Kartikey Johri konsulem honorowym Indii we Wrocławiu

1 lutego 2018 r. przy ul. Wita Stwosza 16 otwarty został we Wrocławiu Konsulat Honorowy Republiki Indii. Konsulem został Kartikey Johri, Hindus od 31 lat mieszkający we Wrocławiu. Jest to pierwszy Konsulat Indii w Polsce.

– Stale rośnie liczba Hindusów pracujących i mieszkających we Wrocławiu i w Polsce. By załatwić jakieś formalności związane z pobytem w Polsce, muszą jeździć do Ambasady Indii w Warszawie. Od lutego niektóre ze spraw będą mogli zrealizować we Wrocławiu – mówi Kartikey Johri, Konsul Honorowy Republiki Indii.

Szacuje się, że obecnie we Wrocławiu pracuje i mieszka z rodzinami ok. 2-2,5 tys. obywateli Indii. Najwięcej jest studentów i pracowników branż – IT i finansowej.

– Konsulat będzie budował mosty Polski z Indiami. Chodzi o kontakty na poziomie miast i regionów. Zależy mi na gospodarce, edukacji i kulturze. To trzy główne obszary mojej działalności– mówi Kartikey Johri.

Wrocławski konsulat obejmie całą południowo-zachodnią Polskę – od województwa lubuskiego po małopolskie.

Czytaj więcej - Pierwszy w Polsce Konsulat Honorowy Indii jest we Wrocławiu - uroczyste otwarcie.

fot. Janusz Krzeszowski 

Hindus, który został wrocławianinem

Polscy znajomi mówią do niego Minu. Dzięki niemu, oni polubili hinduską kuchnię, a on otworzył restaurację. Dziś jest znanym wrocławskim biznesmenem. Prowadzi m.in. firmę, consultingową dla cudzoziemców i działa w Indyjsko-Polskiej Izbie Gospodarczej. Przyjaźni się z wieloma znanymi osobami, m.in. z Markiem Niedźwieckim, Jarosławem Kretem, Robertem Makłowiczem i Władysławem Frasyniukiem. Z Kartikey Johri rozmawia Jarek Ratajczak.

Na Uniwersytecie Wrocławskim prowadzisz zajęcia z języka hindi. Doskonale mówisz po polsku…

– Dziękuję, ty też [śmiech], ale polskiego wciąż się uczę… chociaż, śnię już tylko po polsku.

Historia Kartikey Johri we Wrocławiu to historia młodego chłopaka, który tuż po maturze, wsiada do samolotu, leci na drugi koniec świata i zaczyna życie w zimnym kraju, w którym nie rozumie ani jednego słowa.

– Wszystko zaczęło się w 1986 roku. Indie miały z krajami socjalistycznymi umowę na wymianę studentów. Skorzystałem z okazji, bo chciałem studiować informatykę, a w Indiach na ten kierunek było bardzo trudno się dostać. Studiowałem na Politechnice Wrocławskiej w czasach, gdy Polska zaczęła się zmieniać. Dla mnie, działo się to bardzo szybko i wszystkiego nie rozumiałem, np. kolejek w sklepach.

Po studiach jesteś inżynierem informatyki i zakładasz firmę import-eksport i sprowadzasz do Polski indyjskie towary. Nie chciałeś wrócić do ojczyzny?

– Pomyślałem, że mam czas. Strasznie mi się tu podobało. Przyjechałem jako młody chłopak i moja świadomość ukształtowała się tutaj. Wcześniej niewiele wiedziałem o świecie i życiu.

Skąd pochodzisz?

– Z małego miasta w północnych Indiach, w stanie Uttar Pradesh, który jest dwa i pół razy większy od Polski. Nieopodal Kasganj, skąd pochodzę, jest Agra a tam Taj Mahal, jeden z cudów świata, który wszyscy znają.

Pochodzę z rodziny, w której edukacja była niezwykle ważna. Mama była doktorem filozofii, a tata adwokatem. Do studiów we Wrocławiu podchodziłem bardzo poważnie [śmiech]. Nie było imprez, była nauka. Żyłem skromnie ze stypendium, trochę pomagali mi rodzice, ale było mi wstyd brać od nich pieniądze. Nie umiałem gotować. Przez pół roku jadłem tylko jajecznicę i frytki, bo to byłem w stanie zrobić.

Dlaczego wybrałeś Wrocław?

– W Łodzi w 1987 r., po roku nauki języka polskiego, zapytano mnie, gdzie chcę studiować. Wybrałem Wrocław, bo wiedziałem, że to najcieplejsze miasto i po latach uważam, że nie tylko pod względem klimatu, ale przede wszystkim... atmosfery, otwartości i życzliwości.

Nie zmieniłeś zdania? W styczniu 2018 r. twój rodak został zaatakowany na pl. Dominikańskim za to, że miał inny kolor skóry.

– Uważam, że to był nieszczęśliwy wypadek. Rozmawiałem z tym studentem z Indii. Powiedział mi, że gdyby nie pomógł mu Polak, to mógłby nie żyć. Rozmawiałam też z mężczyzną, który udzielił pomocy. Dziękując, zapytałem też, dlaczego to zrobił? Odpowiedział, że gdyby tego nie zrobił, do końca życia miałby wyrzuty sumienia. Mam dla niego ogromny szacunek.

Za co cenisz Polaków i co cię w nich denerwuje?

– Przede wszystkim, ja też jestem Polakiem. Podoba mi się, że Polacy są otwarci na inne jedzenie, bo o tym świadczy moja restauracja. Hindusi są narodem, który uwielbia tylko i wyłącznie swoją kuchnie, filmy i muzykę. Ja jestem wyjątkiem, bo uwielbiam żurek, ruskie pierogi i Wajdę. Nad wadami się nie zastanawiam. Oba nasze narody są bardzo rodzinne.

fot. Janusz Krzeszowski 

A od Hindusów czego możemy się nauczyć?

– Indie to młode społeczeństwo. Kraj liczy ponad miliard ludzi, ale 70 procent z nich nie ma więcej niż 35 lat. Edukacja w Indiach jest jednym z priorytetów. Hindusi są bardzo dobrze wykształceni, mamy wielu fachowców. W Indiach tydzień pracy trwa sześć dni, tylko niedziela jest wolna.

W Polsce też tak było. Dopiero Solidarność w 1981 r. wywalczyła wolne soboty.

– [śmiech] U nas nie ma o tym mowy…

Życie jak sen i ślub dzięki Frasyniukowi

Dziś jesteś biznesmenem, właścicielem znanej restauracji we Wrocławiu. Prowadzisz m.in. firmę consultingową dla cudzoziemców. Działasz w Indyjsko-Polskiej Izbie Gospodarczej. Przyjaźnisz się m.in. z Markiem Niedźwieckim, Jarosławem Kretem, Robertem Makłowiczem, Władysławem Frasyniukiem i wieloma innymi. Można pozazdrościć.

– Powiem szczerze, dla mnie to jest jak sen. To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie wiem, kiedy zleciało mi te 30 lat.

Magdalena i Kartikey Johri, fot. Janusz Krzeszowski 

Życie prywatne? Żona Polka?

– Oczywiście, wrocławianka. Mamy dwóch synów. A to wszystko zawdzięczam Władysławowi Frasyniukowi. Poznaliśmy się z Władkiem przed laty, ot tak, na ulicy, podczas przypadkowej rozmowy, bo nie wiedziałam, kim jest. Później pomagał mi w czasach studenckich. Władek mnie ożenił [śmiech], dzięki niemu miałem tradycyjne hinduskie wesele, a on był moim świadkiem podczas ślubu.

Zdradzisz szczegóły?

– Nasze wesele było zaaranżowane, tak jak w Indiach. Tam rodziny wybierają narzeczonych. Moja mama, podczas jednej z wizyt we Wrocławiu, poprosiła Władka, by znalazł mi dziewczynę i to zrobił [śmiech]. Przedstawił mojej mamie Magdę, która u niego pracowała, no i tyle.

Jak często odwiedzasz rodzinne strony?

– Na początku, jako student, nie miałem pieniędzy, więc pierwszy raz pojechałem po czterech latach. Teraz latam do Indii kilka razy w roku. Przez Monachium lub Frankfurt podróż zajmuje około dziewięciu godzin. To są spotkania biznesowe, ale równie często rodzinne. Zależy mi bardzo, by dzieci znały kraj swojego ojca. Dlatego teraz uczą się we Wrocławiu hindi. Moja żona nie mówi po hindusku, ale wszystko rozumie. Uwielbia medytację, kino indyjskie i ludzi. Zdarza się, że sama leci do Indii.

Restauracja z miłości do przyjaciół

Opowiadasz, że twoja restauracja zaczęła się od znajomych.

– Mam bardzo wielu przyjaciół. Przychodzili do nas domu i smakowało im hinduskie jedzenie. Chciałem, by restauracja była takim centrum indyjskim we Wrocławiu, z koncertami, wystawami fotografii, wieczorami literackimi i tak się stało. Masala to moja pasja. A wszystkie spotkania robiliśmy pod hasłem: Ambasada Odkrywców Indii. Nie przypuszczałem, że doprowadzi mnie to do Konsulatu Honorowego Indii.

fot. Janusz Krzeszowski

Zatrudniasz tylko indyjskich kucharzy.

– To prawda. Ich wiedza i doświadczenia są przekazywane z ojca na syna. W tym niektóre receptury potraw, które teraz kosztujemy we Wrocławiu!

Zależało mi, żeby kucharzy było widać. Otwarta kuchnia jest sercem tego miejsca. Gość wchodzi do restauracji i widzi, kto dla niego gotuje. Jesteśmy autentyczni. Przygotowując projekt restauracji, zrobiliśmy sondę na ul. Kuźniczej i pytałem przechodniów, z czym kojarzą Indie. Usłyszałem: kolory, słonie i przyprawy, i to u nas jest. Stad też nazwa Masala (mieszanka aromatycznych przypraw).

W północnych Indiach, zgodnie z liczącą 5 tysięcy lat tradycją, piecze się w specjalnych piecach Tandoor. Pojechałem, by je kupić, ale te robione w Indiach są gliniane, przez co nietrwałe i mało estetyczne. Odpowiednie piece znalazłam w indyjskiej restauracji w Londynie. Dostałem kontakt do producenta w Australii, poleciałem tam i wykonano piece na nasze specjalne zamówienie.

Jarek Kret w swojej książce „Podróże kulinarne” dziękuje Magdzie i Kartikeyowi Johri za przyjaźń. Wśród przyjaciół masz kilku znanych Polaków...

– Restaurację otworzyłem dla moich przyjaciół. Wszystko co tu robimy, robimy z sercem. To tutaj spotkałem Marka Niedźwieckiego z radiowej „Trójki”. On uwielbia Butter Chickem i kiedyś, podczas jednej z wizyt pochwalił mnie za jego smak. Tak się poznaliśmy. Mówi, że kocha Indie tak bardzo, że w poprzednim wcieleniu musiał być Hindusem. Drugi miłośnik Indii to Jarek Kret, podróżnik, fotoreporter i dziennikarz. Organizowaliśmy jego wystawę fotografii z Indii i promocję książki „Moje Indie”. Natomiast z Robertem Makłowiczem przejechaliśmy całe Indie, gdy kręcił swój program kulinarny. Wszystkich nas połączyła miłość do Indii.

Konsul Honorowy Republiki Indii

1 lutego 2018 r. zostanie otwarty we Wrocławiu Konsulat Honorowy Indii we Wrocławiu. Już słyszę, że mówią do ciebie… panie konsulu.

– No tak, ale ja wolę zostać Minu.

We Wrocławiu działają 24 konsulaty, są wśród nich – Konsulat Generalny Niemiec (największy na świecie) oraz konsulaty honorowe takich państwa jak m.in.: Francja, Austria, Chile, Meksyk, Słowacja, Ukraina i Czechy. Spotkanie noworoczne wrocławskiego korpusu konsularnego