciekawe, nie bardzo ją one zrazu zachwyciły. Dopóki nie usłyszała wykonań Sarah Vaughan, tego, co robiła ta artystka ze swoim głosem. To od niej Jazzmeia uczyła się scatu.

Jak dobrze się nauczyła – mogliśmy się przekonać podczas piątkowego koncertu. Wahlarz dźwięków, jakimi operuje Horn – wśród których odnaleźć można nie tylko różne instrumenty, ale i odgłosy natury czy np. nawoływania właściwe afrykańskim plemionom, i to w skali głosu szybującej nieraz wysoko ponad bardzo wysokimi dźwiękami – wbija w fotel.

Przy fortepianie Tadataka Unno, fot. Andrzej Rakowski

„Najsmaczniejsze” wydają się zaś te wszystkie magiczne, typowe dla jazzowego wokalu „przydymione” frazy, do których Horn przechodzi z „wyżyn” z niebywałą lekkością. Jest przy tym „fatalnie” kobieca, uwodzicielska. Za chwilę jednak pokazuje nam swoją roześmianą twarz beztroskiej dziewczynki – skacze, nabija rytm, wygina szczupłe ciało i nie żałuje sobie grymasów twarzy, które jej interpretacjom przydają autentyczności. Taką ją zobaczyliśmy w  w „Tight" Betty Carter, jednym z utworów płyty „A Social Call”.

Niezwykła, niewymuszona i niosąca totalne porozumienie jest współpraca wokalistki z towarzyszącymi jej na scenie muzykami. Gdy „rozmawia” z kontrabasem (Barry Stephenson), Horn pokazuje tę najbardziej intymną stronę swojego warsztatu wykonawczego. Gdy „przekomarza się” z perkusją (Henry Conerway III), nabija dźwięki stopami, pokazuje własny styl, wykraczający poza „klasyczny” wizerunek jazzmenki. Gdy „dialoguje” z fortepianem (Tadataka Unno), ujawnia twarz rasowej wokalistki, przepełnionej szacunkiem dla wspaniałego instrumentu.

To, że Jazzmeia jest również społecznie zaangażowaną autorką tekstów, słychać ze sceny bardzo wyraźnie. Na swojej ostatniej płycie, z której utwory prezentowała wrocławskiej publiczności – przepełnionej społecznym przesłaniem – zaakcentowała to jednoznacznie. Bo takie są Social Call, People Make the World Go Round czy Lift Every Voice and Singn.

Henry Conerway III, fot. Andrzej Rakowski

O swoim stosunku do świata, różnych kultur i ich znaczeniu Horn lubi też w przerwach między kolejnymi piosenkami porozmawiać, a właściwie „pomonologować” z publicznością. Wydaje się spontaniczna i szczera, jest dowcipna. No i cieszy ją, gdy słuchający jej występu żywo reagują na muzykę – klaszczą, kołyszą się, a nawet tańczą pod sceną.

Ochoczo do tego podczas piątkowego koncertu Jazzmeia wszystkich zachęcała i własnoręcznie do tańca „wyciągała” osoby z widowni. Zaproszenie „dostało się” nawet włodarzowi naszego miasta. Ale nie zdradzę, czy zostało przyjęte… W każdym razie było tak miło, że bez bisów się nie obeszło.

55. Santander Jazz nad Odrą Festival wystartował celująco.

Czytaj: 55. Santander Jan nad Odrą Festival



Zgłoś uwagę