„Dziadów” moc, czyli klasyka w trójwymiarze

Jeżeli po ponad 14-godzinnym seansie w teatrze ma się ochotę na więcej, a na dodatek pozostaje nieutulonym w żalu, że to już koniec – czyż nie można mówić tu o jakimś cudzie? Może i można, ale jako twardo stąpająca po ziemi uważam, że to nie zasługa Opatrzności, ale dzieło ludzkiego geniuszu. Który tym razem ujawnił się na dodatek tak wieloosobowo.

  • "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

    "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

  • "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

    "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

  • "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

    "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

  • "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

    "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

  • "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków

    "Dziady" w reżyserii Michała Zadary fot. Tomasz Walków


W sobotę, 20 lutego w samo południe razem z innymi, którzy zajęli miejsca na widowni Polskiego, czekam na coś wielkiego (no, na pewno długiego…). Bilety zeszły, kolejka pod kasą wiła się do ostatniej chwili, a na uboczu tacy, którzy zacierają dłonie, że będzie klapa, jak nic. Bo przecież wielogodzinny maraton z nieokrojonym Mickiewiczowskim, bodaj najsłynniejszym (nie dla wszystkich co prawda) tekstem – to brzmi jak bicie rekordu, jeśli nie na olimpiadzie, to co najmniej dla Guinnessa. Za jaką cenę? – zastanawiam się do ostatniej chwili.

Żonglerka konwencją – i tego było nam trzeba

Wszystkie części „Dziadów” znam ze szkoły. Znają je stamtąd chyba wszyscy, oczywiście poza tymi, którzy podchodzą do nich na razie jak pies do jeża… Było parę takich osób na widowni. Brat mojej koleżanki na przykład, który w tej premierze pokładał wielkie nadzieje – że zrozumie, o co w dramacie chodzi, jak się to po kolei klei i dlaczego Mickiewicz wielkim narodowym poetą był. Po kilku godzinach posłałam mu wymowne spojrzenie: „I jak?”. Uniósł kciuk do góry.

Co zdecydowało, że Zadara z całym zespołem Polskiego dał radę, że „ich Dziady” to wydarzenie na miarę dobrego teatru, na miarę dużego miasta, na miarę Europejskiej Stolicy Kultury?

Poczucie, a właściwie wyczucie humoru, żart zamknięty w niuansach, doskonale wyłapywanych przez widzów. Swoiste niepisane porozumienie, jakie nawiązało się między sceną a widownią, która uległa jakby zbiorowej hipnozie i śledziła każdy ruch i słowo padające w jej kierunku z maksymalnym skupieniem (a to bywało czasem niełatwe, bo jednak Morfeusz krążył nieopodal i trącał łokciem). Ale byliśmy dzielni – zwłaszcza że naprawdę zależało nam, by wytrwać do końca. Dlatego że i „słowne igraszki”, i żonglerka konwencją teatralną w wykonaniu artystów pozwoliły dostrzec tekst Mickiewicza bez zwyczajowej „łatki”, przykrytej grubą warstwą historycznego, politycznego, a także w pewnym wymiarze artystycznego kurzu.

Za taką cenę warto było i narobić sobie odcisków na siedzeniu.

Romantyczne 3D z rozmachem

To była jazda po bandzie –dresy i kostiumy z epoki, „bity” współczesności obleczone w przykurzony, choć przecież nadal bardzo nośny tekst romantycznego dramatu. Dla mnie to było takie 3D, trójwymiarowa klasyka! Niesłychane, ile „Dziady” mają w sobie interpretacyjnych możliwości. Jak można się testem Mickiewicza „od spodu do spodu” bawić, nie tracąc ważnego sensu i historycznych konotacji. To było takie czerpanie ze studni brzmień, głosów, muzyki, słowa, ruchu, za każdym razem głębiej się zanurzając.

Ale najpierw Anna Ilczuk chwyta widza za rękę, porywa w wierszowane przestworza, a potem przez cały spektakl prowadzi, jak strudzonego wędrowca (bośmy przecie strudzeni byli, oj byli). Zostaje taką „siostrą łatą”, która pozwala oswoić się z literackim kolosem równie „kolosalnie” przeniesionym na teatralne deski. Od Objaśnień po fantastyczną scenę Balu – roztańczoną i rozśpiewaną w kostiumie z epoki, skontrastowaną z Ustępem – w którym następuje istna ekwilibrystyka tekstem, dźwiękiem i obrazem, gdzie symbioza instrumentu z aktorem i aktora z muzyczną materią zaskakuje.

Aktorzy Polskiego zaskakują. Na przykład Monika Bolly – stojąca za mównicą, wypowiadająca trudną do ogarnięcia ilość tekstu elektryzuje widza – triumfuje. Zachwycili mnie także najmłodsi na tej scenie – bardzo wszechstronni, wzorowo przez reżysera poprowadzeni.

No a Guślarz (Mariusz Kiljan), który rozkłada na łopatki swoją charyzmą, o a scena więzienia, gdzie męska aktorska świta fantastycznie ze sobą współpracuje, a w części IV Ksiądz (Wiesław Cichy – grający także Senatora) i w końcu Gustaw (Bartosz Porczyk)? Dla mnie to Himalaje aktorskiego trudu. Zresztą czyż w ogóle był ktoś na tej scenie, kto nie miał choć pięciu fantastycznych minut? Nie zauważyłam. A wcale nie spałam.

I nocy nie żal nieprzespanej…

Reżyser, aktorzy, wszyscy, którzy czuwali za kulisami, żeby widowisko się udało mieli do stracenia wszystko. Uronili z tego rogu artystycznej obfitości na ziemię naprawdę niewiele – zresztą bez wpadek trudno byłoby teatr nazywać żywym, nieprawdaż? Mnie i wierzę, że wielu innych widzów przeprowadzili z pełnym powodzenie przez morze emocji, a kontekst historyczny uczynili strawnym, inteligentnie odnosząc go także do tego, co tu i teraz. Nie zabili w starych teatralnych wyjadaczach dobrego smaku, a dopiero raczkujących wielbicieli Melpomeny nie przestraszyli pompatycznie wiązaną mową i tak niecodziennym rozmachem swojej pracy. Tak właśnie uważam i dlatego wraz z innymi na koniec dzieła „klaskaniem miałam obrzękłe prawice” (mistrz Norwid pewnie by mnie zrozumiał).

Warto przetestować to na sobie. Do tego was zachęcam. Następna okazja w kwietniu.

W sobotę, 20 lutego w samo południe razem z innymi, którzy zajęli miejsca na widowni Polskiego, czekam na coś wielkiego (no, na pewno długiego…). Bilety zeszły, kolejka pod kasą wiła się do ostatniej chwili, a na uboczu tacy, którzy zacierają dłonie, że będzie klapa, jak nic. Bo przecież wielogodzinny maraton z nieokrojonym Mickiewiczowskim, bodaj najsłynniejszym (nie dla wszystkich co prawda) tekstem – to brzmi jak bicie rekordu, jeśli nie na olimpiadzie, to co najmniej dla Guinnessa. Za jaką cenę? – zastanawiam się do ostatniej chwili.

Żonglerka konwencją – i tego było nam trzeba

Wszystkie części „Dziadów” znam ze szkoły. Znają je stamtąd chyba wszyscy, oczywiście poza tymi, którzy podchodzą do nich na razie jak pies do jeża… Było parę takich osób na widowni. Brat mojej koleżanki na przykład, który w tej premierze pokładał wielkie nadzieje – że zrozumie, o co w dramacie chodzi, jak się to po kolei klei i dlaczego Mickiewicz wielkim narodowym poetą był. Po kilku godzinach posłałam mu wymowne spojrzenie: „I jak?”. Uniósł kciuk do góry.

Co zdecydowało, że Zadara z całym zespołem Polskiego dał radę, że „ich Dziady” to wydarzenie na miarę dobrego teatru, na miarę dużego miasta, na miarę Europejskiej Stolicy Kultury?

Poczucie, a właściwie wyczucie humoru, żart zamknięty w niuansach, doskonale wyłapywanych przez widzów. Swoiste niepisane porozumienie, jakie nawiązało się między sceną a widownią, która uległa jakby zbiorowej hipnozie i śledziła każdy ruch i słowo padające w jej kierunku z maksymalnym skupieniem (a to bywało czasem niełatwe, bo jednak Morfeusz krążył nieopodal i trącał łokciem). Ale byliśmy dzielni – zwłaszcza że naprawdę zależało nam, by wytrwać do końca. Dlatego że i „słowne igraszki”, i żonglerka konwencją teatralną w wykonaniu artystów pozwoliły dostrzec tekst Mickiewicza bez zwyczajowej „łatki”, przykrytej grubą warstwą historycznego, politycznego, a także w pewnym wymiarze artystycznego kurzu.

Za taką cenę warto było i narobić sobie odcisków na siedzeniu.

Romantyczne 3D z rozmachem
To była jazda po bandzie –dresy i kostiumy z epoki, „bity” współczesności obleczone w przykurzony, choć przecież nadal bardzo nośny tekst romantycznego dramatu. Dla mnie to było takie 3D, trójwymiarowa klasyka! Niesłychane, ile „Dziady” mają w sobie interpretacyjnych możliwości. Jak można się testem Mickiewicza „od spodu do spodu” bawić, nie tracąc ważnego sensu i historycznych konotacji. To było takie czerpanie ze studni brzmień, głosów, muzyki, słowa, ruchu, za każdym razem głębiej się zanurzając.

Ale najpierw Anna Ilczuk chwyta widza za rękę, porywa w wierszowane przestworza, a potem przez cały spektakl prowadzi, jak strudzonego wędrowca (bośmy przecie strudzeni byli, oj byli). Zostaje taką „siostrą łatą”, która pozwala oswoić się z literackim kolosem równie „kolosalnie” przeniesionym na teatralne deski. Od Objaśnień po fantastyczną scenę Balu – roztańczoną i rozśpiewaną w kostiumie z epoki, skontrastowaną z Ustępem – w którym następuje istna ekwilibrystyka tekstem, dźwiękiem i obrazem, gdzie symbioza instrumentu z aktorem i aktora z muzyczną materią zaskakuje.

Aktorzy Polskiego zaskakują. Na przykład Monika Bolly – stojąca za mównicą, wypowiadająca trudną do ogarnięcia ilość tekstu elektryzuje widza – triumfuje. Zachwycili mnie także najmłodsi na tej scenie – bardzo wszechstronni, wzorowo przez reżysera poprowadzeni.

No a Guślarz (Mariusz Kiljan), który rozkłada na łopatki swoją charyzmą, o a scena więzienia, gdzie męska aktorska świta fantastycznie ze sobą współpracuje, a w części IV Ksiądz (Wiesław Cichy – grający także Senatora) i w końcu Gustaw (Bartosz Porczyk)? Dla mnie to Himalaje aktorskiego trudu. Zresztą czyż w ogóle był ktoś na tej scenie, kto nie miał choć pięciu fantastycznych minut? Nie zauważyłam. A wcale nie spałam.

I nocy nie żal nieprzespanej…
Reżyser, aktorzy, wszyscy, którzy czuwali za kulisami, żeby widowisko się udało mieli do stracenia wszystko. Uronili z tego rogu artystycznej obfitości na ziemię naprawdę niewiele – zresztą bez wpadek trudno byłoby teatr nazywać żywym, nieprawdaż? Mnie i wierzę, że wielu innych widzów przeprowadzili z pełnym powodzenie przez morze emocji, a kontekst historyczny uczynili strawnym, inteligentnie odnosząc go także do tego, co tu i teraz. Nie zabili w starych teatralnych wyjadaczach dobrego smaku, a dopiero raczkujących wielbicieli Melpomeny nie przestraszyli pompatycznie wiązaną mową i tak niecodziennym rozmachem swojej pracy. Tak właśnie uważam i dlatego wraz z innymi na koniec dzieła „klaskaniem miałam obrzękłe prawice” (mistrz Norwid pewnie by mnie zrozumiał).

Warto przetestować to na sobie. Do tego was zachęcam. Następna okazja w kwietniu.

KP

Premiera w Teatrze Polskim – „Dziady” Adama Mickiewicza– całość, bez skrótów; 20.02.2016 r. reż. Michał Zadara

Zgłoś uwagę