Sylwester Chęciński: Wrocław to moje życie

Na co dzień ponury, pesymista, bałaganiarz. Boi się kobiet. Jednak lubi z nimi pracować. Pełen sprzeczności. Zamknięty w sobie, a jednocześnie serdeczny, subtelny. Chłodny, ale o ciepłym wejrzeniu. Lubi być sam. Jest bezpośredni. Nie znosi bufonady i zarozumialstwa. Wybitny reżyser filmowy Sylwester Chęciński od dziesiątków lat jest jednym z najważniejszych kulturalnych ambasadorów Wrocławia i Dolnego Śląska.


Zapytany w wywiadzie prasowym o rolę, jaką Wrocław odegrał w jego życiu, Sylwester Chęciński odpowiedział: „Wrocław i Dolny Śląsk to ponad 50 lat mojego życia. To pejzaż moich filmów. Mamy tu wszystko: zróżnicowaną architekturę i nieprawdopodobny tygiel kulturowy, stwarzający materialną i duchową scenerię. Czym jest Wrocław w moim życiu? To właśnie moje życie”.

Chęciński jako dziecko nie myślał o filmie. Pierwszym żywym obrazem, jaki obejrzał, była „Golgota”. Później w dzierżoniowskim gimnazjum był prezesem samorządu szkolnego. Do jego obowiązków należały m.in. kontakty z przyjezdnymi zespołami teatralnymi. – Bywałem za kulisami, poznawałem aktorów i ich pracę – wspomina.

Zagrał też wtedy jedną z głównych ról w „Nowym Świętoszku”. Jednak nie został aktorem. Przeczytał gdzieś o szkole filmowej w Łodzi. Egzamin wspomina jako ciężki.

 „Historia żółtej ciżemki”: Marek Kondrat i Gustaw Holoubek (źródło: Youtube)

Na obozach studenckich w czasie wakacji prowadził koncerty dla kolegów. Pamięta, że miał wtedy dobry kontakt z publicznością: – Wydawało mi się, że jestem człowiekiem dowcipnym, kontaktowym, że mam poczucie humoru. Aż do momentu, gdy nakręciłem czterominutową etiudę filmową. Z mozołem zrobiliśmy z kolegą film pt. „Lato”. Była to banalna historyjka wczasowa, rozgrywająca się w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Wyszło z tego coś przerażająco smutnego. Nikt z komisji się nie uśmiechnął. Pomyślałem wtedy, że to moja klęska – mówi Sylwester Chęciński.

Później stronił od komedii. Na debiut wybrał „Historię żółtej ciżemki”. Mówi, że to przypadek. Znał książkę. Jako 10-letni chłopak czytał ją z wypiekami na twarzy. Gdy jednak przeczytał scenariusz, był przerażony, jaki to nudny i nieciekawy tekst. Głównie dzięki wspaniałym scenografom i kostiumologom powstała koncepcja zrobienia „Historii…” w konwencji malarstwa gotyckiego. Film został zauważony.

„Sami Swoi” – film zrobiony ze strachu!

Pierwszy raz z tematem zetknął się w radiu, w audycji „I było święto” w reż. A. Łapickiego. – Sam spór o miedzę, przeniesiony żywcem z terenów zaburzańskich na teren ziem zachodnich, gdzie setki hektarów leżały odłogiem, był absurdem bardzo komediogennym. Ale filmy o tematyce wiejskiej nie cieszyły się powodzeniem. „Jasne łany” dostatecznie odstraszyły widzów od kin. Znajomi twierdzili, że temat nie chwyci. Widz pragnął oglądać świat elegancki. Chęciński się uparł. Sam przecież pochodził ze wsi. Mówił z lekko kresowym akcentem. – Każdy dialog i sytuacja stwarzały mi wiele problemów. Szybko zorientowałem się, że mam wspaniałych aktorów. Wacław Kowalski walczył ze mną, żeby posługiwać się właśnie tym zaburzańskim dialektem. On mówił nim perfekcyjnie. Niestety, Władysława Hańczę w pierwszej części „podkładał” Józef Płotnicki. Zdjęcia kręciliśmy w Lubomierzu.

„Sami Swoi”: Wacław Kowalski i Władysław Hańcza (źródło: Youtube)

Trylogia z zaburzańskim charakterem

W maju 1996 r. podczas Trzeciej Wrocławskiej Wiosny Filmowej, na 50-lecie kinematografii polskiej, rozpisano plebiscyt na najlepszy film. Pierwsze miejsce zajęli „Sami Swoi”. Wcześniej film ten uznany został przez czytelników tygodnika „Teleświat” za najpopularniejszą komedię w historii polskiego kina. Już po pierwszych emisjach powstawały dziesiątki klubów Kargula i Pawlaka, a sam obraz emitowany był setki razy. – W prasie, radiu i telewizji domagano się nakręcenia ciągu dalszego. Tłumaczono mi, że nie można zmarnować takiego tematu. Szalę przeważyły jednak listy od widzów – mówi reżyser.

 „Nie ma mocnych”: Jerzy Janeczek i Ilona Kuśmierska (źródło: Youtube)

Po wielu namowach Chęciński dał się przekonać do zrobienia godzinnego odcinka dalszych losów Kargula i Pawlaka w serialu pod tym samym tytułem. Później dokręcił resztę do filmu fabularnego. Tak powstała część druga, czyli „Nie ma mocnych”. – Postanowiliśmy, że część trzecia będzie kręcona z daleka od kraju i pojechaliśmy do Stanów. Natomiast cała przygoda z tym filmem zamknęła się dla mnie pamiętną projekcją w Łagowie, w amfiteatrze na prawie trzy tysiące osób. Wyświetlano „Kochaj albo rzuć”. W pewnym momencie spadł ulewny deszcz. Amfiteatr był nabity! Wyszły cztery osoby, reszta siedziała w strugach wody, zapatrzona w ekran – dodaje Chęciński.

Zapytany o sukces, odpowiada, że miło mu słyszeć komplementy od obcych ludzi na temat filmu. Na Zachodzie byłby już miliarderem, a u nas rzecz sprowadza się do namaszczania i admiracji – stwierdził smętnie.

Twórca „nieakordowy”

Nie należy do reżyserów robiących obraz za obrazem. Dopóki nie czuje, że dojrzał do pracy i nie zgłębi tematu, nie zabiera się do niej. Co dzisiaj zmieniłby w „Samych Swoich”? Może jedną, dwie epizodyczne role, wzbogaciłby formę. Jednak całą rzecz ująłby tak samo. Gdy robi film, pracuje w dzień i wieczorem. Często zmienia scenariusz podczas realizacji filmu. Na planie filmowym znika jego niepewność. Znajomi i osoby współpracujące z Chęcińskim, twierdzą, że trudno się z nim dogadać. Bywa konfliktowy. Jest jak ślimak w swoim pancerzu. Podstawowym środkiem wyrazu w filmie jest dla niego aktor. Dlatego bardzo istotny jest proces obsadzania ról. Trwa to długo, ale za to trafnie.

Spełnia się w pracy, łączy przyjemne z pożytecznym. – Jednak za to trzeba płacić – mówi. Jest sam, choć dziś odczuwa nostalgię do czegoś, co daje rodzina, a co nie było jego udziałem. Teraz myśli o tym inaczej. Jednak gdyby mógł wybierać, wybrałby ten zawód ponownie!

„Kochaj albo rzuć”: Wacław Kowalski, Anna Dymna, Władysław Hańcza, Jan Pietrzak (źródło: Youtube)

Co chciałby jeszcze zrobić ? Komedię o tym, co za oknem, pokazane w skrzywieniu, zabawnie. Ludzie to kochają, a on lubi mieć widzów! Zapytany, czy nie chce zrobić filmu o łamaniu stereotypów w naszym społeczeństwie szczególnie na temat starości, stwierdził, że nie czuje w sobie łamacza i buntownika i chyba sam jest stereotypem! Nie przyjmuje do wiadomości, ile ma lat (rocznik 1930). Czuje się młodo, ale nie ma w sobie buntownika.

– To czas myślenia, podsumowywania. Jednak zawodowo niczego bym nie zmienił. Starość to jedyne, co się Bogu nie udało, myślę często o tym. Częściowo się z tym godzę, bo jest to fakt. Walczę z tym.

Sylwester Chęciński otrzymał w tym roku, na 39. Festiwalu Filmowym w Gdyni, Platynowe Lwy za całokształt twórczości.

Magdalena Orlicz-Benedycka 

Zgłoś uwagę