Paul McCreesh

Haydn sprawia, że się uśmiechasz

Wybitny angielski dyrygent opowiada o tym, dlaczego zdecydował się nagrać wielkich rozmiarów oratorium „Pory roku” Josepha Haydna. Podwójny album zarejestrowany w Narodowym Forum Muzyki budzi podziw.

Magdalena Talik: Pierwsze koncerty z oratorium „Pory roku” Josepha Haydna dał Pan w 2012 roku w londyńskim Barbican Centre, w czerwcu 2016 roku nagrał Pan to dzieło w sali koncertowej Narodowego Forum Muzyki, ale kiedy po raz pierwszy zachwycił Pana ten utwór?

Paul McCreesh: Prawdopodobnie dziesięć lat temu, na koncercie w sali Royal Concertgebouw w Amsterdamie. Oratorium zawsze mi się podobało, ale im więcej spędzałem nad nim czasu, tym bardziej byłem do niego przekonany. Jest równie dobre, jak wcześniejsze „Stworzenie świata”, a możliwe, że nawet lepsze.

Okładka najnowszego albumu marki Winged Lion i NFM w specjalnej serii wielkich oratoriów

Choć, z pewnością, bardziej niedocenione…

...co mnie niejednokrotnie zdumiewa, zwłaszcza że to utwór, który powinien być wykonywany równie często, co np. beethovenowskie symfonie. Ostatnie takie dzieło stworzone przez blisko siedemdziesięcioletniego Haydna. Wspominam o dojrzałym wieku, bo kompozytorzy muszą mieć wtedy cholernie dobry powód, aby się artystycznie wypowiadać. Przykładem, choćby Verdi. Wiemy, że „Pory roku” kosztowały Haydna wiele wysiłku, to ogromnych rozmiarów skomplikowany utwór. Wykorzystanie w nim orkiestry jest absolutnie zachwycające. Haydn nigdy nie pisał tak błyskotliwie!

Nawet w poprzedzającym „Pory roku” wspaniałym „Stworzeniu świata”?

Powiedziałbym, że obydwa te oratoria to dwie strony jednego medalu. W „Stworzeniu świata” koncepcja była wywiedziona ze średniowiecznego sposobu postrzegania świata – a więc mężczyzna dominuje nad kobietą, obydwoje zaś nad światem zwierząt – wszystko ma swój porządek i strukturę w historii stworzenia. „Pory roku” to podobna refleksja nad starym światem, rolnictwem, ogólnie zaś za czasem, kiedy człowiek żył w pełnej harmonii z naturą.  

Dziś powiedzielibyśmy pewnie, że był to czas bardzo ekologiczny. 

Całkowicie. Są zresztą w „Porach roku” cudowne wersy w części „Jesień”, kiedy Szymon śpiewa „A few little thieves should not concern the countryman;/He can let them be.” („Kilku drobnych złodziei to jeszcze nie powód do zmartwień;/Wieśniak może przymknąć na nich oko”), więc to prawdziwa ekologiczna mądrość. Ale pamiętajmy, że w „Porach roku” mamy do czynienia ze światem wyidealizowanym. Rzeczywistość była, oczywiście, nieco inna, bo angielscy i niemieccy chłopi niejednokrotnie cierpieli głód.

Wizja świata idealnego pochodziła z utworu Jamesa Thomsona „Pory roku”, który wykorzystał librecista Haydna, baron Gottfried van Swieten.

Ale libretto zostało oparte, i to jest ważne słowo – oparte – na tamtym słynnym poemacie, a nie jest jego wiernym odbiciem. Niewiele jest Thomsona w libretcie, więc nie widziałem powodu, by do niego sięgać przygotowując własny przekład.

Sporządził Pan nowe tłumaczenie libretta oratorium, specjalnie na potrzeby nagrania w NFM. To było konieczne?

Libretta „Stworzenia świata” i „Pór roku” zostały, jeszcze w czasach Haydna, równocześnie przetłumaczone na język angielski i niemiecki. W przypadku pierwszego z wymienionych oratoriów europejski sukces był błyskawiczny, utwór przeszedł, jak burza przez Europę, znamy przekłady libretta na szwedzki, czy włoski. „Porami roku” nie zachwycano się w równym stopniu, ale trzeba przyznać, że Gottfried van Swieten raczej kiepsko władał angielskim i dwa oratoria miały mocno problematyczną wersję w tym języku. Na początku XIX wieku niektórzy próbowali zresztą konsekwentnie to zmieniać i składać w jedną całość chaotyczne wersy. Pomyślałem, że można to zrobić zdecydowanie lepiej. Ze „Stworzeniem świata” było łatwiej, bo libretto powstało oryginalnie właśnie w języku angielskim, a „Pory roku” zostały przetłumaczone – niechlujnie i w fatalnym stylu. Ważny okazał się zatem powrót do języka niemieckiego i precyzyjna analiza tamtej wersji oraz wyjątkowo ostrożny ponowny jej przekład na angielski. Po przetłumaczeniu należało sprawdzić, jak wersy pasują do muzyki i osiemnastowieczny język angielski uczynić, w miarę możliwości, bardziej współczesnym. Pracowałem nad tym projektem z wielkim upodobaniem, w sezonie 2011/2012 dałem kilka koncertów z „Porami roku” z nowym przekładem libretta i, muszę przyznać, że prasa była wyjątkowo życzliwa w ocenie tłumaczenia. Jednak ciągle nie opuszczało mnie uczucie, że mógłbym zrobić to lepiej. Kocham język, mam do niego zamiłowanie, a nawet małą obsesję na tym punkcie. Cyzelowanie libretta zabrało ostatecznie mnóstwo czasu, ale jestem z niego dumny. Zwłaszcza kiedy śpiewacy potwierdzili, że tekst nareszcie jest na takim poziomie, na jaki zasługiwała muzyka Haydna. Jeśli się Pani nie spodoba spróbuję następnym razem przetłumaczyć libretto na...język polski (śmiech).

Byłoby ciekawie. Pamiętam, jak przed kilku laty opowiadał Pan o ciekawostkach muzycznych, jakie kryje oratorium „Stworzenie świata”. Rozbawiła mnie muzyczna wizja ziemi, która pierdzi pod ciężarem stąpających po niej zwierząt – Haydn zinstrumentował ten fragment stosując fagoty i puzony. W „Porach roku” też jest tak barwnie?  

Sam Haydn wypowiadał się pogardliwie o libretcie „Pór roku” i mówił, że jest zmęczony imitowaniem żabich odgłosów, ale potrafię sobie wyobrazić jego zniechęcenie, bo sam czasem jestem znużony zajmowaniem się muzyką każdego dnia i tygodnia w roku, choć zdaję sobie sprawę, że jednocześnie muszę się w niej nieustannie doskonalić. Librecista Gottfried van Swieten wiedział, że Haydn jest w stanie genialnie oddać muzyką wiele scen, a Haydn robił po prostu wiele hałasu o nic, bo to zaledwie pojedyncze momenty w partyturze.

Co naprawdę uwielbiam u tego wielkiego kompozytora to fakt, że wciąż ma chłopięce poczucie humoru, sprawia że się uśmiechasz. Popatrzmy na piękne zakończenie części pierwszej. Młodzi pracują, a popołudniem młodzieniaszkowie piją, tańczą, kochają się. Po wysłuchaniu „Pór roku” człowiek myśli sobie: „Tak powinien wyglądać świat”. A to, co szczególnie lubię to także fakt, iż utwór jest bodaj pierwszym na świecie świeckim oratorium. Bóg jest wspomniany w dwóch miejscach – pod koniec I części, kiedy każde tchnienie ludzkie i energia natury jest wolą Bożą. I w finale, w basowej arii przy słowach: „Consider then, misguided man, a picture of thy life unfolds./The Spring of life, short-liv’d, is gone,/The Summer spirit long pass’d by./And then advance the Autumn years,/While cold and pallid Winter nears/And points to thee an open grave.” („Dałeś się nabrać, człowieku, to obraz twojego żywota./Skończyła się krótka Wiosna,/Dawno minęło Lato,/Coraz głębiej wchodzisz w Jesień życia,/A tu już blada Zima nadciąga/I wskazuje palcem twój otwarty grób.”) To jeden moment poważny prawdziwości, przepięknie odmalowany, gdzie Haydn składa też jeden z najpiękniejszych w muzyce hołdów drugiemu kompozytorowi, o którym wiedział, że jest mu równy – Mozartowi.

Haydn odmalowuje momenty radości, nie ma tu germańskiego wyobrażenia wygrażającego Boga. Raczej wizja: „Baw się, korzystaj z życia, kochaj rodzinę, zachwycaj się pięknem natury podziwiaj, ale pamiętaj, że jest jeszcze inny poziom”. To początek niemieckiego romantyzmu. To już nie papa Haydn, ale ktoś znacznie bardziej namiętny.

Pana nagranie z udziałem solistów Chóru NFM, Wrocławskiej Orkiestry Barokowej i Gabrieli Consort & Players jest pierwszym z tak monumentalną obsadą wykonawczą. 

Chyba istotnie „Pory Roku” nie były dotychczas wykonywane w ten sposób. Zresztą nie używa się wielkiej orkiestry aż tak często, może do 30 procent muzyki, także aby uzyskać kontrast między intymnymi ariami, a scenami np. polowania, gdzie 10 rogów gra bez , Teraz widzę, jak jak fantastyczny był to projekt, wspaniali muzycy z Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, którzy szybko się w niego zaangażowali. I Chór NFM, bo za każdym razem kiedy pracuję z tym zespołem jestem zdumiony, jak ogromne postępy poczynili śpiewacy. To zresztą pierwszy projekt, w którym mój chór Gabrieli Consort i Chór NFM śpiewają, jak jeden zespół, a to wymagało wielkiej pracy, zwłaszcza ogromnej staranności w śpiewaniu angielskiego tekstu. Produkcja w NFM była znakomita, sala niesamowita, za każdym razem uczyłem się jej na nowo. Tutaj smyczki brzmią po prostu cudownie, a chór słodko.

Tekst: Magdalena Talik

Zdjęcia: Tomasz Walków