Małe zbrodnie małżeńskie. Po premierze „Medei” w Teatrze Pantomimy

Spektakl w reżyserii i ze scenariuszem Tomasza Szczepanka jest pierwszą premierą ważnego dla Wrocławskiego Teatru Pantomimy sezonu, w którym przypada 100. rocznica urodzin twórcy teatru – Henryka Tomaszewskiego. Może ze względu na ten wyjątkowy jubileusz przykry staje się fakt, że „Medea” nie przystaje ani do rangi tej sceny, ani do znaczących umiejętności zespołu.  

  • medea wrocławski teatr pantomimy

    Scena z „Medei” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy/fot. Natalia Kabanow/WTP

  • medea wrocławski teatr pantomimy

    Scena z „Medei” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy/fot. Natalia Kabanow/WTP

  • medea wrocławski teatr pantomimy

    Scena z „Medei” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy/fot. Natalia Kabanow/WTP

  • medea wrocławski teatr pantomimy

    Scena z „Medei” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy/fot. Natalia Kabanow/WTP


Gender, nie gender

A miało być tak pięknie. Jak w Koryncie, gdzie toczy się część akcji „Medei”. Plakat do produkcji i ilustracje w programie wyrysowała bardzo topowa Marta Frej. Medea wystawia na nim środkowy palec, a poniżej umieszczony został napis  „Wymyślili mnie mężczyźni”. Reżyser sięga także do cytatu ikony feminizmu – Simone de Beauvoir – „Człowiek wznosi się ponad zwierzę nie przez to, że daje życie, lecz że je ryzykuje; dlatego ludzkość wyżej stawia nie tę płęć, która rodzi, lecz tę, która zabija”. Wszystko w duchu gender, tylko w spektaklu raczej trudno wyczuć tego ducha.

Może dlatego, że Medea, upozowana na współczesną matkę, która „ogarnia”, a najbardziej tajemne siły uruchamia z miłości do Jazona (czy z zabijania jest zadowolona-trudno dociec), z feminizmem się raczej nie kojarzy. Wątpić też należy, aby spektakl wzbudził dyskurs o roli kobiet, bo bardziej kojarzy się z klasyczną historią o zdradzie małżeńskiej.

Współczesna Medea

Godzinny spektakl jest pokłosiem Konkursu na debiut reżyserski w pantomimie, który ogłoszono jesienią ubiegłego roku. Zwyciężyła „Medea” Tomasza Szczepanka. Młody reżyser na historię Medei unieśmiertelnioną w tragedii Eurypidesa chciał spojrzeć okiem współczesnego czytelnika i w tym akurat zamierzeniu nic złego. Rzecz w tym, że przełożenie pomysłów na scenę i pokierowanie zespołem zdecydowanie przerosło możliwości twórcy.

Wprawdzie pomysł, aby Medeę (Agnieszka Kulińska), Jazona (Zbigniew Koźmiński) i ich dwoje dzieci (Witold Kwiecień/Sebastian Szukiewicz) upozować na rodzinę migrantów (w kostiumach Igi Kowalczuk) przemierzających kolejne miejsca, by wreszcie gdzieś osiąść, był inspirujący, ale raczej fasadowy. Bo nie był to spektakl o przybyszach, ale także nie o morderczyni Medei. Może o troskliwej (paradoksalnie) żonie i matce oraz o niewiernym, słabym mężu.

Widz prowadzony za rękę

Nie wiedzieć czemu widz o przebiegu wydarzeń musi być informowany głosem z offu jakby sceniczne kreacje aktorów nie wystarczyły. Szkoda, bo zespół w teatrze im. Henryka Tomaszewskiego mamy zacny i wytrenowany w rozmaitych bojach.

Na scenie samej pantomimy oglądamy niewiele, prawdziwą akcję zespołu zbudowano właściwie tylko przy dwóch scenach – przedstawienia dworu Peliasa (świetny Artur Borkowski) oraz unicestwienia tego władcy i jego córek przez Medeę. A i ostatnia z wymienionych scen bardziej przywodziła na myśl teatr tańca. Zresztą muzyka (skądinąd niezła autorstwa Michała Kowalewskiego), jak w amerykańskich filmach, koniecznie musi grać. Tak, jakby bez niej nie udało się opowiadać historii. 

Obsadzie nie można zarzucić braku zaangażowania, ale spektaklu uratować aktorzy nie zdołali. Tym bardziej dziwił widok wieńca laurowego, którym przyzdobił głowę reżyser wychodząc do ukłonów. Symbol zwycięstwa.



Zgłoś uwagę