Maestro Wrocławianin. Stanisław Skrowaczewski w NFM

Każdy koncert Stanisława Skrowaczewskiego jest świętem. Był nim kiedyś, gdy Maestro specjalnie przylatywał ze Stanów, gdzie od lat toczy się jego życie. Jest nim i teraz, bo ponad dziewięćdziesięcioletni dyrygent wciąż zdumiewa fenomenalną pamięcią (półtoragodzinną VII Symfonię Antona Brucknera poprowadził bez partytury), maksymalnym skupieniem i umiejętnością stworzenia stylowej kreacji w utworze o tak monumentalnych rozmiarach i tak bogatej orkiestracji.

  • stanisław skrowaczewski nfm

    Stanisław Skrowaczewski w NFM/fot. Sławomir Przerwa/NFM

  • stanisław skrowaczewski nfm

    Stanisław Skrowaczewski w NFM/fot. Sławomir Przerwa/NFM

  • stanisław skrowaczewski nfm

    Stanisław Skrowaczewski w NFM/fot. Sławomir Przerwa/NFM


Kiedy błądząc po youtube.com trafimy na strony poświęcone symfoniom Brucknera pod batutą Stanisława Skrowaczewskiego pojawiają się dyskusje między melomanami dotyczące detali. Meritum wszystkich zadowala. Nie ma raczej miłośnika Brucknera, który nie doceniałby wkładu polskiego dyrygenta w stworzenie wspaniałych interpretacji dzieł tego austriackiego kompozytora.

W piątek 1 kwietnia w Narodowym Forum Muzyki Maestro Stanisław Skrowaczewski po raz pierwszy dyrygował w nowej sali koncertowej, której wybudowaniu kibicował od samego początku i poprowadził Orkiestrę NFM dokładnie 70 lat po tym, jak w 1946 roku dyrygował w zrujnowanym po wojennych działaniach Wrocławiu sformowaną rok wcześniej orkiestrą filharmoniczną. Rzecz symboliczna, czego nie dało się nie odczuć na sali (i podczas wielominutowej owacji na stojąco po koncercie).

Dzisiejsi symfonicy to, rzecz jasna, zupełnie inny zespół niż tamten sprzed lat, dobrze przygotowany, nie tak wyrafinowany, jak europejska czołówka, ale już solidny. Z którym można przygotować tak bogaty w motywy, przejścia i koloryt utwór, jak VII Symfonia Brucknera, kompozytora uwielbianego niegdyś przez samego Hitlera (o czym przypomniano w programie w kontekście krzywdy, jaką niejednokrotnie wyrządza się kompozytorom, gdy ich dzieła „wpadną w ucho” dyktatorom). Orkiestra wyszła z tego wykonania obronną ręką, choć wyraźnie widać było, że płynność i prawdziwą przyjemność ze wspólnego muzykowania instrumentaliści zaczęli mieć dopiero w środkowych częściach. Stanisław Skrowaczewski z każdego niemal taktu potrafi wyprowadzić coś magicznego, intrygującego, majestatycznego i subtelnego zarazem. Coś, co zabrać warto ze sobą na kolejne miesiące oczekiwania na jego powtórny przyjazd. Bo, że urodzony we Lwowie wrocławianin (a teraz uhonorowany medalem Merito de Wratislavia) do stolicy Dolnego Śląska przyjedzie znowu dyrygować – to oczywiste.  

 

 

* I jeszcze drobiazg. Wyrazy uznania pod adresem Andrzeja Kosendiaka, dyrektora NFM za przypomnienie publiczności (bo strach aż pisać „uświadamianie publiczności”), że oklaskami nagradza się artystów wyłącznie po czwartej, ostatniej części symfonii, która trwa ponad godzinę i dwadzieścia minut. Niegdyś taki komunikat nie byłby w ogóle potrzebny, ale najwyraźniej nam się we Wrocławiu publiczność poszerzyła o neofitów. Tak czy owak, lepiej nauczyć zawczasu niż potem denerwować się, że niektórzy zdezorientowani biją brawo przy każdej przerwie w utworze.

Zgłoś uwagę